Następny dzień.

 

Zagubiłem wątek moich wczorajszych wspomnień. Widzę zresztą, że zamiast pisać o mojem życiu obozowo-żołnierskiem, roztkliwiam się nad przeszłością. Preusker przyjechał tak cicho, że nikt niemal nie zauważył go. Dopiero donośne „Na Kameraden" wyrwało nas z bezruchu. Nic więcej nie powiedział.

Głos jego brzmiał jakby z góry. Mówił z konia, chociaż nie było go widać; coś tylko jakby sylwetka zarysowała się na tle gwiaździstego nieba. Widziałem jakby kontury jakiegoś potwora. To pewnie złudzenie wzroku, bo oko z trudem odróżniało jeźdźca od konia, tak że człowiek i zwierzę tworzyli raczej jeden wspólny kształt.

Jeszcze jedno „Na” i Preusker pojechał, ale dokąd? Poco? Pochłonęła go wnet noc, a odgłos kopyt końskich tłumiła zorana wokół ziemia. Odnieśliśmy jednak wrażenie, że głos Preuskera był drżący. Pewnie nam się zdawało. Może uszy, w których wprost dzwoniła ta cisza „ruskiego” kraju, za bardzo stały się wrażliwe na głos ludzki? Nie było zresztą czasu na roztrząsanie takich błahostek, bo w tej chwili rozległo się stłumione trąbienie; znany, dobrze znany, jakby się wyrazić, hejnał spoczynku. Ta, ta, ta, t-a-a-a, tak bardzo wyraziście przez nas zawsze tłumaczone na słowa:

„Żołnierze mają do koszar wracać, a nie z dziewczętami na ulicach wystawać. Do koszar — kosza-a-a-r!”

Znak odpoczynku i snu. Była godzina może 2-ga w nocy; już gwiazdy zbladły. Nad miastem, w oddali, rysowała się biała smuga świtu, gdyśmy znużeni, rzucali się na ziemię.

Tak! W pierwszych dniach wojny. Dla ciebie ojczyzno i dla cesarza.

---------------------------------

Zbliżał się szary czyn. Szło bohaterstwo dnia, godziny, minuty. A dnie nadchodziły codziennie, wlokły się długim sznurem bezbarwne, monotonne — w męce szły i krwi. Kartacze miotały przekleństwa, kule armatnie wyły zgrozą, głuche trzaski karabinowe jęczały upodleniem. Biegło za nami widmo kościstej ręki, w której zaciśniętych palcach błyszczał symbol zemsty. Za mord i gwałcenie! Za pożogę!

Pierwsze dni wojny były dla nas szkołą życia. Dawniej, w szkole, w koszarach uczono nas, że mamy być pośrednikami do świata prawdy, pracy i przyszłości. Kochać mamy bliźnich i maluczkich. Dopiero pierwsza krwawa ofiara, pierwsze, o przydrożne drzewo roztrzaskane dziecko, przekonały nas o moralnem bankructwie naszych ojców, matek i wychowawców, o ich utopijnej, czczej gadaninie. My, wykonawcy twardego obowiązku, stojący na straży ojczyzny u wrót wojny, pionki, posuwane w imię świętych haseł wolności i braterskiej miłości ludów. Oni, myśliciele i „obmyśliciele" wojny, gloryfikujący wzajemną myśl o obronie własnego mienia! Ogarnęło nas najpierw zdumienie, potem rozgoryczenie, które rychło ustąpiło tej cudownej obojętności na wszystko, co nie śmierdzi obrzydłą, cuchnącą zakrzepłą juchą ludzką.

Nie było czasu na ckliwe rozmyślania, takie słowa jak: duch, dusza, litość, wykreśliliśmy z naszego słownika, zastępując je bardziej realnemi, zapożyczonemi od kaprali wyrazami o prostej, swojskiej treści...

Powtarzały się one stale w naszych rozmowach, odmieniane we wszystkich przypadkach deklinacyj ze wszelkiego rodzaju przed i przyrostkami, po setki razy dziennie przytaczane nabierały tak różnego a barwnego znaczenia, że z powodzeniem zdołały zastąpić skomplikowane wyrażenia języka literackiego. Były przedewszystkiem, mimo różnorodności znaczeniowej, dla wszystkich zrozumiałe. Docierały zawsze do zastygłej zobojętniałości na sprawy nadziemskie. Żołnierz pełza przecież nisko, niziutko, grzęźnie w błocie, jest surogatem człowieka cywilizowanego. Ubabrany w kałużach, może tylko i w słowach błotem bryzgać. To jeno inna odmiana człowieka, „homo sapiens”. Lekki nawrót ku prymitywności życia. Skłonienie wybujałych mózgów ku realizmowi, panującemu wśród grubijaństwa i chamstwa tego życia.

Ważniejsze nad wszystkie mądrości i filozofje całego świata są: grochówka i brudna onucka. Zresztą w wolnych chwilach od służby, to znaczy od strzelania i mordowania, każdy śpi, jakby na konto swojego przyszłego bytowania pragnął Bogu wykraść każdą minutę, każdą sekundę życia. Śpi w lepkiej glinie, w parku na ławie, na trawie, na ulicy, podścielając pod siebie garść zgniłej słomy. Śpi nieraz w marszu.

Spanie i jedzenie — to dwa zagadnienia, około których krążą myśli żołnierza. Na wszystkie inne jest poprostu ogłupiały. Nic zresztą innego nie potrzebuje rozumieć. Kim bowiem jest żołnierz? Jaki cel jego istnienia? Jakie jego nadzieje?

Z chwilą przestąpienia bramy koszarowej przestaje być sobą, więcej, przestaje być człowiekiem. Jest martwą bryłą, którą siła rozkazu pana dowódcy może przenieść z miejsca na miejsce. Wcielony do pułku, zaimatrykułowany, skuty koszarowem odrętwieniem, żyje, ale tego życia nie czuje, bo ono jest zamknięte w ciasnych granicach władnego rozkazu i służalczego obowiązku. Przestaje myśleć i czuć. Mowa jego koszarowa to jakieś odruchowe gesty, zamknięte najczęściej w monosylabowych: rozkaz panie... tak jest... szeregowiec X melduje posłusznie...

Och posłusznie!

Posłusznie staje na baczność przed wszechwładnym panem sierżantem jak piesek, któremu każą służyć na dwóch łapkach.

Staje na baczność i, w odpowiedzi na wielkokalibrowe przekleństwa kaprala, jedną ma nurtującą go myśl: czy też aby nogi w tej chwili obcasami buta dobrze się schodzą..., czy aby ręce dobrze przylegają końcami palców do spodni?...

----------------------------------

Na gołem polu, na otwartych ulicach, zostaliśmy wojownikami. Zmieniła się dusza żołnierza. Na wierzch, jakby odwieczna naleciałość, wyszła brutalność. Jędrne, żołnierskie plugawe słowa nabrały życia. Wytworzyły się nowe, nieznane dotąd pojęcia, ukazały się nowe horyzonty. Przyszła wojna ze wszystkiemi symptomami, krwawa, mordercza wojna!

Nie było czasu na filozofję czynu.

Czyn był czynem, prostym wynikiem rozkazu, koniecznością. Nikt w tych dniach nie dociekał jego pragmatyzmu. Szło się poprostu na wroga bez zastanowienia, dla samego pragnienia krwi. Resztki fanatycznych pojęć o ludzkości, o braterskim obowiązku, o hasłach ideowo genewskich—wypędzała ze słabych mózgów wódka. Alkohol, szczodrze wydzielany, zagłuszył przedwojenne nawyczki do zdawania sobie sprawy ze swoich poczynań. Alkohol zaślepiał, mgłą zaciągał oczy... jeden w nich pozostawał widoczny kolor — odróżniona czerwień krwi.

Zrodziło się coś, jakby koszmarny pająk, który gęstą siecią oplótł nasze czyny. Nitki tej pajęczyny były przedziwnie wabiące, jaskrawo czerwone, migocące tą drażniącą barwą w promieniach słonecznych.

Na zew ojczyzny stawiliśmy się. Stanęliśmy w szeregach, równo, spokojni, z palcem na cynglu, my, wierni tej ojczyzny synowie i walecznego cesarza poddani.

Przemawiała za nami tradycja wielkich czynów. Spoglądał na nas z wyżyn przeszłości Sedan, zaufaniem napełniał wielki Generaloberst von Hindenburg.

W każdym z nas była wiara i poczucie świętości obowiązku. I w tem poczuciu szliśmy na bój, dumni z pierwszych kroków w kraju nieprzyjacielskim.

Taka była od wieków nasza zasada: nie pozwolić się zaskoczyć we własnym kraju, ale niespodziewanym wypadem sparaliżować wroga na terytorjum jego państwa, tam palić i grabić i iść, iść naprzód, bez szkody dla własnej ojczyzny.

Przekroczenie granicy, pierwszy krok w kraju wrogim, uczyniły z nas wrogów. Poczuliśmy się odrazu żołnierzami. Pierwsze kule, krwawy chrzest, spędziły resztki koszarowego rezonowania.

Cl wrót kraju nieprzyjacielskiego otwarł się przed nami bogaty spichlerz zapasów, skarbiec czynów. Gromkie hurra, okrzyk powitania i radości — okrzyk grozy, krew mrożący w żyłach. Rozszedł się odór krwi, wyszła zapowiedź rozszalałej żądzy.

Kraj okupowany miał stać się żniwem dla zwycięzcy. Wnet rozbiegły się oddziały wojska, węsząc nie za wrogiem, którego ślady wskazywały dymiące od wschodu pożary, ale za żerem...

In Polen ist viel zu holen!

Zabierano co wpadło pod rękę. Kury, kaczki, gęsi, świnie, krowy padały pastwą zaczynającego żyć żołnierza. Zrazu nieśmiało, niepewnie, potem z brawurą, żywiołowo. Ciemny ludek ruski, słowa nierozumiejący po niemiecku, skamlał, i płakał, i bronił, i wydzierał. Uspokojono go zapewnieniem, że państwo niemieckie za wszystko będzie płacić. Kura, kaczka, gęś, i świnia, i krowa, wszystko, wszystko szczegółowo będzie hojnie zapłacone każdemu, kto wykazać będzie się mógł pokwitowaniem za rekwirowane zwierzęta.

A pokwitowania wydzielaliśmy szczodrze, wśród wybuchu śmiechu:

„Schwein ist mein, Schein ist dein, Poincaré wird bezahlen!"

Wieśniak drapał się po zawszawionej głowinie, patrzał ze zdumieniem na niezrozumiałe słowa, chował świstek głęboko za pazuchę i kłaniał się tym panom żołnierzom, którzy byli grzeczni. Nieraz jego Jagnę taki chwycił pod brodę, uszczypnął matkę w ramię, dał poćmić papierosa, po przyjacielsku poklepał, tłumaczył zawzięcie coś długo w tym niezrozumiałym szwargocie, a potem dał „Quitttlng" i pojechał.

Dobre chłopy! Jeno się juchy jakoś śmieją...

-------------------------------

Żyliśmy szeroko, dobrze i wygodnie.

Niepokoił nas trochę Kalisz, ale poza tem zapuściliśmy zagony daleko, wparliśmy się tęgo pazurami w ziemię ruską, by nabrać sił, potrzebnych do rozmachu na wojnę.

Nasi wodzowie dobrze pojęli taktykę wojenną. Plany strategiczne, zakrojone na miarę najlepszych polityków wojennych, były pomyślane z nadzwyczajną dokładnością. Jasno czytaliśmy w umysłach naszych wodzów już w trzecim dniu wojny.

Żołnierz — ażeby mógł być dobrym żołnierzem, musi wiedzieć, dokąd idzie i poco idzie. Znać musi przynajmniej tę część planu, którą ma wypełnić czynami. Inaczej traci rezon i idzie na stracenie.

Wielka swoboda, ujęta jednak w karby karności, powiedziała nam wszystko.

Karność i suchy rozkaz istniały, ale stały się jakby odleglejsze, wychodzące z poza formy podwórzowo-koszarowej. Inne miały brzmienie i inne zewnętrzne cechy. Żołnierz łatwiej je znosił i chętniej przyjmował; były dla niego, w okresie tych pierwszych dni bezgranicznej swobody i wolności, hamulcem, wałem ochronnym, za którym powstrzymywał rozpętaną żądzę użycia.

Nie imały go się kule; nauczył się szybko poznawać po gwizdaniu ich kierunek, czasem bezwiednie schylał głowę i poznał, że nie wszystkie jednak kule zabijają.

Odezwało się w nim pragnienie życia.

Nie wiedział, że to przedśmiertna dawka użycia, którą los gotuje śmiertelnym...

Nie wiedział i nie rozumiał. Wojna wiodła go w nowy kraj, zapoznała go z innem życiem. Pragnął wychylić kielich żywota do dna, do ostatniej kropli...

Więc hulał, i szalał, i mordował, i grabił...

Wobec siebie usprawiedliwiony, w obliczu narodu nieodpowiedzialny, on — ślepy wykonawca szerokich planów.

Swobodny i w tej swobodzie niezależny, bez przekraczania granicy karności wojskowej, dowolnie prze-stępował miarę poczucia człowieczeństwa, byle żłopać i chłeptać do sytości, do nadmiaru z tej szarej, pospolitej codzienności.

A życie niosło w tę codzienność swoje urozmaicenie.

Wypadki dnia zbiegały się w godzinę; tygodnie całe skupiały się w jednym dniu; to, co wykonać się miało w ciągu długich miesięcy, stało się w jednym tygodniu.

W pierwszym tygodniu wojny...

W okresie odmierzonym, wykradzionym wieczności...

W dniach siedmiu...

----------------------------

Trudno, á la guerre, comme á la guerre — kule sypały się ze wszystkich stron, trafiając często niewinnych i jakby skrzętnie omijając winowajców.

Staliśmy w obliczu wroga, tylkośmy tego wroga nie widzieli.

Kazano nam strzelać — strzelaliśmy.

Kazano milczeć — milczeliśmy.

Mordować — nasadzaliśmy pod rozkazem bagnety na karabin i szliśmy do ataku... szukać tego wroga.

Początkowo zamykało się oczy i kłuło bagnetem naoślep, ale jakoś cios zawodził, częściej uderzał o mur, o płot. Bagnet tępił się. Wroga trzeba było szukać po ogrodach, na ważkich, wijących się schodach, pełnych specyficznie żydowsko-czosnkowego zapachu, uganiać się za nim po jego mieszkaniu, szturmem brać otwarte jego pokoje i wreszcie w odnalezionego, skulonego w kącie z całą rodziną, pchać bagnet w miękkie, ciepłe ciało.

Najpierw on, wróg właściwy, pan domu i ojciec rodziny, potem jęcząca kobieta, a potem rozbeczane bachory, lepiące się brudnemi łapami do krzepnących ciał rodziców. Jakie to wstrętne i niskie! Plugastwo żydowskie! Wszy pasożytne!

A wszystko skamlące, szwargocące jakiemś nieartykułowanem „gewałt" — „Herr je", a potem rzężące, plujące krwią na długo przed ostatecznem zdechnięciem,

Nauczyliśmy się już wielu słów żydowskich. Chętnie je też powtarzamy, z zaciągnięciem iście żydowskiem, przedrzeźniając wiernie mimikę wymowy żydowskiej: „Na, Icek, czemu ty potrzebujesz się kryć przed nami? Pójdź tu, na światło, ja tobie Icek nic nie zrobię, ty jeno mi powiedz, czemu ty strzelasz do naszych? Czy my twój wróg? Powiedz, łagodnie, ja ciebie proszę".

Przytykało mu się bagnet do piersi; żyd łypał ślepiami, dygotał na trzęsących się nogach. Zaczynało się znane już w takich wypadkach „Herr je" — zaklęcia, wołania o pomoc wszystkich jehowów, zaklinania i przysięgi na swoją niewinność — a oczy tymczasem chytrze spoglądały wkoło, jakby oszalałe pod wpływem strachu lub szukające ucieczki...

Dość tego. Rozkaz! Wciśnięcie bagnetu; dziki wrzask... Żeby jeszcze nie krzyczał, żeby się bronił, ale nie, wrzeszczy przeraźliwie, łypie ślepiami, kurczowo chwyta za bagnet...

W palcach czuć przy pchnięciu, jak bagnet zesuwa się po kości, idzie miękko, jakby się ślizgał; potem znowu napotyka na coś twardego; halt, dalej nie chce iść; to ściana! Ścierwo żydowskie wisi z łbem spuszczonym, jeszcze chrapliwie szczekające... Wisi na bagnecie. Jedno silne pociągnięcie i bagnet wysuwa się. Teraz dopiero człowiek widzi, że bagnet czerwony, unurzany we krwi, że żyd pada całym ciężarem ciała na ziemię, kurczowo drapie paznokciami podłogę. Coś budzi się w człowieku, coś szarpie, coś zrywa i woła, chce wołać, domagać się uczuć ludzkich dla... ludzi... Ale nie czas na filozofję; nie pora na rachunek sumienia. Zabija się błyskawicznie, szybko. Z jednego do drugiego domu człowiek ściga człowieka, znów go dogania, znowu kłuje i morduje, ażeby nie być samemu ściganym, kłutym i mordowanym.

Tai się poczucie kultury i ogłady. W człowieku zrywa się zwierzę, wszechwładny instynkt, każący ciągle pchać naprzód, pchać bez wytchnienia.

Nieraz w takich chwilach zamroczenia zmysłowego chciałoby się żłopać tę bryzgającą juchę, jeszcze ciepłą i słoną. Czuć ją wszędzie. Świeża — ma zapach fal morskich, zakrzepła — śmierdzi jatkami.

A wszędzie jej pełno: na schodach, progach, pokojach, na ulicach, obryzganych ścianach, w parku... wszędzie krew, ludzka krew, czerwona, ciemno - czerwona, jak purpura, a wszędzie krew.

Żydowska, narodu wybranego — jucha.

Włada nami jakaś dotąd niezapoznana siła — tajemnicza moc, która każe i zmusza.

Człowiek staje się potulny i posłuszny.

Na co zresztą zdałby się opór?

Za pierwszy objaw nieposłuszeństwa — kula w łeb. Czuwa wiernie nad tem pan feldwebel Oskar Meinzel i pan porucznik von Kirchbach, i pan major — wszechwładny nasz w Kaliszu komendant i najlepszy dowódca — Preusker.

„Im Feindeslande sind wir da —" W nieprzyjacielskim kraju!

Panowie życia i śmierci!

Zycie bierzemy — śmierć wzamian dając. Hojnie i szczodrze. Nieprzyjaciel winien poczuć naszą siłę. naszą szeroką dłoń, która wynagradza sprawiedliwych synów ojczyzny, a surowo karze nieposłusznych.

Niema w niej pobłażania dla wrogów, ogarniętych pychą innej narodowości, wówczas, gdy stać się mają obywatelami naszej ojczyzny. Za opór — kula w łeb i bagnet w pierś.

Za uległą wierność, za służbę zwycięską — order, nagroda i życie w łasce promieni najjaśniejszego.

Wybór wolny.

My, Niemcy, nie zmuszamy.

Wskazujemy tylko drogę do wolności, drogę szeroką, wygodną, wybrukowaną niezdartym językiem germańskim i cnotami wszystkich w rejestrze ułożonych mądrych praw człowieczych.

A nad tem życiem nasze godło: „czarny dwugłowy orzeł".

-------------------------------

Mundur wojskowy zmienia człowieka. Nie to, że mężczyzna w mundurze nabiera odmiennych form zewnętrznych — wysuwa pierś naprzód — prostuje się — ruchy ma harmonijne... nie. Mundur przedzierżga duszę człowieka. Zaczyna się ten proces raptownie, Ani się spostrzeżesz cywilu, jak szybko pierzchnęły twoje dotychczasowe myśli, twoje pewne wyrobione sądy, twoje uczucia — już patrzysz innemi oczami, zmienia się cały twój światopogląd. Wstąpiłeś w szeregi militarne — sam, jakby od urodzenia żołnierz z krwi i kości. Koszary, ćwiczenia, stają się spójnią — twoim światem.

Wojna! Krwawy chrzest!

Przestałeś być żołnierzem, powiedzmy takim cywilnym, teraz ciąży na tobie obowiązek obrony granic, u-święcony przelaniem krwi.

Tak było i dawniej.

A jednak...

Zmieniło się coś; tam, w głębi, wewnątrz. Metamorfoza objęła całe jestestwo duchowe, śmiałym rzutem pozbywając się zbytecznego balastu: „sentymentalnego romantyzmu".

Ukazał się instynkt, nieomylny i nieodstępny towarzysz żołnierza.

Ale...

Są w życiu żołnierza dziwne chwile.

Stanęliśmy dzisiaj w Szczypiornie, o kilka kilometrów od Kalisza. Spodziewany był nocny wymarsz. Nie spaliśmy. Pozwolono rozpalić kilka ognisk. Przy jednem z nich zgromadziło nas się kilkunastu — rozłożyliśmy się—wyciągnięci nogami w stronę ogniska. Feldwebel opowiadał: Wysłany poprzedniej nocy na obchód Kalisza, szedł długo w ciemności; on i dwaj przydzieleni mu żołnierze. Szli. Spotkali raz grupkę uciekinierów. Szli dalej. Znowu coś zamajaczyło przed nimi — płoty — wyjście na jakąś drożynę. Stanęli. Tędy, według odebranej wiadomości, miał przechodzić najsprytniejszy szpieg rosyjski, jakiś Poniatowski. Czekali długo. Cisza. Zmęczeni, senni, postanowili rozdzielić się i w trójkę objąć cały najbliższy teren; zrekognoskować.

Szedłem, opowiada, zupełnie sam drogą; skradałem się pocichu, przystawałem, słuchałem. Nic.

Oparty o przydrożne drzewo, stałem długo, czekając na gwizd, umówiony sygnał kolegów. Czułem,? jak karabin opada coraz niżej. Byłem zmęczony.

Nagle, jakby przez sen, doszedł mnie głos, niby płacz cichy, niby kwilenie dziecka. Było to tuż, obok, pode mną. Ocknąłem się momentalnie; odskoczyłem o krok z karabinem nastawionym. Rzuciłem pytanie raz, drugi — nic. Zagroziłem strzelaniem — cisza. Zacząłem poomacku wodzić bagnetem, Acha — to krzewy obok wierzby. Znowu zapytałem — i znowu żadnej odpowiedzi. Zniecierpliwiony już, zacząłem systematycznie żgać bagnetem w krzew. Wchodził miękko, uchylał gałązki. Cisnąłem silniej. Bagnet wszedł jakoś inaczej, ślizgał się w czemś, suwał... szarpnąłem. I znowu jęk silniejszy, przejmujący, jakby budzenie się człowieka i równocześnie cichy płacz dziecka. Poniatowski — przemknęło mi przez myśl. Pchnąłem jeszcze raz bagnetem. Wyrwały się dwa straszne głosy: płacz dziecka i bolesny okrzyk kobiety...

Ściągnąłem wartujących kolegów, wróciliśmy do miasta.

Urwał.

Dokończenie znaliśmy. Widzieliśmy dzisiaj. Na drodze, pod miastem, koło wierzby leżała nieżywa kobieta z przekłutym brzuchem; do odsłoniętej piersi kurczowo przyciskała przebite dziecko, małego trupka, którego niezarośnięta pępowina wskazywała, że urodziło się w nocy.

Tam, w krzewach, zdała od swoich, powstało życie i w zarodku zostało stłumione, zgniecione.

Feldwebel milczał.

Zapatrzeni w wystrzelające języki ogniska, poddaliśmy się wrażeniom chwili. W żołnierzach, twardych, zahartowanych na ból i troskę, zbudziło się serce, wypełzła pozostała resztka głupiego sentymentalizmu, przełamanie się duszy żołnierskiej. Przyszły wspomnienia...

O czem myśleliśmy?

0 dalekich stronach rodzinnych, o bliskich nam — matce, siostrach,... a może o śmierci dziecka niewinnego?

I duszy naszego feldwebla?

-------------------------------

Poniatowski!

Chłop, zwyczajny, prosty, od wideł i gnoju chłop polski. Ongi, przed wojną, znany przemytnik, dziś — szpieg pono najgłówniejszy.

Poniatowski!

Widoczny wszędzie, na każdym odcinku, w najgorętszym ogniu, pod obozem, w pobliżu kwatery, w mieście. Zawsze nieuchwytny, wymykający się stale z rąk.

Otrzymujemy rozkaz.

Obławę na Poniatowskiego. Widział go żołnierz. Pod wieczór wchodził tylnem wejściem na podwórze hotelu Europejskiego, do głównej kwatery Preuskera.

Obstawiliśmy wszystkie wejścia, zamknęli bramy, drzwi, — gotowi do strzału.

Przeszukano całe podwórze, stajnie, ustępy. W poszukiwaniu brali udział żołnierze, oficerowie, wszyscy, kto żył. Sam Preusker chodził po podwórzu.

Znaleziono go.

Siedział na strychu stajni, ukryty w słomie. Zbiegliśmy się wszyscy na podwórze.

Człowiek średniego wzrostu, o ostrym profilu twarzy, z małą bródką, wyglądał niepozornie, wystraszony, przelękły.

Przedwstępne badania na podwórzu nie dały żadnego rezultatu. Odebrano mu jakieś dokumenty. Zaciął się, nie powiedział ani słowa.

Nagle strzał tuż, blisko, pod hotelem, Alarm. Wartownik dojrzał jakiegoś chłopa w kożuszku, wybiegającego z pliką papierów z hotelu.

Wybiegliśmy w pośpiechu: zdała, na zakręcie, koło kościoła, mignęła szara sylwetka...

Pogoń nie dała wyniku. Szpieg przepadł w nadchodzącym mroku, zapadł się pod jednym z licznych mostów, uszedł kanałem.

Chłop, przytrzymany na podwórzu hotelowym, jak okazało się, był tylko narzędziem w ręku Poniatowskiego. Odwrócił uwagę od wejścia do kwatery Preuskera; dokoła swej osoby skoncentrował straż na podwórzu i ułatwił pracę Poniatowskiemu.

Odebrał zasłużoną karę...

Z kwatery zginęły ważne papiery. Podobno plan Kalisza, opracowany przez sztab generalny.

Wykradł Poniatowski.

Jak zeznali licznie zbadani świadkowie, Poniatowski od kilku lat nieuchwytny nawet przez zręcznych kozaków, był świetnym pływakiem.

-----------------------------------

W mieście był rozlokowany jeden bataljon 155. pułku, drugi baon za miastem.

W myśl tajnej instrukcji, należało każdego spotkanego mężczyznę, podejrzanego czy zwracającego niepewnem zachowaniem się na siebie uwagę, natychmiast rozstrzelać, bez sądu, by szpiegostwo wytępić w zarodku.

Czelność Poniatowskiego jest najlepszym dowodem, że zewsząd otacza nas żywioł niepewny, wrogi, myślący o powrocie Rosjan.

Dość gry i zabawy w ciuciubabkę.

Odtworzony plan okupowania Kalisza trzeba bezwzględnie wykonać.

Poniatowskich jest więcej. Rosjanie czuwają!

Należy ich uprzedzić!

Idea zaskoczenia wroga musi mieć odpowiednie zastosowanie.

Wykradzenie planu — to hasło do czynu, sygnał, że godzina wybiła.

----------------------------------

Wieczór. Godzina 11-ta. 7. sierpnia 1914 r.

Skonsygnowanie obu baonów pod miastem. Ostatnie przygotowania. Krótkie przemówienie majora, gromkie: za cesarza i ojczyznę. Zmieszane rozkazy.

Poszły, oddział za oddziałem, w odstępach, miarowo, w bój.

Ciężko nad nami grały armaty, dudniła ziemia, szły długie, głębokie bum-bum-rum-ruuum!

Miasto, pogrążone w ciemnościach, wysuwało się w niebo strzelistemi wieżami. Podchodziliśmy do pierwszych domów.

Jeszcze nie czas.

Dalej —- do śródmieścia.

Warknęło jeszcze kilka pocisków, przeszedł świszczący górą łoskot — prucie powietrza; zaległa głęboka cisza.

Tylko odzywał się miarowy stuk kutych butów o kocie łebki uliczne. Słychać było cichy szept i szeleszczenie niesionych wiązek słomy.

Szliśmy porządnie. Raz przecież celowo, z całą świadomością tego, co czynić wypadnie.

Przystanek. Kilka rozkazów. Weszliśmy do miasta.

Migotało mdłe światełko w górnem piętrze ratusza, wyłaniały się kontury sąsiednich domów.

Ostra salwa zboku. Strzały szły górą.

Rozkaz. Salwa. Bieg, ile tchu w piersiach, w ciemnościach nocy, o czarne mury odbite „hurrrra-hurrrra"!

Wpadliśmy na wyznaczoną ulicę.

Po trzech, czterech, pięciu do jednej kamienicy.

Nie ta, następna.

Tak — ta, napewno ta.

Brama zamknięta. Oknem, nisko.

Hans rozwalał drzwi. Otto wywalał okno. Werner wciskał słomę. Ja stanąłem już na parapecie okna. Silne pchnięcie, ramy ustąpiły. Weszliśmy wszyscy.

Od góry.

Precz Żydowico.

Kolba, bagnet, strzał! Bieganina w górę i znowu drzwi. Żydziaki psiekrwie!

Za nogi! Oknem go. Temu w łeb.

Spokój! Mordy zamknąć!

Wal w łeb! Dobra.

Hallo Hans! Tu pierzyny...

Trzask, błysk, płomień... w porządku!

Psiakrew! Zepchnij tę ryczącą cholerę na dół.

Uciekać niżej; na pierwsze piętro. Słomę! prędzej! pospiesz się!

Nie mam.

Szukaj. Patrz tu, kotara! Suknie! Pal!

Wyrżnij temu szczeniakowi kolbą — niech nie wrzeszczy!

Jazda, uciekamy!

Druga kamienica. Nie, nie ta. Już się pali, nie widzisz?

Tu, do cholery! Za mną! Naprzeciwko!

To hotel. Na podwórze! Do stajni — jest słoma, siano. Prędzej na piętro!

Hans! Nie tak wysoko. Na pierwszem, pójdzie, nie bój się, nie zgaszą!

Podkurz ich! Wywalaj śmiało!

Bydło! Zamknęli się. Patrz, pod schodami worki— ognia! Jak wróble będą wyskakiwać. Trzecie pięterko. Ładny kawałek drogi.

Znowu ta psiakrew. Strzelaj! Uwaga! Chce wyskoczyć.

Żyd, co?

Niech skacze, byle łba nie rozbił. Ten już ma dosyć.

Co? Ranny?

Kto? Hans?

Tak, rozdarłem gdzieś lewe ramię.

Cofaj się! Na rynek.

Czasu niema. Idziemy. Chłopcy dalej!

Trzask, huk, dym, oślepiający żar, wysuwający się oknami, drzwiami. Płomienie objęły dachy, ukazują się z przodu, z boku, z tyłu.

Jazgot karabinów.

Nie strzelać. Halt! Halt! Tu swoi! Stać!

Naprzód!

Gdzie się pchasz? Droga zatarasowana. Kamienie, gruzy, belki. Szafa leży.

Po ciężką cholerę wyrzucają meble!

Palić, podpalać! Od piętra! Nie wyrzucać.

Tego parcha chwyć za łeb. Krzesło się spali — daj spokój.

Dym rozciąga się nad nami. Na ulicy jasno, jak w dzień. Parzy, piecze, pali.

Dym obejmuje nas, opada gęsty, śmierdzący, dusi zapachem skwierczących ciał, oszołamia zaduchem płonącej materji, wciska się w oczy.

Rany boskie!

Wrzaski, krzyki, strzały i ten dym!

Nie można wytrzymać. Cofamy się. Uciekamy z piekła.

Odwrót zamknięty. Wszędzie ogień, wszędzie dym.

Strzał armatni. Jeden, drugi, trzeci. Hasło! Z biedą słyszymy. Nad nami ogień, z boku ogień, wszędzie ogień obejmuje nas, źre, swędzi, pali.

Głowy na dół! Niżej! Ratować się! Za mną! Tu, na prawo!

Człowiek — trup — drugi, trzeci i dziesiąty, osmolony, strawiony ogniem.

Wydostaliśmy się na rynek. Jedna kompanja już wycofała się. Uciekamy w popłochu. Za nami szaleje, syczy, piszczy, jęczy, woła! Morze ognia, górą białe, dymiące, dołem czerwone, smrodliwe.

--------------------------------

Za późno! Stało się. Musimy iść naprzód, nie wolno ustawać, nie wolno cofać się.

Przekroczyliśmy Rubikon. Patrzy na nas cesarz, patrzą nasze matki i ojcowie i całe Niemcy w nas wierzą.

Sądzić nas będzie opinja świata, Ale to nic.

Światem dla nas Niemcy, A świat dla Niemiec. Na nasz czyn czeka cesarz. My, synowie wierni, obywatele prawi, kość z kości Niemcy i krew z krwi germanowie.

Pragnęliśmy inaczej. Inaczej się stało.

W pierwszym dniu krew, mord i pożoga, A może tak miało być? Zapisane w księgach losu, wypełniło się?

Koleiną codopiero przejeżdżających armat, śladami naszych stóp, rozpylone w kurzu przydrożnym wlecze się za nami przekleństwo.

Rozlega się cicha skarga, jęk rozbitego dziecka, mamrotanie mordowanej staruszki, silna duma konających mężczyzn, żałosny, przeraźliwy krzyk młodych kobiet...

Ilu z nich ojców pójdzie w świat bez nóg, bez rąk?

Czem, kobiety - matki karmić będą dzieci, germański płód, skoro obcięto im piersi?

Gdzie udadzą się ze skargą? Kto wysłucha zgnębionych i porzuconych?

Okrutna wojna, wyścig demonów, kłębowisko rozpasanego instynktu krwiożerczych wampirów.

Ludzie z ludźmi spotykają się, a są dla siebie wilkami.

Dłoń przyjaźnie podaną liże się szorstkim językiem tygrysicy, do krwi.

A potem jeszcze raz kula, krew, grób i wieczny spoczynek.

Bohaterzy!

A my?

Zwycięzcy, ozdobni w ordery walecznych, przybrani krzyżami zasługi. My, wyznawcy wojny i dawcy jej ofiar.

My bohaterzy!

Tych poległych i zabitych — przeciwnicy.

Rozłączyła nas wojna. Rozdzielił patos politycznych pożądań. Aleśmy dzieci jednego Boga, z tej samej ulepieni gliny.

Jedno w nas życie. Takie samo u wielkich i u maluczkich, u zwycięzców i zwyciężonych.

Jedno, szare, przyziemne... jeno lśniące raz barwniej kolorami tęczy, albo odbite promieniami słońca w kałuży błota.

Ale zawsze, oddawna, po wsze wieki jedno, jedyne, to samo życie.

Odmierzone na lata, godziny, minuty; zawarte w sekundach... a wobec wieczności znikome.

Jeden, niedostrzegalny błysk, świetlik migocący — to życie. Dawcą i panem?

Wszechmocny!

Ojcowie i matki?

Słabe narzędzie w ręku Boga. Rodzą, sami spłodzeni i zrodzeni.

Żywią, sami karmieni.

Ich życie?

Życiem ojców, i matek, i dziadów. I to od wieków, zawsze to samo jedno, jedno tylko krótkie życie.

Wojna?

Krwawe wystąpienia przeciw prawdzie życja, bunt wobec Wielkiego. Postawienie ciężkiej stopy na pulsie życia, zatamowanie biegu krwi, bicia serca.

Śmierć!

Tym, których wojna nie zrodziła.

Na ich miejsce przyjdą nowi, z krwi zwycięzców spłodzeni.

Zaludnią się opuszczone ziemie, z ruin powstaną zburzone miasta.

Nadejdzie okres rozkwitu, chwały i radości życia.

Zapomnienie o przeszłości, pogrzebanie „wczoraj", troska o byt, o codzienny chleb.

-----------------------------------

Jak na żołnierza jego cesarskiej mości, ładne refleksje; wcale, wcale...

I pomyśleć, że takie komunały wypisuję ja, Rudolf K..., starszy szeregowiec drugiego plutonu III kompanji 155 pułku piechoty. Przed wojną nauczyciel gimnazjalny, lat 26, wcielony nie wiem poco i zaco w szeregi armji?!

Właściwie, jeżeli już mowa o przeszłości, powinienem być jakim leutnantem, ale... otóż to ale... było to w 20 roku życia... Stąd jestem, jak i Hans, tylko szeregowcem.

Koledzy złośliwie spoglądają na nas; ale co tam, furda opinja kolegów. Wszyscy jesteśmy mniejwięcej w jednym wieku, młodzi, zdrowi, czerstwi, no i zżyliśmy się jakoś. Hoch Kameraden! Na bój i zwycięstwo, zawsze razem, nierozłączalni.

Tak jak ongi w koszarach.

Razem na zbiórki, spojeni węzłami jednego rozkazu, szorowaniem tych samych garnków, przyjaciółkami żołnierza: poczciwemi wszami... złączeni wspólnością kochanek...

Nie rozstajemy się nigdy. Idziemy wszyscy. Cieszymy się radością jednego i płaczemy za wszystkich.

I latryna nas nie rozdziela.

Taki los żołnierza od wieków, od czasów greckich, rzymskich, z długiego średniowiecza. Taki sam i teraz.

Los bohaterów-żołnierzy.

Jak w koszarach.

Tylko, że w godzinach wieczornego spoczynku mniej mówimy.

Stanęło coś pomiędzy nami!

Złączeni jednym szeregiem, cuchnącą słomą wspólnego legowiska, przytulamy się jeden do drugiego, jakby w obawie, że dziś ostatni raz... że jutro już będzie inaczej.

Nie będzie mnie, ciebie towarzyszu...

Będziesz leżał gdzieś w parku, pod drzewem, na śmierdzącem podwórku żydowskiem, pod murem, z głową rozbitą, piersią przestrzeloną... będziesz sobie bracie przez mgłę śmierci patrzał na błękit nieba, ale nie dojrzysz już gwiazd błyskotliwych, nie usłyszysz trąbki alarmowej, płaczliwie grającej do odwrotu... i nie będziesz słyszał głosu naszego, twoich wiernych nie ujrzysz więcej kompanów.

Tak druhu dziś wierny i serdeczny!

Jutro możesz być sam, opuszczony, zmasakrowany, jak ci, których — widziałeś? — mijaliśmy dziś w południe.

Stłoczeni, zbici, zakrwawieni, leżeli na jednym stosie, na środku ulicy.

Pamiętasz? Musieliśmy obchodzić ich z boku. Było chyba ich ze dwadzieścia.

Głową na dół. Ręce pomieszane wybiegały, niewiadomo do którego trupa należące... gdzieś pomiędzy nogami rozbitego dzieciaka wysuwały się długie, zlepione krwią włosy kobiet... wdół opadłe suknie kobiece ukazywały gołe, grube nogi...

A wszystko splątane, zjuszone, obrzydłe i... i... pokazywałeś towarzyszu — sam pokazywałeś palcem... ta głowa odcięta, z szeroko rozwartemi oczyma... ustawiona na wierzchu... wyglądała, jakby człowiek żywy stał w środku śmierdzących trupów, obłożony niemi po szyję...

A to była tylko głowa, krwawą, przeciętą szyją osadzona na śmiertelnem wzgórzu.

Dziś oni — jutro my!

Tak samo cuchnący, obrzydliwi, bez życia!

Policz swoje palce, zapamiętaj ręce i nogi, i wszystkie policz ruchome członki twojego ciała, abyś ich potem na wspólnym stosie nie zagubił, bo nie odnajdzie cię matka staruszka, nie doszuka kochanka płacząca — przyjaciel serdeczny.

Wystaw pierś swoją szeroką — mężnie! Niech towarzysze widzą — jak giniesz od złowrogiej kuli, padasz na ziemię.

Podniosą, pocieszą, zamkną ci oczy i w jednym pochowają grobie...

Inaczej biada mnie, tobie, wam wszystkim towarzysze i dowódcy! Nie zginiesz na placu boju, dosięgnie cię zdradziecka kula wówczas, gdy przywarujesz na chwilę, na moment.

Zgnie cię niespodziewanie wrogi nóż, gdy sam, o krok od towarzyszy zabłąkasz się na obce śmieci, w cudze podwórko...

Nie wrócisz, nie przyjdziesz!

Zaginie o tobie wieść wszelka, nie pozostanie ślad.

Zagrzebany w gnojowisku, wtłoczony w ciemne lochy ustępów, zcuchniesz, zgnijesz, bez echa, bez głosu... i pozostanie po tobie żal, wspomnienie...

Ale, wybacz jedyny, nie na długo.

Patrz, my mężni, musimy iść naprzód.

Zakrwawiony rękaw otrze łzę serdeczną. Nie zostanie po tobie nic.

Słowa twojej pamięci zginą w okrzyku atakowego marszu: niech żyje król i ojczyzna — zagłuszą myśl o tobie.

Ty jesteś pył i kropla.

Niech płacze matka. Chce, stęskniona kochanka. Ale wierz, i ona zapomni; ukoi ból w ramionach naszych... jest żyjąca!

Pozostanie ci jedna matka, staruszka siwiuteńka.

Wybacz towarzyszu.

My idziemy naprzód, nie mamy czasu.

Zegnaj bracie kochany, druhu miły!

Idziemy...

--------------------------------

Mieszkańcy miasta nie mogą nas zrozumieć. Nie mogą pojąć naszych dobrych intencyj, wczuć się w nowe położenie.

Taki stan wytwarza wzajemne nieporozumienie, zaognia dotychczasowe warunki, przesuwa punkt ciężkości sytuacji i zmusza nas, zwycięzców, do stosowania metod wojennych.

Trudno. A mogliby przyjąć przecież nasze nad nimi panowanie. Sądzę, że wówczas podniósłby się stan posiadania, zmieniłby się charakter całego miasta.

Novus rex, nova lex!

A tam, gdzie stanie stopa naszego cesarza, wyrastają nowe prawa, nowe obyczaje, dźwiga się cywilizacja i kultura.

Ale cóż poradzić: mieszkańcy Kalisza albo są zbyt dumni, albo też ciemni. W naszem mniemaniu, ostatnie określenie bardziej przemawia za nimi i tłumaczy ich.

Może też są dumni i nie chcą chylić karku pod nowe jarzmo?

Milczeniem i tą hardą uległością utwierdzają w nas przekonanie, że to jednak oni dali hasło do pierwszej krwawej masakry na ulicach miasta, potem przychodzą z butnemi pretensjami, powołując się na przestarzałe konwencje genewsko-międzynarodowe...

Odwołują się do humanitarności ogólno - państwowej i roszczą sobie pretensje, dziwne pretensje...

Ciekawi ludzi!

Nie można ich przekonać, że my jesteśmy tylko cząstką, awangardą potężnej, miljonowej armji cesarskiej, która lada dzień zaleje ich kraj nadwiślański.

Przyszliśmy do nich, ażeby „faire l’histoire", zmienić ukartowanie polityczne Europy. Nam bowiem słusznie należy się większy obszar ziemi.

Dążymy ekspansywnie naprzód, wyprzedzamy ludzkość w mechanice, technice, w życiu.

Trzeba nam powietrza do szerokiego rozpędu, który na nowe tory popchnie całą ludzkość...

A ludzkość, dziwna ludzkość, obojętnie patrzy na nasz rozmach polityczny, liczy nasze kroki wprzód i... buduje schrony obronne.

Chaos w pojęciach, niezrozumienie celu, brak uświadomienia ducha czasu.

Spodziewaliśmy się przyjęcia gorącego, serdecznego.

Uniosło się wprawdzie w górę kilka czapek, kilka mdłych hurra wydobyło się z opadłych i obrzydliwych piersi Żydowic kaliskich... a poza tem najzupełniejsza obojętność, a przynajmniej udatne maskowanie tej obojętności.

Więc tak przyjęto nie wrogów, ale nas, poświęcających się dla ludzi zgnuśniałych w azjatycko-rosyjskiej ciemnocie?

I ta pewność siebie! Ta piekielna zarozumiałość!

U Preuskera byli dziś księża katoliccy z prośbą, dumną prośbą, o pozwolenie grzebania poległych.

Na! Halunker!

Czy to nie szczyt „einer dummer Frechheit"? Jeszcze może długi kondukt żałobny, wielu księży, przemówienia, przypominanie cnót przodków, nawoływanie do wytrwania w miłości ojczyzny...

Na! Jakiej ojczyzny? Co oni mówić będą o ojczyźnie?

Vaterland to my, dla nas samych i dla nich, a nie żadna uciemiężona ojczyzna.

I jeszcze może salwa na cześć zmarłych?

— Nein, meine Herren, so dobrze nie jest. Precz z oczu, bo natychmiast każę was rozstrzelać.

— Żadnych pociech religijnych, żadnych requiem! To czuć spiskowaniem.

— Ja! Prawa majowe! Kulturkampf!

— Precz!

Zrozumiałe było dla nas uniesienie Preuskera.

Nie, żeby zdobyć się na coś podobnego, jak ci księża! Przechodzi granicę ludzkiej wyobraźni.

W środę, 5 sierpnia udał się jeden z poważnych kupców miejscowych do Preuskera, legitymując się paszportem niemieckim, z prośbą o ochronę swego składu broni przed rabunkiem.

Otrzymał poświadczenie ze słowami:

„Niech pan to wszystko zaraz zapakuje i w skrzyniach ukryje w piwnicy".

Po południu tego dnia stwierdzono, że okoliczni ziemianie znoszą potajemnie do tego składu posiadaną broń.

Drugiego dnia wyszedł rozkaz od Preuskera, nakazujący, pod grozą rozstrzelania, wydanie wszelkiej posiadanej broni.

Kupiec w porę uciekł. Broń schował.

W kilka dni później pełniłem straż z kolegą przed ratuszem.

Przyszła do nas jakaś pani z dwiema dziewczynami, służącemi pewnie.

Wszystkie trzy trzymały ręce podniesione w górę. Pani owa, trzymając w ręce paszport niemiecki, zwróciła się do nas z prośbą o zaprowadzenie do komendanta. Mówiła po niemiecku.

Mieliśmy, według rozkazu, karabiny wymierzone.

Odpowiedział jej kolega ostro, że komendant nie ma czasu na pogawędki z paniami. Ku naszemu zdziwieniu, roześmiała się swobodnie i odezwała się do mojego towarzysza:

„A! po akcencie poznaję, że pan jest Saksończykiem”.

Rzeczywiście, pochodzi z Plauen w Saksonji. Ona znała to miasto. Była w niem przed wojną. To wystarczyło.

Tę, niejako towarzyską rozmowę, przerwało nadejście oficera i dwóch z nim idących żołnierzy z workami. Oficer chodził od składu do składu, zaglądał przez wybite drzwi. Gdzie było co ciekawszego, wysyłał żołnierzy. Worki napełniały się. Po chwili nadjechało kilku wyższych oficerów konno. Wspaniałe konie, onegdaj zabrane ze stajni wyjazdowej okolicznego majątku, szły niespokojnie, tańcując w lansadach i podskokach na dwóch nogach.

Dowódca ostrym kłusem podjechał do trzech kobiet, rozmawiających z nami. Pani wyciągnęła rękę, pokazując paszport niemiecki. Machnął lekceważąco ręką, kierując konia wprost na nią. Podeszła śmiało do konia, poklepała go odważnie po lśniącym karku; uspokoił się, rzucając łbem i niecierpliwie gryząc wędzidła.

Ta odwaga kobiety udobruchała dowódcę. Wysłuchał życzenia. Prosiła, ażeby jej pozwolił ratować towary ze sklepu. Wskazała mu swój dom. Obok niego, po obu stronach, budynki już płonęły.

Porozmawiał z nią grzecznie, zapewniając, że jej dom nie ulegnie zniszczeniu. Polecił przytem, ażeby natychmiast sprowadziła się z przedmieścia do tego domu, zaopatrzyła się w prowiant, bo przyjdzie wojsko niemieckie; otrzyma kilku oficerów na kwaterę.

Może być zupełnie spokojną. To, co się pali: „dass alles haben die Russen gebrannt".

Odpowiedziała, że nie wie kto spalił, bo nie widziała. To jedno jest wszakże pewne, że gdyby Kalisz nie palił się, wojska niemieckie doznałyby jak najlepszego przyjęcia.

Dowódca, wypytawszy szczegółowo, który to dom jest jej, przyrzekł raz jeszcze, że może być zupełnie spokojną. Pod ochroną nocy pomoże jej ratować nasze wojsko.

Świsnąwszy ostro szpicrutą, pojechał z drugimi, rzucając jeszcze słowa: „Nasze wojsko i tak musi doznać jak najżyczliwszego przyjęcia!"

Wszyscy oficerowie mieli zasłonięte kaski; numery pułków na epoletach były poodrywane, u niektórych zakryte. Na naszych czapkach poodwracaliśmy numery.

Taki wyszedł rozkaz po pierwszym wystrzale w Kaliszu.

Wieczorem tego samego dnia umieszczono w sieni tego domu kilka snopków słomy. Mieszkańcy cieszyli się, w przekonaniu, że na tej słomie czuwać będą żołnierze.

W nocy rzucono w sień domu krótkie:

„Rette sich, wer kann"

Potem w sień i okna pierwszego piętra puszka z materjałem wybuchowym!... ogień w mgnieniu oka obejmował cały parter i pierwsze piętro.

Metoda ułatwiona po pierwszych, nieprzyjemnych próbach podpalania domów wewnątrz przez poszczególnych żołnierzy!

Kobiety z rozpuszczonemi włosami, w koszulach uciekały już przez płomienie ognia, szalejącego w klatce schodowej. Płonące, napół nagie, z dziećmi na rękach, uciekały jak szalone. Towarzyszył im świst kul. Wykurzono je z ciepłych łóżek o północy. Spały spokojnie, zabezpieczone słowem oficera, który w tym samym czasie drzemał na twardej kulbace, w otwartem polu, wśród deszczu i przejmującego wiatru.

--------------------------------

Przed jednym ze spalonych domów na wiadrze siedziała młoda kobieta. Otrzymała od komendanta pozwolenie na wywiezienie ukrytego w piwnicach towaru. Kilka dziewczyn wynosiło z lochów wspaniałą broń, starannie poowijaną, wysmarowaną. Niektóre sztuki uległy zniszczeniu wskutek gorąca szerzącego się ognia.

Obok, w sąsiedniej uliczce, siedzieli oficerowie na krzesłach, wyniesionych na ulicę. Z piwnic hotelów wynoszono wyborne trunki. Uderzeniem o kamień odtrącano szyjkę; jeden, dwa łyki i butelkę wyrzucano. Najlepsze koniaki, wyborowe wódki dosłownie płynęły rynsztokiem. W powietrzu unosił się zapach koniaku.

Jeden z oficerów dostrzegł siedzącą kobietę. Podszedł z dwoma innymi, prosząc o gwoździe. Wskazała mu ręką podwórze spalonego domu, mówiąc, że tam jest gwoździ b. wiele.

Bez słowa zaszedł od tyłu, przyłożył jej lufę rewolweru do pleców. Wstała, musiała ich zaprowadzić. Obawiali się zasadzki.

Na szczęście, gwoździe znaleziono. Przy wychodzeniu z podwórza oficer znowu szedł za nią, opierając lufę rewolwerową o jej plecy. Gdy doszli do bramy wyjściowej, podniósł rewolwer w górę i nad jej uchem wystrzelił w powietrze. Paszport niemiecki uratował ją od śmierci.

Wszyscy trzej oficerowie własnoręcznie deskami zabijali wejście do piwnicy, skąd sięgano broń.

Tej pani zabrano jeszcze 120.000 rubli w złocie.

Dobrze były ukryte! Życie jej darowano. Polskie jej nazwisko dowodziło, że była obywatelką rosyjską!

Za to spalono dom, chociaż obok zostało kilka całych, te jednak należały do Niemców!

Zachowanie mieszkańców było w stosunku do nas obrażające. Klękali przed każdym kościołem, jakby tam na nich czekało zbawienie.

Zamiast nas przyjąć, ugościć, ciągle nas prowokowali. Swojem zachowaniem wzbudzali niepotrzebny niepokój. Stąd ta niepewność naszego pobytu w mieście, stąd ciągłe alarmy, marsze, napady. Ustawiczne przerzucanie denerwowało żołnierza w najwyższym stopniu. Nic więc dziwnego, że żołnierz za każdorazowym powrotem do miasta mścił się za te ciche „obelgi", że najpierw palił, a potem kradł.

W pierwszym dniu wydano nam kartki, za które kupcy kaliscy zobowiązani byli wydawać żywność. Pieniędzy przecież na prowadzenie wojny w nieprzyjacielskim kraju nie mieliśmy. Żołnierz musiał chodzić do sklepów z kartkami, które komendantura miała potem pokrywać.

Kupcy odmówili wydawania towarów, A więc znowu prowokacja!...

W ustawicznem podnieceniu, w ciągłem oczekiwaniu na moskali, nie mieliśmy żywności, patrząc na nią wystawioną poza oknami.

Wprawdzie uboga ludność odniosła się do nas bardziej przychylnie. Nawet niektórzy zamożni kupcy miejscowi cieszyli się z naszego przybycia, wyrażając głośno nadzieję, że pod rządami naszej kultury i cywilizacji ulice Kalisza wyglądać będą jak lustro.

Tak, ale, gdy chodziło o dostarczanie żywności na kartki, odmówili.

Potem, gdy na jakimś rynku ogłoszono rano, kilka minut przed godziną 5-tą, że punktualnie do godziny 5-ej wszyscy mieszkańcy tej dzielnicy mają opuścić domy, ze wszystkich czterech stron rynku rozległa się gwałtowna strzelanina z ukrytych karabinów maszynowych.

Na dwóch rogach rynku strzelali nasi. Przez kogo były obsadzone dwa drugie? Gdzie i czyje ukryte były karabiny maszynowe?

Wprawdzie po kilku godzinach dopiero wykazało sią, że to ze wszystkich stron strzela wzajemnie do siebie nasze wojsko. Ale z czyjej winy?

W naszem i naszych dowódców mniemaniu — wyłączną bezwzględnie ponosili mieszkańcy.

To też żołnierz szedł do nich z uprzedzeniem.

Szedł sam brać.

W chaosie pierwszych niespokojnych dni płynęły ulicą długie furgony, zaprzężone w najlepsze konie wyjazdowe.

Żołnierze wbiegali do sklepów po żywność, w nerwowym pospiechu zabierając wszystko, co wpadało pod rękę.

Szedł żołnierz z miednicą w ręce, w drugiej karabin, na nim bochenek chleba, na ramionach zarzucone wspaniałe futro. Inny na kasku nocne naczynie, na ramionach damską bieliznę, w ręce pustą, zwyczajną walizę. Bez ceny, bez wartości.

Żołnierz brał, aby brać.

Dopiero później odbywało się planowe oczyszczanie domów. Zabierano dosłownie wszystko, nie pozostawiając nawet metalowych okuć. We wnętrzach spalonych domów wisiały prawie w powietrzu piece, balkony, belki, pręty żelazne, gdzieś na 3-ciem piętrze w kącie zachował się garnitur umywalni. Wszystko rewidowano skrupulatnie, badano, szukano, biorąc to, co przedstawiało jakąkolwiek wartość.

Za prowokację, za cichy bunt!

Za krew zaginionych towarzyszy!

Według rozkazu!

A w ojczyźnie o nas śpiewano:

„Ihr färbet gern mit Eurem Blut den Sand Fur Eurem Kaiser und für Vaterland".

W Kaliszu przelewaliśmy krew.

-----------------------------

Zaczął się palić jeden z kościołów kaliskich.

Podobno kula armatnia zerwała belkowanie i wkrótce kościół począł płonąć.

Kościół, dom Boży. No tak, ale ostatecznie my nie bierzemy za to odpowiedzialności. Nikt nie podpalił z rozmysłem. Nikt nie podminował, tylko kula...

Jeden Bóg może wiedzieć... człowiek tylko strzela.

Akcję ratunkową utrudniała gęsta strzelanina z dział.

Podobno kilka kul armatnich spadło na podwórze szpitala Czerwonego Krzyża.

I znowu o to awantura.

Naczelny lekarz szpitala wystąpił do Preuskera z zażaleniem na naszych artylerzystów.

Jak zawsze u tych mieszkańców, tak i teraz wielkie powoływania się na względy humanitarne, na konwencje itd., twierdzenie, że kule działowe dziwnie tylko w biały dzień trafiają w szpital, a w nocy omijają go.

Bardzo dwuznaczne powiedzenie.

Co jest względne? Na wojnie?

Dla nas jasne było, że artylerja strzelając, nie mogła wiedzieć o położeniu szpitala.

Chorągiew Czerwonego Krzyża?

I na ratuszu też wisiała chorągiew czarnego orła, a jednak...

Któż może na odległość strzału armatniego rozeznać, czy wogóle dojrzeć wiszącą gdzieś chorągiew, którą zasłaniają inne budowle?

A opowiadanie, że kule tylko w dzień trafiają, a w nocy nie?

Strzelaj pan, panie lekarz, w nocy do zająca!!!

Przypadek, prosty traf, nie?

I konwencja genewska!

Tu miasto, Grenzstadt Kalisz!

Genewa?

Daleko w Szwajcarji!

Humanitarność? Co to jest humanitarność, my wam to wytłumaczymy, poczekajcie!

U was to są puste słowa, pod któremi kryją się uczucia synowskiego przywiązania do smutnej tradycji waszych królów, waszej ojczyzny.

Są to knowania spiskowca, w lochach, w norach, byle nie przy świetle dziennem.

Przejrzeliśmy wasze zakusy, wasze zamiary.

Point de rêveries!

Cały personel lekarsko - szpitalny wyprowadzono z gmachu szpitalnego. Ustawiono pod murem do rozstrzału. Porucznik dał znak i wówczas stało się coś, czego nie oczekiwał ani on sam, ani skazani, czego cała armja niemiecka, jak długo pozostanie armją cesarska, wstydzić się musi, okryta niezmazaną hańbą:

Żołnierze odmówili posłuszeństwa.

Okropne!

Tak spokojnie, bez krzyków, bez próśb, opuścili karabiny.

Co się stało? kiedy umówili się? Nikt nic nie wie.

Nie strzelali! Do wroga! W kraju nieprzyjacielskim!

Nie strzelali, bo, głupie żarty, zobaczyli przepaski Czerwonego Krzyża na rękawach skazanych.

Oficer, zdumiony, przecierał oczy, nie mógł zrozumieć, pojąć. Jakto? Karny, wyćwiczony żołnierz niemiecki, jego poddany?

Tak wielkie było jego zdumienie, że, zamiast podbiec do pierwszego żołnierza z brzegu z rewolwerem i jak psa zastrzelić, kazał przeprowadzić ścisłą rewizję w szpitalu, grożąc personelowi, że w razie pozytywnego rezultatu rewizji, i opaski Czerwonego Krzyża nic nie pomogą.

Nic nie znaleziono.

W szpitalu leżało kilku naszych, ranionych w pierwszym dniu zajęcia Kalisza.

Oficer klnąc, zwolnił uwięzionych, a sam wycofał się ze swoim oddziałem za miasto.

Nie miał odwagi strzelić sobie w łeb. Nie ratował zagrożonego honoru i czci oficera pruskiego.

Hańba! Po trzykroć mu za to hańba!

Echo bowiem tego wypadku szybko rozniosło się wśród szeregów, powtarzane, odbite w tysiącznem rozdrobnieniu, poczęło siać demoralizację.

Zło należało usunąć w zarodku, a nie pozwolić mu panoszyć się po szeregach zwyczajnych żołnierzy, poddawać je komentowaniu i rozwałkowywaniu.

Stało się źle!

W kilka godzin później tenże oficer, przejeżdżając konno na czele oddziału koło szpitala, dojrzał w otwartem oknie stojącą siostrę miłosierdzia. Błyskawicznie wyciągnął rewolwer i strzelił.

Ale, bo co też za sytuacja! Podobno ta siostra pokazywała mu język.

Niepodobno przecież przypuścić, że, stojąc w oknie, na języku szukała śladów choroby.

Co za prowokacja ze strony mieszkańców?

------------------------

W kolisko szarej pospolitości wtargnął nielitościwy bóg wojny.

Rozpętał żywioły, drzemiące pod powłoką kultury i cywilizacji. Zbudził siły mocarne i wionął niemi ku ziemi zbiedzonej.

W krąg swoich zamiarów wciągnął ludzi, rzucił ich naprzeciw siebie z bronią w ręku, zawsze, od wieków, sam milcząco-uśmiechnięty.

Sfinks nieodgadnięty...

Stał zboku i patrzał.

I widział tłumy, rzucające się na siebie; dobiegał go szczęk oręża, jęk konających, bryzgała na niego krew niewinnych.

A on, bożek nieśmiertelny, stał i patrzał na krwawą zabawę swoich poddanych.

------------------------

Poddani szli mężnie na poszukiwanie wroga.

Okupowali miasto raz, i drugi, i trzeci. Tyleż razy je opuszczali, by po kilku godzinach, z zapasem nowych sił, nowych planów, powrócić.

------------------------

Oficer, o którym była mowa i cały jego oddział, otrzymali niespodziewanie translokację na północno-zachodni front

A więc i tam, gdzieś w Belgji, jest wojna? I, co gorsze, front? U nas frontu niema. Bo nie można przecież za front uważać jedno graniczne miasto. Jest wróg i ten dał nam się już we znaki, ale frontu, wyraźnie rysującej się linji bojowej, jeszcze niema.

Nieraz wolelibyśmy jednak walczyć oko w oko z nieprzyjacielem, strzelać do siebie wzajemnie, widzieć się.

Taka walka, jednostronnie jawna, jaką obecnie prowadzimy, jest męcząca i nadzwyczaj denerwująca.

Wroga czujemy. Siedzi ukryty. Prowadzi z nami zaciętą kontrofenzywę. Zdaje nam się nieraz, że zajmujemy pewne gmachy, których rozlokowanie świadczy o planowości walk. Wpadamy do takiego domu, przewracamy wszystko od góry do dołu raz i drugi i, zamiast spodziewanych karabinów maszynowych, zamiast bomb wybuchowych, odnajdujemy chałaciarskie żydostwo, lamentujące, wystraszone nagłą rewizją. Wroga ani śladu.

Zaczyna się zawsze od początku: strzelanina na chybił trafił, atak na jakiś dom, niby jakiś odkryty ślad i znowu wpadamy w błędne koło. Rozbijanie drzwi, krzyki, wrzaski, jęki, kilkanaście trupów, a potem cisza, która obejmuje rozwalone cielska, zburzone mieszkania, zgaszone ogniska, symbole rozbitych rodzin.

Wątek podejrzeń, tak misternie utkany i z wielkim trudem uchwycony, wysuwa się z opadających rąk i ginie w mroku niepewności.

Nie posunęliśmy się o krok naprzód. Stale wracamy do tego samego punktu wyjścia, szukamy pozoru.