Jeńcy.
Moja przygodna kompanja wyruszyła dalej. Mnie pozostawiono na miejscu, przydzielając do pilnowania jeńców rosyjskich, ulokowanych w obozie koncentracyjnym, specjalnie dla nich prowizorycznie przygotowanym. Ponieważ budowa okopów postępowała zbyt wolno, a natomiast coraz częściej rozchodziła się pogłoska o „wygięciu się linji frontowej”, o zamierzonej ofensywie Moskali, wobec tego przysłano do Jedlca 500 jeńców rosyjskich z obozu w Lanbau, zabranych do niewoli w pierwszych dniach wojny podczas zwycięskich bitew naszej armji w Prusach Wschodnich.
Rozlokowano ich w czterech dużych barakach, z których każdy mógł pomieścić po 125 ludzi. Obóz cały otoczono podwójnym płotem, pozostawiając między płotami wolną przestrzeń, na której w dzień i w nocy znajdowały się nasze straże.
Do pilnowania jeńców przydzielono 45 żołnierzy niemieckich, w skład których niestety wchodziło kilku Polaków, co bardzo niekorzystnie i nader smutnie odbijało się później na wzajemnem pożyciu i stosunkach koleżeńskich.
Ponieważ jeńcy zachowywali się hardo już w obozie w Lanbau, Generalkommando w Poznaniu, któremu obóz podlegał, wydało bardzo ostre przepisy, polecając surowo miejscowej straży, ażeby dopilnowała bezwzględnego zastosowania się jeńców do rygoru obozowego.
Ja sam, niestety, nie byłem świadkiem wszystkich scen; jako czasowo przydzielonego do pilnowania jeńców i, w dodatku, będącego na kończącej się rekonwalescencji, nie obciążano mnie obowiązkami strażniczemi leżące po drugiej stronie rzeki, zapytał o nazwę tej osady, Kortz, podchodząc do niego ztyłu, udzielał mu objaśnień; równocześnie, wyjąwszy rewolwer, wymierzył spokojnie w głowę jeńca, stojąc za nim o dwa kroki zaledwie; pociągnął za cyngiel...
Do obozu powrócił komendant Kortz uśmiechnięty, wesoły...
Z nim jego ulubiony gefreiter K.; jakiś zadumany, zamknięty w sobie, rozdrażniony. Niestety Polak. Nie wiedział o tem Kortz.
---------------------------
Jeńców wyprowadzono z obozu w kierunku wsi Kuchary; tam, w polu, stały wozy z łopatami. Rozdzielono je. Jeńcy mieli przystąpić do pracy. Podzielono ich na drobne grupki, ażeby w ten sposób uniemożliwić im porozumiewanie się.
Ani jedna partja nie podjęła poleconych prac. Zgromadzili się wszyscy razem, rzucili łopaty i oświadczyli, że wpierw chcą porozumieć się ze swym dowódcą.
Nie było go!
Wobec jawnego buntu 500 jeńców, uzbrojonych w łopaty, otoczonych zaledwie garstką 45 ludzi, Kortz zawezwał do pomocy przebywający w Jedlcu Landsturm. Przyszli. Otoczono jeńców. Kortz przemówił do nich i polecił wydać im topory. Oświadczył, że rowów kopać nie będą. Polecił im natomiast obcinać gałęzie potrzebne... na opał!
Ponieważ i teraz odmówili, zawezwał „Arbeitskompagnie".
Jeńców odprowadzono do obozu. Pomagano im kolbami.
W barakach ustawiono ich grupkami, po pięciu. Każda piątka musiała się wyciągnąć na ziemi, ręce wysunąć naprzód i leżeć zupełnie spokojnie.
Nad każdą piątką czuwał żołnierz z wymierzonym karabinem!
Sanitarjusz B. R. już zdołał się dowiedzieć, że Kortz postanowił jeńców „ukarać”. Począł ich namawiać, ażeby tłumaczyli się chorobą, wskutek której pracować nie mogą. Nakłonił jednak tylko 74. Ci i tak zresztą wyglądali, jakby ich z grobu powyciągano. Inni byli zdecydowani na wszystko.
Zawezwany Landsturm stanowczo odmówił znęcania się nad jeńcami, dowodząc, że Kortz nie jest ich komendantem i dlatego nie potrzebują wykonać jego rozkazów.
„Czynność” kary wypełnili żołnierze wspomniane „Arbeitskompagnie" i z pośród straży.
Kara nie była zresztą ciężka...
Lekka chłosta.
Dla przykładu.
Każdy jeniec „wziął" około 40 kijów. Kije były takie sobie, średnio grubawe. Zmieniono je, bo okazało się, że jeńcy na bicie wogóle nie reagują.
Ze zdziwieniem też zauważyliśmy, że nie mogą się prawie podnieść i odwrócić nawznak. I znowu trzeba było pomagać im karabinami.
Ciekawi ludzie: przedtem nie chcieli pracować, a teraz, nie wydawszy ani jednej skargi, leżeli spokojnie i nie chcieli przyjąć podanego pokarmu. Któryś z nich poprosił o wodę. Mówił cicho, udawał chorego czy zmęczonego. Inny oświadczył, że nie mogą jeść, bo tak ich skatowano, że nawet ust nie są w stanie otworzyć.
Ten pewnie już nigdy nikomu nawet słowem nie wspomniał o biciu!
Przez cztery dni jeńcy nie przyjmowali pokarmu.
Fakt, że podawano im codziennie to samo pożywienie, nie dowodzi oczywiście, że było ono zepsute. Mięso może miało lekki zapaszek, no, ale przecież i my nie otrzymywaliśmy mięsa wprost z lodowni. Było ciepło, czasem niemal gorąco; cóż więc dziwnego, że pożywienie szybko ulegało zniszczeniu?
Przez cztery dni jeńcy nie ruszali się z namiotów.
Leżeli tam, gdzie ich położono w dniu chłosty. W kałużach błota i własnego kału.
Obrzydzenie! I to ludzie kulturalni, z wyższem wykształceniem!
W namiotach rozciągał się taki fetor, że nikt z nas do nich nie wchodził.
Sanitarjusz tylko biegał, jak wściekły. Groził Kortzowi, wymyślał żołnierzy, i ciągle wchodził do namiotów, obładowany bandażami i jakiemiś butelkami. 50 jeńców było, według relacji sanitarjusza, tak wyczerpanych, że już prawie konali. Na jego rozkaz wyniesiono ich ostatecznie do sąsiedniej trupiarni, którą w mgnieniu oka przerobiono na szpital.
Kilku z jeńców umarło w nocy. Zwłoki ich pozostały przez cały dzień na tem miejscu, na którem ich śmierć zaskoczyła. Nie było miejsca na urządzenie osobnej trupiarni. Wywieźć można ich było dopiero późnym wieczorem. W dzień był taki upał, że nawet nie można było myśleć o zabraniu zwłok.
Zwłoki, załadowane na dwóch wozach, wywieziono do Szczypiorna. Kondukt pogrzebowy wyruszył z miejsca wśród bicia dzwonów i śpiewu miejscowej ludności.
Na czele kroczył komendant Kortz.
Ksiądz, niejaki zdaje mi się Szymoniak, mimo naszego sprzeciwu, pokropił zwłoki. Z honorami wojskowemi odprowadzono wozy o jakieś pół kilometra od obozu. Zawróciliśmy, tamtych wywieziono.
Czy jednak do Szczypiorna?
Wozy wróciły już w dwie godziny później.
Szczypiorno oddalone o 20 kilometrów od obozu jeńców!
------------------------------
Sanitarjusz, unosząc się gniewem coraz gwałtowniej, wezwał lekarza wojskowego z Pleszewa. Przyjechał tego samego dnia, obszedł wszystkie namioty, spróbował pożywienia i ostro zjechał sanitarjusza:
„Pocoście mnie wzywali? Czy myślicie, że mam czas, żeby do tego bydła zaglądać? Niech jedzą, to nie będą umierać".
Odjechał, nie zbadawszy ani jednego jeńca.
Sanitarjusz biegał, jak opętany. Zagrożono mu natychmiastowem wysłaniem na front, jeżeli niepotrzebnie będzie przywoływał lekarza i obciążał swojemi głupiemi skargami Kortza i podległych mu żołnierzy.
Z pośród jeńców umarło znowu 12. Lekarz stwierdził śmierć z powodu paraliżu serca.
Sanitarjusz powiedział głośno:
„Tak, wszyscy umarli na chorobę „bicia"!
Pod zmarłymi było pełno krwi.
-------------------------------
Po czterodniowej głodówce zarządzono, z polecenia sanitarjusza, sztuczne odżywianie jeńców. Sanitarjusz nakłonił ich wreszcie do przyjęcia pokarmów, przyrzekając, że pracować nie potrzebują.
Dla każdego przeznaczono litr mleka z jajkiem.
Byli jednak tak wyczerpani, a może raczej tak zacięli się w uporze, że niektórym usta trzeba było przemocą otwierać. Czasem dobrowolnie otworzył; czasem, zwłaszcza, gdy sanitarjusz był na drugim końcu namiotu, pomagano jeńcowi pochwą pałasza, obcęgami, w najgorszym razie kopniakiem w szczękę.
Ze temu i owemu wyłamano ząb, lub pokrwawiono twarz, to już trudno.
Chodziło o ratowanie życia, a nie o jeden głupi ząb.
Zapuszczano gumowe węże, tym sposobem wlewając jeńcom mleko. Fachowo umiał się z tem oczywiście obchodzić jeden tylko sanitarjusz. Nam ta sprawa szła znacznie trudniej. To też wąż, gwałtownie wyciągany z przełyku, wychodził nieraz cały zakrwawiony. Nie było innej rady.
Żołnierz jest tylko wojakiem, a nie lekarzem i do tego lekarzem wrogów.
Skończyło się na tem, że sanitarjusz przeklinając, wyrzucił nas z namiotów i dalej sam pracował.
Wieść o biciu jeńców rozniosła się bardzo szybko po wiosce. Ludność, zawsze solidaryzująca się z jeńcami, już w pierwszych dniach okazywała im swoje współczucie, gromadząc się na cmentarzu, przylegającym do obozu koncentracyjnego.
Jeńcom rzucano papierosy, kiełbasę, chleb, masło, śledzie, aż wreszcie komendant zagroził ostremi represjami w stosunku do mieszkańców Jedlca. Ale i groźby nie pomogły. Nadal na podwórzu obozowem znajdowaliśmy papierosy i wszelkiego rodzaju wiktuały.
Trzydziestu feldweblów rosyjskich, głównych buntowników, odesłano do folwarku, gdzie ich umieszczono pod silną strażą, w wilgotnej ciemni pod spichrzem. Mimo, że żywności otrzymywali niewiele, czuli się jakoś dobrze. Byli uradowani. Podpadło nam, że co chwilę prosili o odprowadzenie do ustępu.
Oczywiście. Bliższe śledztwo wykazało, że w ustępie ukrywano dla nich żywność i papierosy.
Ale skąd oni o tem wiedzieli? Narazie trudno było dociec.
Gdy im zabroniono wychodzenia do ustępu, nietylko nie byli tem przejęci, ale odwrotnie, widać było, że zamknięci, nabierają sił...
Dym papierosów stale unosił się w ciemnej piwnicy, wychodząc wąziuteńką szczeliną przez małe drzwi wejściowe. Przeprowadzono rewizję. Odebrano im kilka paczek papierosów, kiełbasę i chleb.
Na drugi dzień powtórzyło się to samo.
Jeńcy, mimo ścisłego odseparowania ich od świata i ludzi, znowu mieli żywność i papierosy. Do piwnicy prowadziły jedne jedyne drzwi, pilnie strzeżone przez dwóch żołnierzy. Okna nie było. Posądzaliśmy straż, że dostarcza jeńcom pożywienia. Wobec tego wzmocniono straż do czterech żołnierzy. Wybrano wyłącznie Niemców.
Mimo to, nazajutrz rano, znaleziono w piwnicy kiełbasę, ukrytą w kącie. W powietrzu unosił się zaduch ludzkich odchodów i wilgoć, ale ponad tym odorem wisiał zapach papierosów.
Badanie nie doprowadziło do żadnego wyniku.
Pytania: „Skąd? od kogo?" — były bezcelowe.
Wobec tego w nocy potajemnie wyprowadzono jeńców polną drogą do obozu.
Wewnątrz piwnicy ulokował się Kortz z kilku żołnierzami. Dla zmylenia czujności tych, którzy jeńców odżywiali, przed drzwiami do piwnicy pozostawiono straż; wszystko miało upozorować, że jeńcy są nadal zamknięci w piwnicy.
I w ten dopiero sposób udało nam się dociec prawdy.
W nocy, około pierwszej, rozległy się nad piwnicą ciche kroki. Chwilę później lekkie pukanie. Jeden z żołnierzy również odpowiedział pukaniem. Zgóry powtórzono ten sygnał jeszcze raz, na który Kortz odpowiedział silnem uderzeniem w sufit.
W tej chwili rozległo się nad nami głośne stukanie.
Ktoś uciekał.
Wypadliśmy z piwnicy, obeszliśmy cały spichrz dookoła, nigdzie najmniejszego śladu.
Wcześnie rano zażądał komendant klucza od spichrza; udał się w towarzystwie zarządcy majątku na spichrz, badał długo i szczegółowo. Nad piwnicą pracowały dwie dziewczyny, przesypując żyto z jednego miejsca na drugie. To podpadło Kortzowi. Godzina była piąta rano; praca zaczynała się więc dopiero, a tu już dwie dziewczyny zdołały w zamkniętym spichrzu przeszuflować tyle żyta.
Wszelkie indagacje były daremne. Dziewczyny słowa nie rozumiały po niemiecku. Rządca był zupełnie spokojny.
Kortz wezwał nas kilku do przerzucenia żyta.
I oto okazało się, że w tem właśnie miejscu odbito w podłodze deskę, wywiercono dziurę, świetnie zresztą w piwnicy zamaskowaną i tą drogą komunikowano się z więźniami, dostarczając im pożywienia.
Na gorącym uczynku nikogo niestety nie chwycono.
Rządca zdziwił się naszem odkryciem i nie okazał żadnego zmieszania i niepokoju.
Dopiero drogą poufnych badań i żmudnych śledztw, popartych lekką chłostą, zdołano wydobyć od jednego jeńca, że przez otwór w podłodze spichrza szły kiełbasy, salcesony, kiszki, chleb i papierosy, a nawet wino.
Jeńcy, uwięzieni w piwnicy, nikogo naturalnie w ciemnościach nie widzieli. Dziurą wsuwała się jeno ręka człowieka litościwego; więźniowie gwałtem ją zatrzymywali i całowali ze czcią.
Spracowana, szorstka ręka polskiego robotnika.
Dla więźniów ręka błogosławiona!
I tę całowano.
Ludzie z wyższem wykształceniem, oficerowie rosyjscy.
Bez krzty poczucia ambicji i honoru oficerskiego!
---------------------------
Dwóch jeńców uciekło.
Krótki, cichy alarm o godzinie szóstej rano. Poszukujących wysłano nas dziesięciu. Prowadził podoficer. Cała akcja zrekognoskowania terenu, w pościgu za uciekinierami, odbyła się szybko i sprawnie. Siadów żadnych nie znaleźliśmy.
Po dwóch godzinach męczącego poszukiwania wróciliśmy z niczem. W czasie naszej nieobecności znaleziono na cmentarzu dwie czapki rosyjskie...
Wprawdzie rano przechodziliśmy przez cmentarz; nikomu jednak nie przyszło na myśl, że Rosjanie, uciekając, czapki swoje pozostawią na mogiłach nam na pamiątkę.
Mając niezbity corpus delicti ucieczki jeńców, komendant Kortz zaostrzył rygor obozowy. Mas wogóle nie pytano o wynik poszukiwania. Tylko żołnierz, pełniący wachę od strony cmentarza, widząc nas powracających, odezwał się ze śmiechem:
„Szukajcie tu gdzie bliżej. Uciekli! Pod ziemią może ich prędzej znajdziecie”.
Co chciał powiedzieć?
---------------------------
Bunt jeńców powtarzał się często.
Dziś znowu nie przyjęli pożywienia. Leżą całemi dniami w barakach; nie czyszczą ich wcale i nie porządkują. Zmuszeni do wyjścia na podwórze obozowe, stoją, podpierają się wzajemnie, obdarci, zawszawieni, niechlujni i przytem dziwnie spokojni. Wszyscy zresztą nie wychodzą z namiotów. Są tacy, którzy od tygodnia leżą nieruchomo na tem samem miejscu, sztucznie odżywiani przez sanitarjusza.
Tłumaczą się osłabieniem.
Dziś jednego wyciągnięto z cuchnącej latryny; upadł tam i zemdlał. Leżał chyba kilka godzin, przez nikogo niezauważony, zabrudzony, śmierdzący.
Sanitarjusz stwierdził nie zemdlenie, a śmierć, krzycząc, że to prawdopodobnie żołnierz, konwojujący jeńca, dopomógł mu kolbą karabinową do tej sytuacji w latrynie.
I znowu naturalnie powtórzyły się awantury pomiędzy sanitarjuszem a komendantem obozu.
Tym razem nie urządzono pogrzebu, ażeby nie podniecać miejscowej ludności. Zwłoki zmarłego, czy też w kale zaduszonego jeńca, wywieziono, zdaje się, w nocy, na pole.
Gefreiter K. i podoficer R. twierdzą, że napewno zakopano go w latrynie.
Obaj Polacy, wierzyć im więc nie można.
Nie wiemy, dlaczego Generalkommando przydzielą do pilnowania jeńców buńczucznych Polaków. Wszędzie coś wietrzą, wciskają się, zawsze pewni siebie. W razie grożącego im niebezpieczeństwa, powołują się na wysoką kulturę Niemców.
Szyderstwo, czy ironja?
Utrudniają nam jeno pracę i uniemożliwiają właściwe traktowanie jeńców tak, jak ci na to zasługują.
Wśród jeńców jest wielu, jak wspomniałem, Polaków. Ci stale są w zmowie i porozumieniu z sanitariuszem. Im też powodzi się najlepiej. Chociaż bowiem sanitarjusz z troskliwością, naprawdę godną lepszej sprawy, obiega jednakowo wszystkich jeńców, Polacy widzą w nim pewnie swojego rodaka. Zapominają, że to nie jest żaden Polak i rodak, ale z krwi i kości żołnierz niemiecki, który w pierwszym rzędzie musi być Niemcem i uczciwym obywatelem niemieckim.
Jeden z jeńców Polaków namalował na desce obraz Matki Boskiej, umieszczając pod nim napis: „Matko Boska Częstochowska, zmiłuj się nad nami".
Skąd wziął farby?
Obraz podawano sobie z rąk do rąk. Jeńcy prawosławni przyciskali go drżącemi rękami, zwracając oczy w kąty namiotów, jakby tam szukali swoich świętych ikon.
We wszystkich wstąpiła nowa fala otuchy i radości. Ciężko chorym podawano obraz, przykładając go do zaciśniętych w bólu ust. Całowali z takiem namaszczeniem, jakby do nich bóstwo z nieba zstąpiło.
Groziła oczywiście obawa nowego buntu. Wszystko wskazywało na to, że tym razem będzie on jawny i silny, posunięty chyba do głodowej śmierci wszystkich jeńców,
Uwagę straży zwróciło wielkie poruszenie w jednym z baraków.
Jeńcy skupili się dokoła umierającego towarzysza. Szemrali coś półgłosem, a jeden, klęcząc obok umierającego, trzymał nad nim obraz, jakby go nim żegnał. Z sąsiedniego baraku przekradło się kilku jeńców do umierającego. To ich właśnie zdradziło. Nie wolno bowiem było przechodzić z jednego namiotu do drugiego. Okazało się, że to ten nieszczęsny obraz był zarzewiem mającego wybuchnąć buntu. Mimo bowiem wzmożone] czujności podwojonych straży, obraz przemycano z jednego namiotu do drugiego. W każdym zatrzymywano go jak najdłużej.
Jeńcy cieszyli się, jak małe dzieci. Pieścili obraz, dotykali palcami, całowali go. Dopiero współtowarzysze sąsiedniego baraku zgorączkowani, niecierpliwi, przysyłali po obraz.
Na szczęście udało się wyśledzić te knowania.
Obraz odebrano. Rozległ się płacz, wyciągnęły się ramiona, z namiotu do namiotu roznosił się szloch długi, przeciągły, który zakończył się jakimś głuchym skowytem w chwili, gdy, w obliczu jeńców, obraz spalono na środku podwórza.
Sprawcę, malarza, spotkała zasłużona kara: trzy dni w ciemnicy; o głodzie, wśród upalnego dnia bez kropli wody.
I znowu sanitarjusz, grożąc, puścił pogłoskę, że człowiek ten umarł, zamęczony głodem. Tymczasem komisja, wyłoniona ad hoc przez dowódcę z pośród landsturmistów kompanji z Jauer 1 stwierdziła, że jeniec umarł najprawdopodobniej tak, jak jego poprzednicy, na udar serca.
Jeńcy zmienili taktykę. Dotąd spokojni i cisi, teraz, za najlżejszem popchnięciem ręką, za wskazanie kierunku karabinem, krzyczeli głośno, wyli, jakby ich kto conajmniej mordował.
Wściekłość Kortza nie miała granic. Jeńcy przecież nigdzie nie wychodzili, a mimo to te ogromne wrzaski ściągały pod obóz moc ludności.
Żołnierze gęstym pasem otoczyli obóz, odsuwając ciekawych jak najdalej. Drogą, obok obozu, nikomu nie wolno było przechodzić.
Wszystkie nasze usiłowania okazały się daremne. Mieszkańcy wsi gromadzili się na cmentarzu kościelnym, oddalonym od obozu zaledwie o kilkanaście metrów, a znajdującym się na wzniesieniu. Pomiędzy nimi był ksiądz, który, nie tając swojego oburzenia, głośno zwymyślał komendanta.
Jeńcy, przylepieni formalnie do drucianego płotu, z gęstym zarostem na twarzach, długiemi, zwichrzonemi włosami, robili wrażenie dzikich małp, zamkniętych w klatce. Wycie pięciuset ludzi było okropne. W promieniu jednego kilometra od obozu słychać było te wrzaski. Zmusiliśmy ich do wejścia do namiotów. Tam,, zamknięci, kontynuowali swoje krzyki.
Oburzenie ludności wzrastało. Kortz wysłał żołnierzy, ażeby przepędzili przypatrujących się z cmentarza.
Ksiądz, nie chcąc dopuścić do znieważenia „świętego", jak się wyraził miejsca, wezwał swoich parafjan do dobrowolnego opuszczenia cmentarza. Wszyscy poszli do kościoła, gdzie, wśród szlochów i płaczu kobiet, odprawiono podobno jakieś modlitwy za umierających i odśpiewano suplikacje. Potem, na prośbę księdza, rozeszli się spokojnie do domów. Ksiądz natomiast, zamknąwszy się w kościele, wszedł na ambonę i przez okno spoglądał na obóz.
Przy zapadającym zmroku wieczornym znowu z namiotów rozległy się krzyki. To jeńcy otrzymywali karą cieńkiemi witkami wierzbowemi za całodzienne awantury. Kolacji nie podano im tego wieczoru.
W oknie kościoła majaczyła ciągle blada twarz, księdza.
Jak długo tam stał?
Upiorna jego głowa zniknęła dopiero w ciemności nocy. Wyszedł chyba nazajutrz rano, po nabożeństwie.
Kortz zagroził mu aresztowaniem, a w razie konieczności rozstrzelaniem.
Ksiądz pokiwał głową, rozejrzał się i tak, jak stał, bez nakrycia głowy, pochylony, udał się gdzieś; szedł powoli, jakby miał zbolałe nogi.
Mężczyzna zawsze żywy, energiczny, w sile wieku męskiego.
Podobno poszedł szukać interwencji.
Dzisiaj znowu kilku jeńców zmarło. Tym razem chyba z głodu.
Sami sobie winni. Zawsze gwałtem nie można im wpychać.
Pochowano ich w nocy.
Tak czyniono zresztą zawsze, ze względu na upał.
Generalkommando z Poznania zawiadomiło nas o zamiarze zwiedzenia obozu koncentracyjnego przez komisję lekarską.
To pewnie skutek intryg księdza, który podobno o wszystkiem doniósł jakiejś wpływowej arystokratce, interweniującej u generała.
W obozie ruch. Jeńców, zdolnych do chodzenia, wyprowadzono na przechadzkę. Chorych umieszczono wygodnie w sali szkolnej.
Sami musieliśmy czyścić śmierdzące baraki parszywych moskali.
Kortz przemówił do jeńców, zapowiadając im przyjazd komisji i jak najenergiczniej polecając mówić tylko i wyłącznie prawdę.
Wymowę miał silną, szorstką, żołnierską, Słowa jego, przetłumaczone jeńcom, wywołały pewne zdziwienie.
Wnet zrozumieli, gdy Kortz, powtarzając raz jeszcze słowa o mówieniu prawdy, wskazał na stojącą obok siebie straż!
To najskuteczniejszy argument dla hardych i głupich.
Na drugi dzień po odebraniu zawiadomienia, przybyła komisja, złożona z dwóch osób. Chodzili od namiotu do namiotu, wypytując jeńców o pożywienie, o stosunki, o pożycie towarzyskie. Próbowano pożywienia.
Wszędzie towarzyszył im Kortz, który, wchodząc do namiotów, uśmiechał się przyjaźnie do jeńców, poklepywał poufale po ramieniu, czasem przemawiał, posługiwał się zasłyszanem słowem rosyjskiem...
Kortz, dowódca obozu i serdeczny przyjaciel jeńców!
Komisja nie znalazła nic szczególnego.
Tu i ówdzie pewne niedopatrzenia, brak jakichś drobnostek, o które zresztą trudno w prowizorycznym obozie; poza tem czystość, porządek, jak najlepsze warunki higjeny, smaczne pożywienie, świeża woda...
Z żołnierzami odwachu przeprowadzono szczegółowe badania protokólarne. Sanitarjuszowi polecił Kortz dzień poprzednio złożyć pisemne oświadczenie. W czasie pobytu komisji w Jedlcu, wysłano go, z polecenia lekarza, do sąsiedniej wsi. Wyszedł w sprawach służbowych.
Po powrocie do obozu, z którego już komisja wyjechała, twierdził, że w protokóle, zabranym przez komisję, brakowało jego pisemnych zeznań.
Kortz będzie pewnie odznaczony orderem. Wobec negatywnego wyniku badań komisji, sanitarjusz, widząc, że już w godzinę po wyjeździe komisji przywrócono w obozie „status quo antę", telefonicznie zawezwał lekarza.
Z powodu pilnych zajęć służbowych, przybył dopiero w cztery dni później. Wśród jeńców nic się na zmieniło. Nadal stosowali bierny opór. Pożywienie przyjmowali bardzo rzadko. Żarła ich jakaś tajemnicza choroba. Wszelkie zabiegi sanitarjusza przerywał Kortz jednem krótkiem: „nie".
Kilka razy ksiądz próbował jeszcze swoich wpływów. Kortz zbył go lakoniczną odpowiedzią, że panem jeńców jest on, komendant; ksiądz niech pilnuje spraw kościelnych i parafjalnych.
Ten ksiądz powoływał się na uświęcone tradycje narodu niemieckiego, szanującego spokój niedzielny, który tu w Jedlcu zakłócono najpierw budową baraków podczas głównego nabożeństwa, uniemożliwiając wygłoszenie kazania, a teraz, jakby z rozmysłem, tak twierdził, wybiera się porę nabożeństwa, jako godziny tortur dla jeńców.
Na, na, księże! Tak żle nie jest. Przecież i my uznajemy prawo Boga. Tylko chwilowo zawisła nad nami groza okrutnej wojny. Nikt nikogo nie torturuje. Dawniej posługiwano się wymyślnemi machinami, my stosujemy najłagodniejszą karę — chłosty.
Prawo wojny!
Nad nami unosi się obłędna wizja naszych dzielnych żołnierzy, którzy tam, na odległych frontach, ponoszą śmierć od kuli nieprzyjacielskiej. A jeżeli już gdziekolwiek są nasi jeńcy, to wróg napewno nie umieszcza ich w obozach koncentracyjnych.
Jest dla nich tylko kula i bagnet. Śmierć najokropniejsza. Znęcanie się nad rannymi.
My stosujemy tylko prawo odwetu.
Forma tego odwetu jest poważna, utrzymana na wysokości humanitarnych zobowiązań może nie międzynarodowych, ale naszych własnych.
Potęgę państwa oparliśmy na wysoko postawionej etyce, na bojaźni bożej.
Sanitarjusz coraz częściej oddala się z obozu. Wraca po krótkim czasie, zawsze obładowany. Bez przeszkód wchodzi do namiotów.
Na pytanie Kortza: „Co pan tam znowu temu bydłu znosi?” - wogóle nie odpowiada.
Pokazał kilka buteleczek, zawierających niby lekarstwa. Tymczasem jeden z landsturmistów znalazł wyrzuconą butelkę. Zapach jej zupełnie nie przypominał lekarstwa.
Chyba umówimy się między sobą, że odtąd koniak i dobre, czerwone wino będziemy nazywać lekarstwem!
W kieszeniach kilka razy dziennie przynosił cukier w kostkach, przesycony jakąś piołunówką, czy podobną miksturą. Podobno na żołądek.
Pewnie! Pewnie!
Jeżeli jeńcy sądzą, że w niewoli można w jedzeniu przebierać i wybierać smakołyki, to bezwzględnie niedługo wszyscy zachorują na... żołądek.
Nasza żołnierska kasza i peklówka z grochem najzupełniej nie nadaje się na wybredne moskiewskie podniebienia.
Z Poznania nadszedł rozkaz. W najbliższych dniach mamy opuścić Jedlec. Jeńców przeznaczono do obozu koncentracyjnego w Parchinie.
Chwała Bogu!
Skończy się wreszcie ta nasza udręka.
Mamy pójść na odpoczynek do stałego pobytu stacjonowania pułków, a potem prawdopodobnie na front.
Kortz odznaczony. Otrzymał awans na Offizierstellvertreter!
Przez ostatnie dwa dni ćwiczymy jeńców. Prawie gwałtem trzeba ich wyciągać z namiotów.
Uczymy ich maszerować. Urządzamy z nimi dłuższe przechadzki, ażeby im trochę nogi wyprostować. Mają odbyć przecież piętnastokilometrowy marsz do Pleszewa na dworzec.
W ostatnim dniu pobytu w Jedlcu Kortz przemówił do jeńców:
„Najjaśniejszy nasz cesarz Wilhelm II-gi w dobrotliwości swojej raczył darować wam, wy ścierwa ludzkie i psy, życie. Odpowiedzieliście buntem. Laskę najjaśniejszego pana przyjęliście z pogardą. Za chleb i strawę płaciliście awanturami i krzykiem.
Wielkiemu Bogu w niebie spodobało się wyrwać kilku z waszego grona i powołać do siebie. Zwłoki ich, jak wiecie, złożyliśmy, z zachowaniem wszelkich należnych wam honorów, w grobach w Szczypiornie.
Wychodzicie z pod mojej ojcowskiej opieki. Przebaczam wam bunt i wasze niesłuszne skargi. Tam, w Parchinie, dokąd pójdziecie, pracujcie. Oby wam Majestat Cesarski raczył przebaczyć".
Skończył.
Słowa krótkie, twarde, jak całe życie komendanta - żołnierza.
Jeńcom pozwolono, ażeby w ostatnich godzinach pobytu w Jedlcu wyrazili swoje życzenia. Zbici w jedną gromadę, w łachmanach, pokurczeni, skuleni, szeptem porozumieli się; poczem wystąpił jeden feldwebel rosyjski, zdaje się Polak, silnie zbudowany, trzymający się
jeszcze najlepiej ze wszystkich i zwrócił się do komendanta z prośbą.
Chciał nam wszystkim podziękować. Zgromadziliśmy się, z komendantem na czele, prawie wszyscy; nie było sanitarjusza. Jeniec wysunął się kilka kroków naprzód i zaczął w języku niemieckim:
„W imieniu nas, jeńców, wszystkich tu obecnych, żyjących i w imieniu tych, którzy zakopani, leżą tam pod latryną...
Kortz mu przerwał.
Jeniec, cofnąwszy się, otoczony współtowarzyszami, wołał już teraz w nerwowem podnieceniu:
Wobec wszystkich tu zgromadzonych, w obliczu Boga i czekającej nas śmierci, was żołnierze barbarzyńskiego państwa niemieckiego oskarż...
Nie dokończył.
W ostatniej godzinie w Jedlcu polała się krew.
Po nieprzespanej nocy wyruszyliśmy o godzinie 6-ej rano, konwojując jeńców z obozu w kierunku Pleszewa,
Mieszkańcy Jedlca z płaczem rzucali odchodzącym jeńcom słowa otuchy, obdarzając ich paczkami. Te zresztą natychmiast konfiskowaliśmy.
Taki był rozkaz Kortza.
Jeńcy rzucali z podziękowaniem na pamiątkę jakieś blaszane pierścionki, miniaturowe figurki; wszystko bez wartości. Pracowali nad ich wykonaniem w barakach, wyrabiając je z puszek, papieru, chleba i gliny sposobem najprymitywniejszym. Na każdym takim przed-miocie umieszczano datę pobytu w Jedlcu, imię i nazwisko jeńca. Wiele zdołaliśmy odebrać. Inne zatrzymywała pewnie miejscowa ludność jako dowód, że i tu „wojna” dotarła.
Drogę do Pleszewa odbywaliśmy bardzo powoli. Jeńcy nie chcieli iść. Czasem ten i ów upadał. Nie było wozów; towarzysze musieli ich podtrzymywać, A przecież dzień poprzednio otrzymali dodatkowe porcje!
Mimo to maszerowaliśmy od godziny 6-ej rana do godziny 8-ej wieczorem.
Wszędzie ścigały nas nienawistne spojrzenia; mieszkańcy odprowadzili jeńców; widzieli tylko ich. Kwiaty rzucano im pod nogi, a nie nam, zwycięzcom i obrońcom ich mienia.
I to w naszym własnym kraju.
W spichlerzu całego państwa niemieckiego.
Miarą przykładnej kary Kalisza i jego buńczucznych mieszkańców trzebaby i tę dzielnicę zmierzyć.
Rzucić do nóg. Nauczyć milczenia i pokory!
Wtedy dopiero rozległyby się błagalne skomlenia o łaskę.
W Pleszewie na dworcu wieczorem krótkie pożegnanie. Na pamiątkę od nas, jako podziękowanie za przeszłość i nauczkę na przyszłość, kilka ostatnich, serdecznych, nietyle może pięknych słów, Ile raczej gestów.
Jeńców zdaliśmy konwojentom kolejowym. Pojechał z nimi nasz sanitarjusz,
Od niego po powrocie dowiedziałem się, że w drodze otrzymał polecenie, ażeby na każdej stacji zabierać dla jeńców żywność i koniak.
Na stacji w Brandenburg zebrał się tłum ludzi z wiktuałami dla jeńców. Tam też do sanitarjusza podszedł jakiś stary major pruski. Otrzymawszy na swoje pytanie odpowiedź, że to są jeńcy rosyjscy, spuścił głowę i rzucił krótkie:
— Czy to jest „menschlich"?
Niby co?
Po kilku minutach do wagonów z jeńcami podeszli kelnerzy restauracyjni, obładowani wodą, piwem, papierosami i ciastkami.
Przysłał major.
Nazwiska jego niestety nikt nie zdołał stwierdzić. W bufecie zakupił te towary, zapłacił gotówką, polecił natychmiast podać jeńcom i, wmieszawszy się w tłum, stojący przed dworcem, znikł.
Do obozu koncentracyjnego w Jedlcu przybyło pięciuset jeńców rosyjskich, po trzytygodniowym pobycie wyszło ich do Parchina około czterystu...
W kilka dni później na ich miejsce do Jedlca przybyli jeńcy francuscy.
Pewni siebie, buńczuczni, hardzi. Nie pracowali. Wylegiwali się na słońcu, śmiejąc się z pogróżek straży. Często wychodzili pod opieką żołnierzy do wioski po zakup towarów i pożywienia. Z Francji codziennie otrzymywali paczki.
Na groźby odpowiadali groźbami, powołując się na jakieś międzynarodowe układy, dotyczące opieki nad więźniami.
Ze strażą zżyli się zresztą szybko.
Wracam do Kalisza.
O pobycie swego pułku nic nie wiem.
Idzie nas kilku. Terminu nie mamy wyznaczonego, więc maszerujemy powoli.
Chociaż od Kalisza dzieli nas zaledwie jakieś piętnaście kilometrów, drogę tę odbywamy w ciągu trzech dni.
Idziemy po stronie rosyjskiej. Niebezpieczeństwa niema. Gorejąca łuna nad Kaliszem jest najlepszym postrachem dla ludności. Każdą prośbę o żywność, czy nocleg, popieramy jedynym argumentem: wskazujemy płonący Kalisz.
Jest on dla nas równocześnie drogowskazem, za którym idziemy do naszych. W przenośni jest drogowskazem dla naszej bohaterskiej armji.
Podczas tej trzydniowej wędrówki zapoznajemy się bliżej ze stosunkami ludności rosyjskiej.
Po naszej stronie, w okolicy Pleszewa i Ostrowa, widzieliśmy sznury wozów; ciągnęły od Kalisza, wioząc pierwszą zdobycz wojenną.
Tu, w Rosji, czy, jak mieszkańcy tutejsi mówią „w Polsce" (?) spotykamy się również ze śladami Kalisza. Jeno, że to wszystko pochodzi już wyłącznie z kradzieży. A kraść nie było wolno w Kaliszu.
Wywozić łupy wojenne mogli tylko ci, którym wojna dała prawo: Niemcy. Wszyscy inni, to złodzieje cudzego mienia, hijeny i szakale, żerujący na ludzkiem nieszczęściu.
Za kradzież kula w łeb.
Dziewczyny na wioskach nosiły barwne pończochy, kolorowe parasolki, wzorzyste suknie. Sam ich wygląd wskazywał, że importem pochodzą wprost ze spalonego Kalisza.
Nie było jednak widać przedmiotów większych. Meble, fortepiany, obrazy były u naszych mieszkańców w prowincji Poznańskiej.
Tu przeważały drobnostki, dla których nie warto było życia narażać.
Ponieważ ogłoszenie mobilizacji ludzi i koni w Rosji nie zdążyło już dotrzeć do zachodnich granic państwa, mieszkańcy wiosek, przez które przechodziliśmy, przebywali prawie wszyscy w domu. Niektórzy mężczyźni zgłosili się ochotniczo. Kilku dotarło do małego miasteczka Łasku. Wojska rosyjskiego, ani urzędników już nie zastali. Rozbiwszy monopole z wódką, wrócili do domu.
Czy nie tak było może też w Kaliszu?
Czy i tu nie kradli ci sami?
A może to oni, obrabowawszy składy monopolowe z wódką, dopuścili się prowokacji naszego wojska?
Najlepiej wie o tem nasz pierwszy komendant w Kaliszu, chluba naszego wojska, major v. Preusker!
Wogóle, po drodze spotykamy wszędzie ślady pobytu Moskali, którzy zresztą w pierwszym dniu wojny porzucili swoje „posty”. W pośpiechu nie zdołali pozabierać nawet siodeł i karabinów.
Dzielni carscy wojacy!
Rosyjskie strażnice graniczne zajęli nasi urzędnicy celni i żandarmerja. Gdy jednak w pierwszych dniach wojny rozniosła się pogłoska o następującej na nas armji rosyjskiej, opuszczono te „posty", zabrawszy z nich wszystko, zwłaszcza kozackie siodła i karabiny.
Był to jedyny sposób uchronienia tych przedmiotów przed kradzieżą mieszkańców.
W kilka tygodni później, w wioskach rosyjskich, położonych nad granicą, rozlokował się nasz Landsturm.
Zarządzono przedewszystkiem poszukiwania za papierami mobilizacyjnemi. Ludzie potrzebni byli do prac ziemnych. Konie jeszcze bardziej,
Wszelkie papiery jednak tak ukryto, prawdopodobnie zakopano, że poszukiwania były daremne. Broń urzędów gminnych zatopiono w stawach. Ludność miała na wszystko jedno, jedyne wytłumaczenie: papiery zabrał sekretarz gminny i uciekł.
Z tymi sekretarzami to było zresztą niejednokrotnie tak, że przebywali oni u krewnych, względnie u znajomych. Ponieważ z naszych nikt ich nie znał, więc zdarzało się, że nieraz taki sekretarz sam wojsku naszemu udzielał szczegółowych informacyj o swojej własnej ucieczce. Sam za jasnego dnia paradował swobodnie bez obawy po wsi.
Z tej komicznej, a dla wojska naszego przykrej sytuacji, wnet landsturmistów wybawiło dowództwo.
Ludzie byli pod urokiem naszego zwycięstwa w Kaliszu. To też wcześnie rozeszły się po całej okolicy kadry posłusznych naszych szpiegów, którzy w ciągu kilku tygodni wyśledzili i sekretarzy gminnych i ukryte papiery mobilizacyjne. Szybko i sprawnie zabrano się, przy pomocy miejscowej ludności i obowiązkowo dostarczonych podwód, do budowy dróg.
Tak nakazywały względy strategiczne.
W kraju nieprzyjacielskim, w kraju analfabetów, zaprowadzaliśmy kulturę i cywilizację.
Ludność na wsi tak zżyła się z żołnierzami, że przy opuszczaniu przez nich tych okolic, pożegnanie odbyło się z obustronnym płaczem.
Żołnierze mieli nadmiar bielizny, ubrań, jedzenia.
Mieszkańcy żałowali ich za papierosy, chleb, tłuste mięso.
Dziewczęta za miłość!
Kraj okupowany był w pierwszych miesiącach wojny krainą bogatą, spichlerzem dla naszych rezerw.
Paczki do ojczyzny odchodziły codziennie. Później, w latach głodu w Berlinie, zamiast przetrzebionych i niezupełnie wybitych świń, krów, kur, indyków, kaczek i gęsi, szły kosze, pełne młodych wron! Lasy polskie dostarczały ich mnóstwo!