Marschbereit!
Przygotowania. Zbiórki, Apele! Przydział do pułków.
Ostatnie pamiątki z miasta!
Na pożegnanie libacja.
W sąsiednim majątku pozostała jeszcze właścicielka. Kobieta starsza, matrona poważna, cieszyła się zaufaniem jednego z wyższych oficerów, dobrego znajomego z okresu przedwojennego. Dzięki temu w okolicy pozostała jak gdyby oaza. Wprawdzie inwentarz żywy niemal wszystek dawno zarekwirowano, ale zapasów żywności było sporo. Oficerowie dawno ostrzyli zęby na ten dworek, a zwłaszcza na bogatą zawartość spiżami i piwnicy. Wzgląd na kolegę nie pozwalał na urządzenie wycieczki. Wczoraj wyjechał na front.
Za kilka dni mamy i my wyruszyć.
„Wycieczka” pożegnalna obowiązkowa.
Około 15 oficerów i nas kilkunastu do „asysty”.
Na ganek dworku wyszła rumiana pokojówka.
Miła zapowiedź wesołej zabawy!
Na rozkaz stawiła się dziedziczka. Oficerowie poprosili o posiłek. Hardo odpowiedziała, że może nas poczęstować, ale na zamówienie i na nasze rozkazy nic nie ma. To nie zajazd i nie restauracja publiczna. Wylegitymowała się jakąś kartką oficera. Kartki nie mają już dziś znaczenia. W Kaliszu rozrzucono takich samych dziesiątki tysięcy. I to w pierwszych dniach sierpnia.
Groźba wymierzonych rewolwerów poskutkowała.
Oficerowie do jadalni, my do obszernej kuchni.
Dla oficerów, na żądanie, wspaniałe nakrycia. Przed ucztą wyborny koniaczek francuski, przekąski, obiad, wytrawne wina i jakieś wspaniałe nalewki, przez nas już odkryte w ciemnej piwniczce.
Gospodyni ukryła się.
Usługiwały dwie dziewczyny. W jadalni oficerów musiały obowiązkowo wypić po jednym kieliszku z każdej rozpoczętej butelki; to była gwarancja, że trunków nie zatruto.
Dziewczyny krążyły z rąk oficerów do naszych!
Po dwugodzinnej libacji, przyszedł do nas młody oficer. Przyniósł rozkaz, że dziś możemy wszystko robić.
I tak już nie żałowaliśmy sobie. Kilku oficerów wyszło do parku. Po chwili wrócili z całemi naręczami kwiatów i gałęzi świerkowych.
Wezwano nas do jadalni oficerów.
Wzdłuż długiego stołu — talerze i półmiski, ozdobione kwiatami, przybrane zielenią gałązek świerkowych. Na talerzach i półmiskach... ekskrymenty ludzkie. W butelkach reszta.
Na największym, ślicznym, porcelanowym półmisku, całe stosy „tego”! Również przybrane zielenią. Półmisek schowano do bufetu.
W sąsiednim pokoju znaleziono kilka futerałów z damskiemi kapeluszami. Przyozdobiono je również „skutkami" wesołej i sutej libacji. Nakryto to pięknie kapeluszem, futerał zamknięto i zpowrotem wstawiono do szafy.
My nie zadawaliśmy sobie tyle trudu. Wzdłuż ścian całej kuchni, na środku, na krzesłach!
Do ustępów nikt nie chodził. Szkoda czasu.
Pamiątki!
Z tem zresztą nigdy nie zadawano sobie wiele trudów. Tak samo działo się w Kaliszu. Salony i gabinety zapełniano fekaljami. Gdzieś pod miastem żołnierze urządzili sobie latrynę w grobowcu.
We Francji było gorzej. Pisał do mnie kolega, że biwakują w kościele, a ustęp mają w podziemiach pod głównym ołtarzem. Trumny służyły im za oparcia.