Weichselmädchen.

 

Pewnego dnia, około godziny 11-ej wieczorem, pełniłem służbę w pobliżu parku. W mieście obowiązywał stan oblężenia. Nikomu nie wolno było wychodzić na ulicę.

Długiemi krokami odmierzałem przestrzeń między mostem i parkiem. Pamiętam: mało zajmowały mnie sprawy wojenne. Pogrążony w głębokiej zadumie, chodziłem trochę leniwie; głupio było tak samemu stać na straży w obcem mieście. Nie bałem się, ale jakoś byłem dziwnie niespokojny. Zdała, z biwaku żołnierskiego, dochodziły wrzaskliwe odgłosy. Raz poraz na ulicy, wiodącej do parku, przemykali się ukradkiem żołnierze, a ja, taki odosobniony, dopiero zacząłem pełnić służbę. Chodziłem coraz wolniej. Mostu miałem pilnować jeszcze całą godzinę. Kroków było najpierw 20, potem już 25, a jeszcze później jakieś 30. Snułem w myśli te spostrzeżenia, zajęty raczej obserwacją leniwie wysnuwanych wniosków, jak patrolowaniem poruczonego mostu. Przyzwyczajony do oglądania tłukących się po ulicach, pod murami, pijanych kolegów, nie zwróciłem również uwagi na grupkę zataczających się żołnierzy. Miałem rozkaz legitymowania, z prawem ewentualnego rozstrzelania wszystkich cywilów. Ci koledzy, nic mnie nie obchodzili. Przecież wczoraj ja też łaziłem napół pijany.

Wtem jednak doleciał mnie odgłos cichego stąpania od strony parku. Jakiś cień, lekko majaczący w świetle gazowej latarni, starał się przesunąć niepostrzeżenie przez most w tym czasie, gdy byłem tyłem zwrócony do parku.

Podskoczyłem z głośnem: halt! halt!

I dopiero w cieniu ulicy, przy pomocy towarzyszy, przytrzymaliśmy kobietę. Podprowadziliśmy pod latarnię. Ze zdumieniem spostrzegliśmy, że to była młoda dziewczyna, lat najwyżej siedemnastu.

Na pytanie, co o tym czasie robi na ulicy, odpowiedziała, że idzie do domu. Wszystkie inne indagacje, a więc: skąd wraca? dokąd idzie? gdzie mieszka? Były daremne.

Była żydówką. Nazywała się Majtela... nazwiska nie zdołała już wypowiedzieć, bo w tym momencie uchwyciły ją silne ręce żołdackie. Jeden ręką zatkał usta, drugi chwycił za ręce, inny za nogi i wynieśli za most, do parku. Szamotała się, rwała, szarpała, gryzła, chciała krzyczeć, ale jej któryś wpakował brudną chustkę do ust. Pozrywali suknie...

Jeszcze się szamotała, ale już pijackie gęby przylepiły się do piersi. Już ich ręce, ze zwierzęcą niechlujnością, dotykały ciała dziewczęcego. Wyprężyła się jak struna. Zdawało się, że w jednej chwili świadomość kobieca zatraciła trzeźwość człowieczą, a półświadomie zbudziła się samica, która bezwiednie poddaje się aktowi zgwałcenia. Potem nastąpiła scena, która na długi czas utkwiła mi w pamięci. Kolejno, jeden za drugim, znęcali się wszyscy, a było ich pięciu, nad bezwładnie leżącem ciałem dziewczyny. Już nie ruszała się. Leżała jak nieżywa. Raz tylko, jeden raz, poprzez wciśniętą w usta chustkę, wydarł się głuchy, rozpaczliwy okrzyk. Potem zamilkła. Zemdlała. Towarzysze rzucili ją wreszcie. Jeden z nich, z głupkowatym uśmiechem, patrząc na mnie, zawołał: „była dziewicą".

Zostałem sam. Zbliżała się północ. Podszedłem do leżącego ciała, wyjąłem chustkę z ust, narzuciłem strzępy potarganych sukien na krwawiące ciało. Poruszyłem ją kilka razy, nie drgnęła; zdawało się, że nie żyje. Po długim dopiero czasie cicho westchnęła. Pochyliłem się nad nią, ująłem pod ramiona i posadziłem na ziemię. Z ramion opadły zarzucone łachmany. Dopiero teraz, jakby ze strachem, spostrzegła, że jest prawie naga. Odruchowo, rękami napół bezwładnemi, zakryła piersi. Widziałem, jak przytomniała.

Nagły błysk świadomości: szeroko rozwarte oczy, zrozumienie strasznej rzeczywistości.

Jezus, nigdy jeszcze na mnie tak nikt nie patrzał, jak ta młoda żydówka. Było to spojrzenie kopniętego psa, wzrok zranionej samicy, której się z łona wydziera młode, gdy ona, bezsilna, leży na barłogu.

Nie było łez, ale był płacz, wielkie błaganie o litość, mowa bez słów i jakaś prośba, straszna prośba.

Zrozumiałem. Mnie uważała za sprawcę pohańbienia. Mnie nienawidziła, jak tylko nienawidzieć może szczute zwierzę. Patrzała mi długo w oczy blisko, blisko, że dreszcz mnie przebiegał. Wówczas dopiero zacząłem błyskawicznie zastanawiać się nad tem, dlaczego jej nie broniłem. W wyobraźni stanęła mi inna postać kobieca, patrzały na mnie inne oczy, te oczy, które kochałem od dwóch lat, w których blasku zawsze widziałem siebie odbitego. I te oczy, tę twarz, tę drogą postać ujrzałem teraz, w tej chwili, złamaną, zmiętą, jak zużytą ścierę, leżącą na ziemi.

A gdy dziewczyna z trudem powstała, wlokąc jakoś ciężko nogami, spojrzała znowu na mnie, bez słowa, temi swojemi wypukłemi oczami i ociężale pociągnęła się w kierunku rzeki, oddalonej o kilka kroków. Nie wiem, co się ze mną działo; szedłem za nią, jak zahypnotyzowany, zapatrzony w jej oczy. Wlokłem się o krok za nią, zgięty jak ona, jak ona ociężały. Ciągle, idąc nieco bokiem, widziałem jej szeroko rozwarte oczy. Na moment jeden, w świetle latarni, spojrzała na osadzony bagnet.

Była to tysiączna część sekundy; — zrozumiałem...

Na drugi dzień, w parku, około tamy, wyłowiono z Prosny ciało młodej kobiety. Na ciele były ślady zgwałcenia; z lewego boku, poniżej młodej piersi, widniała szeroka rana, jakby pchnięcie bagnetem.... W zwłokach rozpoznano żydówkę Heiszrekównę Majtelę. Przekłute było serce.

--------------------------------

Był w naszej kompanji jeden Polak, Ignacy Matlak. Zawsze spokojny, zrównoważony, teraz dopiero, podczas okupowania Kalisza, uległ przeobrażeniu. Zmienił się. Mówił mało, chodził lekko pochylony. Zżółkł na twarzy. Obserwowałem go od kilku dni. Chodziliśmy w jednej czwórce: Hans, Ignac, Otto, i ja czwarty. Rozbijając się w mieście na mniejsze oddziały, nigdy nie rozdzielaliśmy się. Nasza czwórka była murowana.

Otrzymaliśmy rozkaz strzelania, strzelaliśmy wszyscy równo, miarowo, rytmicznie.

Raz, jeden tylko raz, spostrzegłem, że koniec lufy karabinowej Matlaka był lekko wzniesiony w górę, powyżej poziomu naszych karabinów. Strzelał spokojnie, tylko jakoś bardziej zaciskał usta; w oczach migotał błysk jakby złośliwości, czy nienawiści...

Podczas odpoczynku siedział zboku, o krok od nas. Jadł mało, zawsze zapatrzony w dole leżące miasto. Patrzał, jakby się czegoś dopatrywał w strzelistych wieżycach kościołów, jakby szukał zagubionego echa swojej ojczyzny...

Długo nie mogliśmy go zrozumieć. Był przecież żołnierzem jego cesarskiej mości, był obywatelem państwa naszego, niemieckiego.

Dopiero raz w nocy, gdy, znużeni całodziennem uganianiem się po norach żydowskich, legliśmy na słomie, rozległ się w ciszy chrapliwy głos, ciężkie westchnienie człowieka konającego, suche trzaskanie słomy...

Wydało nam się, że ktoś, tuż obok nas, umiera, rzęży, pręży się w ostatnim skurczu przedśmiertnym...

Ktoś jęczał, łkał... ktoś szeptał: „Nie można, Boże, nie można tak! to moi, bracia moi..." szept zamienił się w ciche syczenie i zamilkł, wsączony w wilgotną ziemię...

----------------------------

Na drugi dzień, podczas rannego apelu, Ignacy Matlak otrzymał rozkaz natychmiastowego udania się do Ostrowa, do garnizonu.

Wyprężył się, zasalutował, zbladł, spojrzał szybko, przelotnie na pozostałych i odmaszerował w kierunku Skalmierzyc. Coś, jakby uśmiech, jakby westchnienie ulgi, przewinęło się przez jego usta...

Denuncjował go Otto!

Byli serdecznymi przyjaciółmi!...

---------------------------

Strzały karabinowe zerwały nas na równe nogi. Echo niosło ich odgłos nie z miasta, ale szło gdzieś zboku. Rozlegały się salwy nierówne, zmieszane, jakby trwożliwe.

Biegł goniec za gońcem.

Jęczał dzwonek polowego telefonu; zgromadziła się cała kompanja, nadjechał Preusker.

W sąsiedniej wiosce, położonej na wzniesieniu ponad doliną Prosny, spostrzeżono moskali.

Ruszyliśmy w pośpiechu.

Hans próbował cicho żartować:

„Na, chłopcy, teraz koniec; dostali nas. Nie żałuję jednak pobytu w mieście. Jestem dobrym żołnierzem. W trzech dniach — patrzcie — wyciągnął ku nam kolbę karabinową — widzicie? Tu, na lewo — czerwone znaczki: to kobiety; młode... siedem...

„Więcej na prawo: niebieskie. Mężczyźni... zdaje się, że żydzi... pięciu! Wszyscy pewni! Kul nie liczyłem! Choćby więc i mnie teraz ubili, będę umierał spokojnie; zrobiłem swoje".

W taj chwili jednak nikt nie miał ochoty do wisielczego humoru, do czczych przechwałek.

Zimny dreszcz przebiegł mnie wzdłuż pleców.

Poranek był chłodny.

Szeroko, na wysokiem niebie rozwlokły się gęste chmury. Jakoś ponuro zrobiło się na świecie. Prysł czar cudownych, w słońcu roześmianych dni sierpniowych, a ziemię zaległa mgła. Lekkie jej tumany, pędzone wiatrem ku ziemi, przypominały szelest zżółkłych liści.,, cisnęły w roztęsknioną głuszę powiewy szumiącego lasu, echa niedawnych chwil, wspomnienia pięknych dni, odbicie przeszłości...

W powietrzu, gdzieś nad nami, krążyło stado kruków, złowrogo kracząc. W wierzeniu ludu kruki są zwiastunami nieszczęścia. Gromadami opadały na ziemię, jakby instynktownie wietrząc padlinę...

Nad nami, wysoko nad nami, w sferach ponadglobalnych, los gotował niespodziankę. Odbywała się narada sił złowrogich, burza nieszczęścia ściągała swoje siły... w rozedrganym eterze zawisło pytanie:

Kto pierwszy?

Na dalekich horyzontach niebios rysował się kontur krwawych zmagań, zaczątek pierwszego okresu wojny i ostatni rozdział naszego bytu.

Dochodziły echa dalekich drgnień miljonów serc... wołał zew ziemi...

W ciszy oczekiwania tłumiły się głębokie westchnienia...

Tylko zdała, poprzez mgłę, dochodziły odgłosy spokojnego życia. To ciche, w odległej wiosce psów szczekanie, przerywane, krótkie, to, w mglistą dal rannego wschodu wymykające się „ho hej" pastusze i wreszcie ten niespokojnie długi chaos beczenia krów, wychodzących gdzieś na skąpe ugory i rżyska, zwykle srebrno-lśniące babskiem latem, a dziś niewidoczne, ponuro zapadały w duszę, budząc radość oczekiwania czegoś niespodziewanego, wynurzając z otchłani przeszłości wspomnienia przeżyte. Jakiś niepokój, dziwna tęsknota, tak tkliwie, szarpiąco powoli, jak fale leniwie toczącej się rzeki, obejmowały umysł i nużyły zmysły.

Mgła gęsta, niby poły olbrzymiej szaty, zaczęła falować, tu i ówdzie wyginając się, jakby w poszukiwaniu przedmiotów, godnych królewskiego zaiste okrycia.

Pod jej ciężarem chyliła się skromna postać człowieka, w niemem zamarła pytaniu:

Czemu?

Bo człowiek zrozumieć nie chciał prostej prawdy przyrody. Pod wątłym czerepem gorzał bunt. Wśród gruźlicznych uwięzione płuc, tłukło się serce, stargane wyuzdaną rozkoszą, rozdarte miłosnem ogłupieniem, a teraz śmieszne wobec grozy niepewności...

---------------------------------

Usadowiliśmy się na wzgórzu, ukryci za porozrywanemi płotami kilku gospodarstw. Z za węgła pochylonej stodoły spoglądałem na odległą dolinę rzeki. Gęsta mgła, unosząca się nad wodą, przesłaniała widok.

Zagrały karabiny maszynowe; urwały nagle. Słychać było świst — potem cisza — oczekiwanie. I znowu trajkotanie maszynówek, przeciągły gwizd kul, a potem znowu przerażająca cisza.

Wysłane czujki i patrole dotarły do rzeki, a, nie mogąc jej wbród przebyć, cofnęły się, przynosząc wiadomość, że za rzeką słychać jakieś odgłosy, rozmowę, nawoływanie: hej, hej! jakby szczęk broni...

Rozkaz: ognia! Raz, drugi i trzeci! I znowu raz, i drugi i trzeci!

Posypały się kule w białą dal, zniknęły we mgle, za wodą, świszcząc ostro gdzieś, daleko...

Cała kompanja strzelała.

O ataku nie mogło być mowy. Przed nami rzeka, nieznane brody, za rzeką moskal.

Upewniły nas o tem strzały. Szły gdzieś od lewej, raz z boku, to znowuż nad nami. Górowały, nie sięgając nas.

Pozostaliśmy na wzgórzu, nie ruszając się z miejsca. Cofać się nie wolno. Iść naprzód nie było celu.

Przed nami wdół opadała szeroka dolina, idealna płaszczyzna traw, bez żadnych wzniesień i naturalnych schronów.

Oczekiwanie jest denerwujące. Człowiek stoi w obliczu wroga, ale tego wroga nie widzi. Przeraża nas to wyglądanie i szukanie go. Nad nami wschodzące słońce, wdole gęsta mgła, rozfalowana, błyskotliwie migocąca, chyląca się ku ziemi, to wznosząca się gęstemi słupami w górę, zawsze nieprzenikliwa, drżąca.

Jesteśmy jak chore dziecko, które w majaczeniu ogląda potworne widziadła, wytwory rozgorączkowanej wyobraźni, fantasmagorje rozpalonego umysłu.

Stoimy nad głęboką, przepastną szczeliną, pełną tajemnic, cichą i głuchą, ciemną i bezdenną. Mad wąwozem śmierci!

Wydaje mi się w tej chwili, że stoję wobec czegoś, co już kiedyś dawniej widziałem; znałem, zdumiony, każdy szczegół.

Kiedyś, dawno, dawno temu, w latach chłopięcych, w młodości, sen miałem taki:

Byłem wodzem tysiąca żołnierzy. Szliśmy na wroga. Na granicy naszych państw była przepaść wąska,, głęboka, oddzielająca dwa kraje, dwa odrębne narody.

Oparty o krawędź tuż nad przepaścią, stałem jakby w loży teatralnej. Naprzeciw, o stóp kilkanaście, w tej samej pozycji był wódz wojska nieprzyjacielskiego. Na dane hasło obaj wyciągnęliśmy szpady, skrzyżowali końcami ponad przepaścią.

To było powitanie.

Szpady, rzucone wdół, trzaskały, obijając się o wystające głazy przepastne, a my, wodzowie, sięgaliśmy po siebie rękami.

Zwycięzcą miał ten być, który wroga swojego wrzuci w głęboką przepaść. Dwa tysiące naszych wojsk przyglądało się w milczeniu tym zapasom.

Ręce wyciągały się coraz więcej. Chwyciliśmy sią za ramiona, potem za szyję, za włosy... ręce stawały się dłuższe, wychodziły ze stawów.

Zadrżała mi noga. Trwożliwa myśl o klęsce przebiegła. Twarde uderzenie o kamień, a potem szaleńczy pęd wdół, niżej, w przepaść... zbudził się błysk świadomości...

Obudziłem się drżący, spocony, leżałem na ziemi!

Wiem, to była ta łąka przepastna, nad którą dziś stoimy, rzeka niedostrzegalna, granica dwóch mocarstw.

Widziałem już. To też oglądam się i z uśmiechem spostrzegam dawno znajome szczegóły. Chaty i stodoła, i ta sama, jak wówczas, niezgłębiona biała mgła...

Krwawa rozgrywka na śmierć i życie, zwycięstwo albo klęska.

I znany dreszcz nogi, stopy, gwałtem odrywanej od ziemi...

Br. br. — febra mną trzęsie, nieznośne zimno, wionące zdołu od rzeki.

Mgła nagle pochyliła się; przypadła na moment, otworzyła widok na przeciwległe wzgórza i zwarła się, podniosła, Ale był moment jeden, krótki... dojrzeliśmy!

Jest. Napewno jest. Blisko, naprzeciwko. Zamajaczyły ciemne punkty, poruszały się, zbiegały długie z pochyłości pagórka. Przez szeregi, poprzez szczeliny płotów, wzdłuż chlewów i obór przeleciał dreszcz, kurczowy szept:

Nieprzyjaciel.

Ostatnie przygotowania. Poprawianie pozycji. Szczęk karabinów. Otwieranie torb z kulami.

Wystrzał w kierunku pewnym. Każdy mierzył. Cisza, oczekiwanie niecierpliwe.

Wysoko na niebie ukazało się słońce. Parzy w plecy.

W czwórkę leżymy w ogrodzie, wyciągnięci za płotem. Ciśnie plecak, pali słońce, a tam, przed nami znowu nic, cisza, żadnej odpowiedzi, żadnego strzału.

Męczy nas ten spokój wroga. Straciliśmy podobno łączność. Tyły niezabezpieczone. Z jednej strony miasto, przed nami nieprzyjaciel, my na wysuniętym cyplu wzgórza, wierzchołku trójkąta, którego bazę stanowią Skalmierzyce i dalej Ostrów.

A mgła nie opada. Męczymy się coraz więcej, niepewni, czy nieprzyjaciel nie zachodzi nas od tyłu.

Czekamy milcząco, ale każdy drży w głębi serca.

Rozkaz! Uwaga!

Mgła rozchodzi się. Jeszcze faluje i opada, ale znika coraz bardziej. Wyłaniają się przeciwległe wzgórza; przebiegamy niespokojnie oczami, szukamy, patrzymy niżej, ukazuje się zielona płaszczyzna. Cofamy spojrzenie za mgłę, uchodzącą wdół.

Jest... nad rzeką... jest!

Salwa! Dym, świst kul i znowu strzały.

Dosyć. Dym opada. Za nami rozlega się głębokie sapanie; oglądamy się niespokojnie; z za drzewa, z lornetką w ręku, wyłania się porucznik. Wściekłe psiakrew — przeciągnięte, naładowane gniewem, złością i zrozumieniem głupiej sytuacji:

Przed nami pasie się spokojnie stado krów...

Kilka leży, inne poruszają się kołyszące Ludzi ani śladu.

Wracają patrole. Nieprzyjaciela niema. Pięć krów zabitych, kilka rannych, inne pasą się spokojnie.

Furja, szał, opętał komendanta. Rzuca się, klnie, wrzeszczy. Wreszcie z desperacją wysyła adjutanta z raportem do Preuskera. Zbiegamy w dolinę. Hans śmieje się pod wąsem, mruczy, wyciąga gruby, niebieski ołówek, i na kolbie robi dwa znaczki...

Trochę nam głupio. Nie wiemy: śmiać się, czy kląć. Zbiegamy z pagórka; dobiegamy do rzeki. Płytka; przechodzimy, zanurzeni po pasy, z karabinami wzniesionemi nad głową. Zatrzymujemy się na chwilę przy stadzie krów. Któryś z kolegów żga pałaszem ranioną, inny wali kolbą; Hans cieszy się na myśl o smacznej wołowinie...

Idziemy dalej, zmoczeni, ale już raźniej, łąką, miękko zapadając ciężkiemi butami w chylącą się trawę. Wspinamy się na zbocze doliny i biegiem dopadamy szerokich zabudowań folwarcznych. Ludzi nie widać. Pałac pusty. Przebiegamy pokoje, nikogo, żywej duszy. Łączymy się z drugimi na podwórzu. W pośpiechu przeglądamy chlewy, obory, stajnie i wybiegamy znowu na podwórze.

Jest. Skurczony, blady, trzęsie się od strachu. Mamrocze coś niewyraźnie; pokazuje na migi. Znalazł go Hans; on naturalnie wszystko wyszpera. Wyciągnął go za gołe nogi z pod koryta owczarni.

Zrozumieliśmy tyle, że to on najprawdopodobniej wypędził rano bydło na łąkę, usłyszał strzały i uciekł. Właścicieli niema. Wyjechali wczoraj. Folwarkiem zarządza ekonom — żyd. Gdzie jest? Nie wie. Pewnie na wsi u ludzi, a może uciekł.

Składał ręce, żebrał oczami o litość. Krótka narada, sąd polowy, osiem strzałów! Nie wydał głosu, osunął się pod ścianę obory.

---------------------------

Około południa wróciliśmy na podwórze folwarczne. Nastąpił upragniony wypoczynek. Napół rozebrani, porozpinani, boso, wyciągnęliśmy się na środku podwórza, na słomie. Opodal urzędowała kuchnia polowa. Ciepły, tłusty buljon i wołowina.

Hans śmiał się głośno. Z koszulą rozpiętą, o piersi muskularnej, włochatej, opalony, wyglądał jak robotnik rolny. Wstawał, by długiemi krokami podchodzić do kuchni zamienić kilka słów z podoficerem Laubem. Rozejrzał się, spojrzał raz i drugi na kocioł, potem wrócił do nas: „Tak chłopcy, dziś prima żarcie, koszerne. Dobra wojna; kul nie szkoda". '

Od rana nic nie mieliśmy w ustach. Z radością też powitaliśmy oświadczenie kucharza: można.

Chłapczywie, z łakomstwem, rzuciliśmy się na dzisiejszy obiad.

Poraz pierwszy, od tygodnia, spokojnie, bez przeszkody. Był dobry.

Obok, pod oborą, w południowem słońcu piekł się trup pastucha.

---------------------------

Przedpołudniowa gonitwa za nieprzyjacielem nie dała żadnego wyniku. W wiosce moskali nikt nie widział. Chłopi, wzięci na spytki, wyśpiewali, że ekonom uciekł rano w kierunku Łęczycy. Sami nie poczuwali się do winy. Wszelkie poszukiwania u nich za bronią również nie dały żadnego rezultatu. Rzuciły natomiast światło na właściwy charakter mieszkańców.

Spokojni, podejrzliwi, byli przygotowani do zburzenia wsi. Chaty wyglądały dziwnie opuszczone. Przypadkowo odkryliśmy kilka kryjówek. Za chatą, w polu, głęboki dół; w nim pierzyny, zapasy żywności i mały, żelazny piecyk, od którego rura dymna szła kilka metrów pod ziemią, zakończona na rżysku bardzo niewidocznym otworem. Dół,- pokryty słomą i ziemią, posiadał wąskie wejście, którem z biedą można było się przecisnąć.

Dziwna psychika chłopa. Ciekawy przyczynek do poznania prymitywności jego rozumowania. Bał się kuł armatnich w murach, a raczej w kurnych belkach swoich chałup, ale nie przewidział przysypania ziemią i zaduszenia w ciemnym dole. Siekiera, przygotowana, miała mu prawdopodobnie ułatwić wyjście na wypadek zapadnięcia się powierzchniej nakrywy. Ale poco piec? Jakie miał znaczenie?

Nie mogliśmy zrozumieć.

Albo inny fakt:

W jednym z okolicznych lasów, po naszej stronie, znajduje się olbrzymi głaz narzutowy. Żołnierze, odpoczywając w lesie, zabłądzili i znaleźli się koło kamienia. Obchodzili wkoło, szukając najdogodniejszego wejścia na kamień, ażeby umieścić swoje podpisy na białej, na kamieniu znajdującej się figurze. Wtem jeden z nich zapadł się. Krzyknął i w tej samej chwili zniknął pod kamieniem. Koledzy, wystraszeni, gorączkowo nachylili się nad ciemnym otworem, nawołując towarzysza. Po krótkim czasie wysunął się, z twarzą zasypaną piaskiem, spokojnie roześmiany... z dwiema butelkami wina.

Pod kamieniem urządzony był schron, obszerny i wygodny, a w nim spiżarnia, której zapasy mogły wystarczyć na długie miesiące oblężenia.

Jeden strzał armatni, zabłąkana kula działowa, wystarczyły, ażeby pogrzebać żywcem tych, którzy tam szukali schronienia przed wojną. Olbrzymi głaz, o obwodzie conajmniej dziesięciometrowym, wysokości jakichś pięciu metrów, byłby doskonałą płytą grobową!

Dziwni ludzie.

Podczas, gdy u mieszkańców miasta, mimo większości żywiołu semickiego, widać było pewien hart i odwagę, śmiałe spojrzenie niebezpieczeństwu w oczy — tu, u ludzi wioski, pod bokiem miasta, panowała nieograniczona ciemnota. Z oczu wyzierała podejrzliwa dusza człowieka przedhistorycznego. W całej pełni ujawniała się skłonność do zabobonu. Przebijała kultura ludzi dalekiego wschodu.

Brak cywilizacji i oświaty zachodu!

Brak nas — Kulturträgerów!

Zanurzeni w miękkiej trawie nadrzecznej łąki, odpoczywaliśmy po trudach przedpołudniowych.

Wyciągnąłem się wygodnie, położywszy obie ręce pod głowę i puściłem wodze wyobraźni. Choć niby byłem zmęczony, ale spać nie chciałem. Za wiele wrażeń nagromadziło się w ostatnich dniach. Umysł przyjmował, odsuwał, odbijał, ale nie zdążył się w nich rozejrzyć, nie zdołał ich przeżuć, przetrawić.

Wszak to dopiero początek wojny. Pięć dni wśród obcych, ale tyle krwi... wszędzie krew i trupy, trupy mężczyzn, kobiet i dzieci... i krew, krew...!

Obracamy się w jakiemś błędnem kolisku, poddani wiernie narzucającej się rzeczywistości.

Bo czyż człowiek, któryby jasno patrzał na swoje czyny, na swoje morderstwa i grabieże, miał tyle sił, żeby pogodnie myśleć o swojem człowieczeństwie? O tem wczoraj, które było jeszcze takie dziecięco - niefrasobliwe i bez krwi, bez krwi!

Byliśmy tak niedawno innymi ludźmi.

Przyszłość nasza przedstawiała się jasno, wyraziście. W życie szliśmy odważnie, śmiało patrząc w tajemnicę bytu.

Spojrzenie wprzód było głębokie, horyzont szeroki, rzut w to nieznane pewny.

Młodość, nauka, zawód — objawy, które sygnalizowały przyszłość twórczego czynu

Dziś?

Bieg życia wstrzymany. Stanął główny motor, rozprysło się koło zapędowe.

Poznajemy nowe drogi życia, które pod mgłą rzeczywistości okazują się błędnemi manowcami.

Wkraczamy w dziedzinę zmechanizowanego trybu.

Bojownicy materji, cofamy się myślą.

Zanika poczucie istoty życia. Jest owczy pęd ku płonącej świątyni uczuć ludzkich.

Krwawa smuga duszy i pogorzelisko serca!

Jest codzienność, ale niema jej kontynuatorów.

Życie zatraca się, gubi w rozpoznaniu troski doczesnej i odróżnianiu jej od obrazów chorobliwej wyobraźni. I ginie to życie, zniweczone chwilą istnienia.

Pionierzy cywilizacji, przyszliśmy wykuwać wyłomy, a nie dostrzegamy stępionych kilofów.

Napiętnowani rozpaloną nienawiścią, nie budzimy życia i... odejść musimy. .

Jesteśmy jako ci chłopcy, którzy budują tamę na strumyku leśnym, a nie dostrzegają, że podnoszący się poziom wody zalewa urodzajne pola.

Zalew naszej buty obejmuje obszary nadgraniczne. U ofiar naszej zachłanności wzbudza bunt.

Słyszymy rozlegający się cichy pomruk:

Ciemięzcy!

Kolisko uświadomienia jest tak małe, tak zamknięte w sobie, że umysł, od kilku dni pojony goryczą morderstw, zapomniał wyjść poza horyzont rozkazu i zamknął się w ciasnej komorze podświadomości.

Rajem wypoczynku dla myśli stał się rozkaz.

On tłumaczy wszystko, ściąga błędne myśli na utorowane drogi obowiązku żołniersko-obywatelskiego, obchodzi prawa ludzkie i w szaleństwie rozpędu, napół zapomniany, półświadomy, pędzi naoślep w mroczną dal, nieznane jutro.

Rozkaz!

Nie cofa się przed prawem, gwałci pojęcia ludzkości, morduje, strzela, zawsze wyrachowany i obliczony, usprawiedliwiony władną ręką.

Wszechpotężny, nieopanowany rozkaz.

---------------------------

Przyszedł do mnie Hans. Nie ten Hans strzelający do ludzi, gniewny, cyniczny, kpiący i ordynarny, ale jakiś Hans inny, pokorny, nieśmiały.

Przyszedł, bo, jak i ja, nie mógł spać. Wyciągnął się obok mnie; milcząco spojrzał na mnie, odwrócił głowę, jakby ze wstydem.

Długo leżeliśmy bez słowa, patrząc w górę na rozedrgane w promieniach słonecznych igrające pyłki, przybierające w jasnem świetle kształty migających gwiazdek.

Wreszcie Hans pierwszy przerwał ciążącą nam ciszę. Coś między nami stanęło, coś nas rozdzieliło. A przecież byliśmy przez długie lata najserdeczniejszymi kolegami, potem przyjaciółmi, wspólnie przebywaliśmy na ławie szkolnej, razem szliśmy w życie, razem byliśmy w koszarach, dzieląc jedno łoże, jedno legowisko i wspólne dzieląc kochanki, Ale są chwile w życiu człowieka, w których do najserdeczniejszego przyjaciela gotów powiedzieć prosto, zwyczajnie: „Nic mnie z tobą nie łączy. Idź do djabła, daj spokój mnie i sobie. Dawne chwile życia, razem spędzone, były tylko imaginacją i twoją i moją. Dziś jasno widzisz, ty i ja, że jesteśmy dla siebie ludźmi obcymi. Bądź zdrów przyjacielu".

Byliśmy, jak dwaj wrogowie. I w takiej chwili on, Hans, przyszedł: „Ciepło dzisiaj"?

Co on chce, pomyślałem, bąkając pod nosem niewyraźne: „ja".

„Ciekawe, powiada Hans — jak człowiek zmienia się. Wiesz, otrzymałem wczoraj list. Czytałem go dopiero przed chwilą. Od matki.

Dziwi cię to?"

— Nie, odpowiadam — tylko tak obojętnie mówisz; chętniej, zdaje się, rozmawiasz o wzrastającej ilości kresek niebieskich i czerwonych na kolbie karabinowej? — Starałem się mówić spokojnie, od niechcenia, jakkolwiek gniew i uraza ponosiły mnie.

Cisza: Dopiero po chwili:

„Tak, może masz rację! — Ale nie, to niemożliwe!"

Hans niespokojnie, nerwowo tarł czoło.

„Czy widzisz w powietrzu błyskotliwe gwiazdki?"

O co mu chodzi? Co chce powiedzieć?

„Mam, wiesz, matkę. Tak, ale już nie pamiętam nawet o niej. I teraz, gdy tak patrzę w górę, nie dostrzegam jej rysów. Przypominam sobie natomiast pewien szczegół z przeszłości:

„Ile razy przyjeżdżałem z gimnazjum do domu na wieś, matka zmuszała mnie do jedzenia. Tak, jakbym w mieście nigdy nie jadł. Miałem jeść za czas ubiegły i napchać się na kilka tygodni naprzód. Obrzydliwe było to ładowanie żołądka.

„Teraz list. Znowu słowa nieudolnie złożone, naturalnie, ha, ha, o jedzeniu. Do djabła, o czem innem muszę myśleć, nie o żarciu.

„Jakie to jednak niezrozumienie: matka i jedzenie, co? Zresztą jedno i drugie obojętne mi".

— Odpiszesz?

„Nie wiem. Poco. Nie!"

— Będzie się biedaczka martwić?

„Martwić? Niema czasu. Doi kozę, wyrabia serki i, pomyśl, składa na zapas dla mnie. Zresztą, może? Ale czego rzeczywiście miałaby się martwić?"

— Napisz jednak. Ucieszy się, przecież, bądź co bądź, to matka.

Hans długo nie odpowiadał; milczał, jakby potwierdzał podsunięty mu projekt wysłania kartki do biednej, opuszczonej staruszki.

„Ha! Ha! Ha! Co jej napiszę? O tem, że zażgałem kilku bezbronnych chłopów, kilku żydów? Zgwałciłem kilka młodych Żydowic, ażeby potem to samo łono, którem nasyciłem zmysły, rozpruć bagnetem? A może o tym, wiesz, widziałeś, w parku o drzewo rozbitym dzieciaku, co? Głupi jesteś mój kochany! Najlepiej podaruję jej mój karabin. Pamiątkę czynów dzielnego syna! Nie mam żadnej matki! Nie chcę mieć! Jestem sam dla siebie, rozumiesz? Ha! Ha! Ha!"

Namiętny, gwałtowny szept, seplenienie człowieka chorego i ten djabelski śmiech.

Zerwał się i uciekł prędzej, aniżeli do mnie przyszedł. Gnębi go coś. Męczy się.

A jednak odezwała się w nim dusza. Przygłusza w sobie coś, gniecie, szuka zapomnienia, ale żyje w sobie.

---------------------------

Od strony miasta rozlegają się gardłowe wramm. Wtóruje im bzim, bzim karabinowe i płaskie wuuu-u-rin-rins-bzz-bzz.

To mitraljezy. Walka widocznie wre na ulicach. Granaty sypią swojem odłamkowem win-winnn.

Pod nami ciężko dudni ziemia. Niskie bu-bu-bum-bu-bu-bum basem przechodzi w powietrzu. Świst, huk— to działa!

Armaty biją zrzadka, ale pewnie.

Siedzimy lekki obłoczek z lewej. To dym armatni od wiatraków, blisko stacji kolejowej.

Grają i maszynówki. Wiatr niesie ich muzykę.

Zbieramy się. Istnieje obawa, że artylerja, nieuświadomiona, może bić do nas. Nawiązujemy utraconą łączność i ruszamy przez łąki. Mijamy pas rannego obstrzału. Leżą jeszcze dwa cielska krów, jakieś nadęte, grube. Dokoła nich z wrzaskiem unoszą się kruki. Uśmiechamy się niewyraźnie, przechodząc obok rannej naszej pozycji. Dążymy w kierunku artylerji, na wzgórze. Podobno mamy iść jeszcze w ogień na ulice miasta. Strzały wzmagają się coraz bardziej; artylerja strzela gęściej. Czyżby wróg?

Po długim, forsownym marszu, dobijamy do miasta od strony dworca. Zatrzymujemy się na rogatce, oczekując, z bronią gotową do strzału, hasła wejścia do śródmieścia. Nad nami warczą często kule armatnie. Gdzieś od miasta echo niesie, w huku strzałów armatnich, odgłosy rozsypujących się murów. Dym palących się domów dochodzi już do nas. Na tle zachodzącego słońca miasto wydaje nam się jakiemś urojonem widziadłem, nastraszonem wysuwającemi się coraz wyżej w niebo językami ognia. Purpura słońca łączy się na horyzoncie z krwawą łuną, buchającą wysokim słupem.

Armaty umilkły. Rozbici na grupki, posuwamy się szybko do miasta temi samemi ulicami, któreśmy już tylekroć przebiegali. Ratusz w gruzach; tylko tu i ówdzie sypią się jeszcze cegły, kurzy się odpadający tynk, z łoskotem walą się belki. Ulice zasłane gruzami. Trudno przejść. Wydaje nam się, że jesteśmy w zupełnie innem mieście. Śladu prawie niema po wysokich budynkach i szerokich, śródmiejskich ulicach.

Mieszkańcy ośmielili się zatrzymać jednego z naszych podoficerów, puszczając równocześnie pogłoskę, że od strony Opatówka zbliżają się patrole nieprzyjacielskie. Ranna nasza strzelanina, potem chaotycznie nadchodzące wieści, zmusiły nas do bacznej czujności. Miarki dopełniło ukrycie podoficera. W odwecie zniszczono kulami armatniemi całe niemal śródmieście. My, wysłani celem przeszukania domów, błądziliśmy wśród cuchnących ruin i gryzącego dymu. Ludzi ani śladu. Czasem, wyciągnięte, wystawały nogi z pod rumowisk domów — gdzieindziej głosem bólu wył jakiś żydziak, którego przygniotła paląca się gruba belka; temu, jak zwykle w takich wypadkach, Hans dopomógł! Wrzaski momentalnie milkły, przechodząc w jęczący skowyt, zakończony ochrypłem charczeniem.

Zerwany dach jednego z kościołów był dla żołnierzy wystarczającem świadectwem, upoważniającem ich do zajrzenia do wnętrza.

Ciąg dalszy zawsze ten sam. Żołnierz wszędzie szedł już teraz z jednym zamiarem: szedł niszczyć i grabić; szedł z głębokiem zresztą przekonaniem, że z domu, do którego idzie, więcej nie wróci, zginie, zamordowany podstępnie. Zdeterminowany więc, kończył wszelkie odwiedziny krwawo. Zwiedzał, zostawiając wszędzie niezbity dowód, najczęściej krwawy ślad swojej wizyty.

Poco nas, zmęczonych całodziennem uganianiem się za wrogiem, posłano do miasta? Przecież w tem mieście już prawie nikogo nie było; ludzi szukać trzeba było po norach, ukrytych w szczelinach piwnic.

Jakkolwiek armaty dawno przestały grać, chociaż my, prócz kilku żydówek, nikogo więcej nie mogliśmy w mieście odnaleźć, Preusker przysłał ordynansa z rozkazem, ażeby w nocy obstawić wszystkie uliczki. Zdecydowani na śmierć, wolelibyśmy jednak ginąć w otwartem polu, aniżeli tłuc się po ciemnej nocy wśród gruzów i z nor wysuwających się szczurów. W dodatku w nocy, około godziny pierwszej, gdyśmy, rozbici na mniejsze grupki, włóczyli się po zaułkach Kalisza, rozległ się głuchy huk strzału armatniego — sygnał zbiórki na placu przed ratuszem. Nowy rozkaz. We wskazanej dzielnicy rewidować wszystkie domy; właściwie nie domy, tylko piwnice. Znowu trzeba się przedzierać przez rumowiska, w świetle prowizorycznych pochodni szukać zamieszkałych nor, przystawiać drabiny do ciemnych otworów, prowadzących do lochów i węszyć, szukać za ścierwem ludzkiem.

Boże, jak komiczni są ludzie, jak obłędnie śmieszni w małostkach życiowych Ileż razy zdarzało nam się, że, wpadając niespodziewanie w nocy do mieszkania, łapaliśmy ludzi w ich szarem, codziennem życiu.

Tu lekarz, wyrocznia w swoim zawodzie, zbudzony nocnym hałasem i nieoczekiwaną naszą wizytą, wypadał z łóżka, jakby onieśmielony, śmieszny, w krótkiej koszuli, dygocący ze strachu i zimna cienkiemi nogami, gęsto owłosionemi... istny potworek.

Gdzieindziej znowu kobieta w nocnej bieliźnie, z papilotami na głowie. Podczas wojny. Wtedy, gdy naokół szalał huragan ognia i kul! W dzień poważna matrona, zasiadająca pewnie w komitecie opieki nad rannymi mieszkańcami miasta, w nocy małostkowa, wystraszona, szczękająca zębami, wstydliwie unosząca w górę koronkę koszuli. Chwytaliśmy poprostu życie na gorącym uczynku. Życie takie, jakiem ono było w rzeczywistości, bez osłonek, a nie to napuszone, ubrane odświętnie.

Specjalistą od takich odkryć był nasz feldwebel.

I dziś w nocy wpadliśmy, rozbiwszy żelazne drzwi od ciemnego lochu piwnicznego, do mieszkania, mieszczącego się pod ruinami spalonego domu. Rodzinka cała w komplecie. Nauczeni doświadczeniem, załatwialiśmy się szybko. Wchodziło nas do każdego domu zwykle kilku, około dziesięciu najmniej. Mniejszej ilości groziło niebezpieczeństwo. Zwłaszcza obecnie, gdy wciskać musieliśmy się w najbardziej ukryte kąty piwnic, ostrożność posuwaliśmy do tego, że stale jeden pilnował wyjścia. Inni wbiegali do wnętrza. Siekiery obowiązkowo musieliśmy zabierać; potrzebne były do rozbijania drzwi. Proceder cały trwał krótko. Wprawieni, wyćwiczeni, że tak powiem praktycznie, czuliśmy poprostu, gdzie są ludzie.

Wsunęliśmy się do głębokiej piwnicy. W najodleglejszem jej ukryciu były żelazne drzwi. Kilka wprawnych ciosów siekierą, dwa razy żelazną sztabą, zamek puścił.

W świetle migocących pochodni widoczny był tato, mamcia, dwie córunie i chłopak dziesięcioletni. Gdzieś za nami, jęcząca na ziemi, babka. Z tą załatwiliśmy się najpierw. Pacierze potrzebne nam w kościele, a nie na wojnie! Od tego są księża, nie potrzeba więc, żeby nas stare, życiem zgruchotane baby, straszyły w imię Wielkiego Boga. Kopniak okutym butem w szczękę wystarcza w takich wypadkach, żeby ją zamknąć.

Reszta familji obeznana widocznie już z wojną; za wyjątkiem młodego chłopca, nikt prawie nie zwrócił uwagi na to, że jeden z naszych uśpił babcię. Może przybledli trochę, no, ale i nas, zmęczonych całodzienną włóczęgą, nie paliły rumieńce.

Akcja zaczęła się od córek. Bo, gdy ojciec i matka byli w koszulach, córeczki były ubrane. Feldwebel lubił rozbierać dziewczęta.

Był zresztą bardzo grzeczny. Rzadko jeno, bardzo rzadko, tam, gdzie nie pomogło dobre słowo podoficerskie, uciekał się do innego środka. W tym wypadku było trochę krzyku, niepotrzebnych szturchańców, drobna pomoc kolby, a potem zaczęło się oglądanie życia na codzień.

„Das Leben in der Nacht” — życie w nocy, jak pięknie takie historyjki określał wąsiaty podoficer. Oczywista, że ujmowanie życia z tej strony, podglądanie „pod koszulkę”, jak mawiał Hans, nie przynosiło nam żadnych realnych korzyści. Wyciąganie śmiesznostek ludzkich nużyło nas wreszcie tą głupią niezaradnością, tem opuszczeniem długich rąk wdół, wzdłuż pofałdzonej koszuli, tem ustawicznem Boże, Boże — skuleniem się w sobie.

To było głupie. Kończyło się też najczęściej pchnięciem bagnetu. Kul szkoda. Czasu zresztą nie było na zabawy.

Szliśmy dalej.

W norce, skrzętnie ukrytej, odszukaliśmy gniazdko gruchającej parki. On, jakiś ziemianin, bogacz okoliczny, w obawie przed wojskami niemieckiemi — tak tłumaczył się, uciekł do Kalisza. Jeden z niewielu; bo, podczas, gdy wszyscy inni wychodzili z Kalisza, ten, mężczyzna w sile wieku, zaufał, jak twierdził, powadze naszego komendanta i schronił się pod naszą opiekę. Był u swej kochanki. Odkryliśmy ich. Wojna, huk strzałów armatnich, jęk kul karabinowych, ogień i ruina miasta, rzuciły ich w objęcia, w ostatni, wydawało się, szał miłości. Było nas piętnastu. Piękna nałożnica pohulała, jak nigdy. Dla efektu przyniesiono kilka butelek wina; poczęstowano miłą parkę, a potem, postawiwszy pod mur pana dziedzica, który, jak się okazało, był czystej wody semitą, zabawiano się z panią; obojętnie jej zresztą zdaje się było, kto ją bawi.

Dobrze umiała strzelać.

Przyrzekliśmy jej, że życie swoje może okupić śmiercią kochanka. Podałem jej rewolwer. Bez cienia wahania przystąpiła do bladego mężczyzny. Radosny śmiech żołnierzy, patrzących na tę scenę, zamarł prawie natychmiast. Błyskawicznym ruchem wypaliła do Hansa, trafiając go w pierś. Nim zdołaliśmy go podchwycić, wystrzeliła raz jeszcze i padła u stóp konającego Hansa, drgająca jeszcze życiem, zdeptana w tym samym momencie ciężkiemi butami żołdackiemi.

Śmierć Hansa pomściliśmy srogo, przysięgając na zmasakrowanem ciele kobiety i posiekanego jej kochanka, że prędzej nie spoczniemy, aż kolba karabinu Hansa nie zapełni się kreskami czerwonemi i niebieskiemi!

Hans był tym, któremu się najpierw oddała.

---------------------------------

Straszna jest wojna; jesteśmy na wojnie, ale sami nie wiemy, czy ta wojna jest dla nas, czy raczej my dla wojny. Trudno sobie wyobrazić wojnę bez żołnierzy. Tylko...

Szeroko rozlała się rzeka ognia. Dym i rabunek i wszechwładna śmierć objęły panowanie nad ludźmi. Wojna roztoczyła wszechmożną władzę. Żołnierz rozhulał się, rozswawolił. Dawniej rozleniwiony, w koszarach, czasem tylko szukał ujścia dla nagromadzonych sił w zabawach i orgjach pijackich. Teraz, rzucony na pastwę wojny, uległ jej potędze. Proces psychiczny odbywał się w nim błyskawicznie. Były takie momentalne przeskoki duchowe, że sami nie mogliśmy się zorjentować w tych nagłych przemianach naszej osobowości. Przejścia od dramatu serca, od spraw duszy, do krańcowego wyuzdania zmysłów, nie zwracały już niczyjej uwagi. Żołnierz, który jeszcze wczoraj był najspokojniejszym z ludzi, dziś, w obliczu śmierci przyjaciela, pełen nienawiści, pałający chęcią zemsty, rzucał się z bagnetem w ręku i żgał, mordował i zabijał; bez wahania chwytał spotkanego bachora żydowskiego, rzucając go w klatce schodowej z wysokości kilku pięter na posadzkę parteru jak znienawidzone, wszawe szczenię.

Taki stan był dla nas zresztą całkiem zrozumiały i usprawiedliwiony. Wydawało nam się poprostu, jak gdybyśmy zeszli z wąskiej ścieżki konwenansów życiowych na szeroką drogę walki o byt, o życie codzienne. Taka wegetacja była dogodniejsza i przyjemniejsza dla żołnierza, który poddaje się wrażeniom codziennych wypadków. Wojna wyrwała go z pospolitych form życia, rzuciła go w gorączkowy wir,, pełen nieprzewidzianych zdarzeń. Cuchnący oparami smrodliwych rynsztoków, przyczaił się w zakamarkach jestestwa duchowego, stał się sobą, stał się żołnierzem.

Żołnierzem jego cesarsko-królewskiej wysokości!

Żył szeroko, nauczywszy się, na wzór bohaterów powieściowych, przerzucać każdą nieprzyjemność i drobne wyrzuty sumienia lewą ręką przez prawe ramię.

Zresztą każdy z nas wie dobrze, że możemy popełniać największe łajdactwa. Ojczyzna znajdzie potem takie paragrafy, pod które można będzie podciągnąć nasze uczynki, a które nas usprawiedliwią z naszego postępowania.

No, a jak będą paragrafy, nadejdzie i spokój sumienia. Nastąpi kuracja sumienia. Wypędzanie djabła Belzebubem!

Obecnie przynajmniej nikt nam nie prawi morałów.

Każdy zresztą z nas ze wstrętem wspomina te mądre, światłe nauki, obmyślone zgóry frazesy o moralności, piękne słówka o życiu itd. My, idąc wczoraj palić i mordować, szliśmy tylko za rozkazem; dziś idziemy mścić naszych braci.

Wiemy, że gdy nadejdzie pokój, każdy z nas, jak. piesek, któremu dobrze na świecie, zwinie się, skulić otworzy pysk, obliże się i zaśnie!

----------------------------

Jestem ranny. Rana lekka, postrzałowa, w lewe ramię — ale piecze niemożliwie. Stało się to całkiem niespodziewanie wówczas, gdyśmy, zluzowani przez dwa bataljony 7. pułku, mieli wyruszyć dalej. Przy wyjściu z miasta, gdy od ratusza żegnał nas pułkownik Hoffmann, padł niespodziewanie strzał, który stał się sygnałem do strzelaniny. Schronieni pod murami, ukryci w ruinach rozwalonych domów, biliśmy naoślep w okna pozostałych domów. Podniecenie nasze wzrosło, gdy ze śródmieścia odpowiedziano nam ogniem karabinów maszynowych, ustawionych niewidocznie za murami ruin, ukrytych, zamaskowanych. Poraz pierwszy wywiązała się obustronna strzelanina, która przynajmniej teraz nosiła charakter regularniejszej bitwy. Była to właściwie nasza pierwsza potyczka z wrogiem. Przekonała nas, że jednak moskale są w opuszczonem przez ludność mieście.

Zaskoczeni strzałami, nie mieliśmy czasu, ażeby zastanawiać się nad tem, jakim sposobem moskal mógł znaleźć się w mieście, którego niemal każdy kąt przejrzeliśmy dokładnie.

W wyniku gwałtownej strzelaniny, która, jak rozpoczęła się niespodziewanie, tak wśród jakiegoś denerwującego popłochu, w ciągu pół godziny została zakończona, poległo dwóch naszych żołnierzy; rannych dwóch oficerów i dwudziestu czterech szeregowców. Wśród ostatnich i ja się znalazłem. Rana, której w pierwszej chwili zupełnie nie czułem, wnet poczęła dokuczać. Odwiezieni do szpitala miejskiego, zdani na łaskę miejscowych lekarzy, którzy, pod groźbą wymierzonych rewolwerów, przystąpili do operacji, słyszeliśmy jeszcze strzały armatnie, rozlegające się zdała. Z całą bezwzględnością burzono miasto, w którego murach siedział nieprzyjaciel.

Sprawę naszych ran ciekawie postawił lekarz kaliski; oświadczył stanowczo i energicznie, że kule, znalezione u kilku naszych rannych żołnierzy, bezwątpienia pochodzą z karabinów niemieckich.

To już jawna prowokacja ze strony tych nielicznych mieszkańców Kalisza, błąkających się jeszcze tu i ówdzie. Bez pardonu należałoby wszystkich powiesić. Kul dla nich szkoda.

Potem, wisząc, mogą światu całemu głosić, że stryczki są niemieckie! Domysły lekarza polskiego zaczął wśród rannych potwierdzać jeden z naszych, niejaki Knebloch, również raniony; pokazywał nawet kule. Dowód to jednak niewystarczający.

Spotkała go zasłużona kara.

W szeregach armji niemieckiej nie wolno szerzyć pogłosek, demoralizujących żołnierza.

Przez kilka dni przebywałem w szpitalu. Ponieważ istniały poszlaki, że cały personel szpitalny jest zwykłą jaczejką szpiegowską, urządzono jeszcze jedną, tym razem nocną rewizję w szpitalu; wywleczono wszystkich za miasto i tam poddano ich szczegółowym badaniom. Więcej do szpitala nie wrócili.

Ich następcy, to już ludzie zaufani, nasi. Wytłumaczyli nam, że tamci nie mogli więcej wrócić do szpitala, no, bo przecież całe miasto w płomieniach! Szczery, żołnierski uśmiech, towarzyszący tym słowom, nie pozostawiał nam żadnych wątpliwości! Odetchnęliśmy!

Wobec złośliwości mieszkańców i niepewności, czy wróg rzeczywiście jest w mieście ukryty, artylerja nasza, po wycofaniu się wojska niemieckiego z miasta, zaczęła już planowo strzelać. Stosunki z pozostałymi mieszkańcami były tak naprężone, że tylko zbombardowanie miasta mogło nas usprawiedliwić wobec samych siebie. Doszło przecież już do tego, że księża jawnie zaczęli odprawiać pogrzeby, publicznie oświadczając, że jest tak wielka ilość zamordowanych i spalonych, że dziennie trzebaby grzebać po dwustu mieszkańców.

Wśród huraganowego ognia dział zaczęto palić domy, teraz już całkiem jawnie, ryczałtowo. Było to jedynie możliwe wyjście z całej tej, zbyt długo już wlokącej się historji naszego dobrodusznego postępowania.

Pardonu nie znano odtąd dla nikogo. Wszystkie drogi zapełniły się resztkami uciekających.

W nocy, na tle szerzącego się pożaru, coraz częściej uwijały się okoliczne hijeny. Ludzie w obliczu armat i karabinów modlili się.

W mrokach nocnych kradli.

Wojna nauczyła ich pacierza i kradzieży!

Mieszkańcy coraz częściej wychodzili z miasta do okolicznych wiosek po żywność; coraz częściej też, w miarę, gdy pożar zaczął obejmować całe dzielnice, w ciemnościach nocnych skradały się do miasta postacie niewyraźne, tajemnicze. Szły z wiosek sąsiednich, sunęły w podskokach z pól podmiejskich, przyskakiwały z drzewa za drzewo, ukrywając się. Przystawały, węszyły...

Szły szakale.

Wracały tem i samemi drogami po godzinie, dwóch, jakieś niekształtne, obładowane; szły wolno, miarowo, trochę niespokojnie, przyczajały się czasem, przypadały do ziemi, a potem znowu szły, ciągle szły...

Chłopi przyjeżdżali wozami z odległości dwóch i trzech mil, by ładować mąkę, rabować spichlerze itp. A Polaczkowie potem dumnie twierdzili, że to my kradniemy.

Herr Gott und Himmel!

Żołnierz złodziejem nie był. Dopiero wy nauczyliście nas kraść.

Kradliśmy później, bo kradzież była nieodłącznym atrybutem wojny; była to zresztą niejako nasza, żołnierska, zawodowa czynność.

Żołnierz, wystawiony tu, między wami, na łup śmierci, rzucony w objęcie życia z godziny na godzinę, żył więc tak, jakby miał umrzeć za dzień, za godzinę; używał, kradł, bił, gwałcił i rabował; pił gorzałkę, a dla odmiany, gdy było potrzeba, szedł w szeregu, czyniąc ze siebie karnego rycerza, podporządkowanego dyscyplinie wojennej: tak robili oficerowie, tak robił i szeregowiec.

Psychikę mieliśmy jedną, jak jedną była wizja niedalekiej śmierci, jak jedna była możliwość wspólnego gnicia w dole, gdzieś zdała od swoich...

Nas zmienił mundur, który, jak samotność szlifuje dusze ludzi, tak on wypełnia ją miazmatem nieprawości, Ale dlaczego wyście kradli? Jak wygląda ta wasza osławiona moralność?

W obliczu żerowiska wypełzły z najodleglejszych kątów wasze cnoty i zbladły.

Ja meine Herren, w życiu kommt es immer anders, ais man sich's gedacht, no i jak zgóry powiedziano, prawda panowie?

Masz wielki poeta Schiller, już tak dosadnie i umiejętnie to określił, chociaż żołnierzem nie był:

„Człowiek, powiedział, powstaje z błota, w błocie jakiś czas leży, błoto ze siebie wyrzuca i na błoto kiśnie, ażeby się kiedyś przylepić błotem do podeszew prawnuka. Koniec piosenki: błoto kołem ludzkiego przeznaczenia"...

W imię przeznaczenia idziemy...

Aksamitna wasza ziemia rodzi tyle żywności, że jej wystarczy i dla nas.

Ponieważ na świecie utarł się zwyczaj, żeby wszystko nosiło pewną markę, wszystko było wiernie zakatalogowane i oddane na papierze, więc niechże ten, cierpliwy, zatrzyma i dalszy ciąg naszej, panowie nieprzyjaciele z Kalisza, historji.

Vogue la galerę; grzechy ojców mszczą się w trzeciem i czwartem pokoleniu. Mamy więc czas na popełnianie grzechów. Wracamy do rabunku.

Mowy komendant Kalisza wydawał rozkazy za rozkazami. W parku wycinano więzy, topole, lipy. Na składanych wozach wysyłaliśmy hurtem do Niemiec.

Kammerherr Najjaśniejszego Pana Wilhelma II-go, właściciel niedalekiej wioski, mianowany głównym niejako komisarzem aprowizacyjnym w powiecie kaliskim, aprowizował bardzo dzielnie!

Nach Westen — w kierunku Berlina, szło dosłownie wszystko. Po całej bliższej i dalszej okolicy Kalisza rozsypały się drużyny naszej dzielnej armji, konfiskując wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość.

Pewnej nocy zbudził nas gwałtowny alarm. Wojsko, zlokalizowane pod Kaliszem, wezwano do natychmiastowego obsadzenia wszystkich wejść do miasta. W chłodną, dżdżystą noc staliśmy pod pełną bronią, ubezpieczeni, wsłuchani w zbliżające się z oddali odgłosy. Nie ulegało żadnej wątpliwości, że rozlegające się ciężkie dudnienie, ponuro brzmiące w nocy, to echo zbliżającej się artylerji rosyjskiej. Z całą powagą przemówił do nas komendant naszej kompanji, uświadamiając, że armja rosyjska zgromadziła się pod Łodzią. Wprawdzie, jak nas ze wszech stron zapewniano, dowództwo naszej armji zdołało przekupić generała rosyjskiego Rennenkampfa.

Ten niespodziewany jednak alarm był najlepszym dowodem, że akcja szpiegowska w tym wypadku nie doprowadziła do żadnych konkretnych wyników. Skupieni, ruszyliśmy po godzinnem oczekiwaniu na zwiady. Rychło jednak, w świetle rannego świtu, okazało się, że te ciężkie armaty rosyjskie, to poprostu duże maszyny parowe, kilka lokomobil, które, skonfiskowane w sąsiednich majątkach, „jechały" do Niemiec. Historja całkiem zresztą naturalna. Wszystkie, sprowadzone przed wojną, nosiły markę „Madę in Germany" — wracały więc z powrotem do nas; szły służyć swoim.

Dziesięć tysięcy marek niemieckich, wypłaconych w złocie panu Rennenkampfowi, zrobiły swoje.

Nasza akcja szpiegowska na tyłach armji nieprzyjacielskiej była, jak się okazało, świetnie zorganizowana. Wielkie miasto przemysłowe Łódź wpadło z całem ogromnem bogactwem w nasze ręce.

Podobno żydom zawdzięczamy, że generał Rennenkampf spóźnił się z armją rosyjską o kilka godzin zaledwie...

My, pozostawieni w Kaliszu, mieliśmy czasy jak najlepsze. Za wyjątkiem drobnego nieporozumienia, którego padliśmy ofiarą jeszcze w sierpniu.

Okoliczni chłopi zżęli mianowicie w nocy owies, ustawiwszy go w charakterystyczne kopice. Otóż, z odległości kilku kilometrów, wydawało nam się, że po drugiej stronie Prosny, na wzgórzu, ustawione stoją armaty. W przekonaniu, że najbliższy most na rzece jest podminowany, trzeba było zachować daleko idącą ostrożność, tem więcej, że w nocy przybyli do komendanta placówki dwaj strażnicy celni.

Ciche pukanie do okna strażnicy zerwało nas żywo na nogi:

„Kto tam?

„Tu Pritschow i Spiegiel. strażnicy celni. Przyszliśmy zameldować, że w pobliżu znajdują się kozacy”.

Karabiny na ramię, krótkie indagacje, wskazany kierunek i marsz. Dopiero z nastaniem jasnego dnia rozpoznano przez lornetkę, że to jest zboże.

Ażeby w przyszłości uniknąć takich, trochę przykrych, a w każdym razie ośmieszających nas sytuacyj, wysłano na drugą stronę rzeki silniejszy oddział, który wnet zaprowadził porządek wśród mieszkańców. Owies skonfiskowano, zabierając po drodze kilka maszyn rolniczych, koni i krów.

Ta strona była zresztą domeną naszego komisarza aprowizacyjnego; a ten nie oszczędzał nikogo.

Wojska nasze nigdy, dzięki niemu, nie narzekały na brak żywności. Teraz już nikt pokwitowań nie wydawał; braliśmy wyłącznie w imię cesarza, prawem zwycięzców; braliśmy dla siebie i dla ojczyzny!

Dowództwo nasze dostarczało nam, według dawnego zwyczaju, czarnego chleba i wieprzowinę. Tu, w Rosji, nikt nie jadł twardych komyśniaków, ani świń. To też nasz chleb całemi stosami leżał nieraz na śmietnikach; połcie słoniny trzeba było wyrzucać na gnój. Żywności było za wiele. Ten nadmiar psuł nas właściwie. Wiele czasu poświęcaliśmy sprawom kulinarnym.

Kammerherr słał nam partję za partją tłustych świń, tucznych wołów, stada krów, nieraz cielnych, pochodzących z obór zarodowych, rasowych owiec i wiele, bardzo wiele gęsi, kur, indyków, kaczek itd.

Sztuk podlejszych, chłopskich, wogóle nie brano pod uwagę. Czasem jeno zdarzało się, że kadry aprowizacyjne zabijały krowy chłopskie, pozostawiając je chłopom samym na zjedzenie. Było to zresztą bydełko wychudzone, zagłodzone, gruźliczne.

Zabijając takie sztuki, mieliśmy raczej na oku poprawienie w przyszłości rasy bydła, a nie osobiste nasze korzyści!

Płaciliśmy też dość hojnie. Przecież nasz chleb, wozami zwożony, szedł do chlewów chłopskich. Można go było zawsze zużyć. W kraju nieprzyjacielskim pragnęliśmy lepszego pożywienia.

Bydła było bardzo wiele, pszenicy jeszcze więcej.

I, co ciekawe, te konfiskaty na wsiach nietylko nie wywoływały żadnych buntów, ale odwrotnie, ludność wieśniacza, zwłaszcza żydowska, odnosiła się do nas bardzo przychylnie, prawie z zaufaniem.

Do karczmy żydowskiej wstęp był wolny o każdej porze dnia i nocy.

Zdarzyło nam się raz, że przybywszy dość późno do jakiejś wioski, leżącej tuż pod Kaliszem, chcieliśmy w majątku zakupić większą ilość owsa. Ekonom, zastępujący nieobecnego właściciela, odmówił naszej prośbie, twierdząc, że owsa nie posiada.

Bagnet pomógł.

Za pieniądze i za dobre słowo nie można było nic otrzymać.

Drogę do ukrytego owsa wskazał żyd — arendarz karczmy dworskiej. Owies, ukryty w lesie, wystarczał conajmniej dla całej kompanji konnicy.

Potem, ugoszczeni przez żyda w jego gospodzie,, zapłaciliśmy mu hojnie dworskiemi sarnami, ubitemi pod lasem.

Jaśnie pańska sarna musi chyba w przyszłości żydowi wyjść na zdrowie, zwłaszcza, gdy zetknie się jeszcze kiedykolwiek ze swym panem...

W tym zresztą czasie pieniędzy wogóle nie znaliśmy. Było ich wbród w Kaliszu.

Wszystkie płynęły do Berlina. Tu, na miejscu, prowadziliśmy handel zamienny; za krowę — chleb, za dobrego konia — połcie słoniny.

W razie oporu, kula w łeb.

Argument, który he, he, he, nigdy nie zawodził!