„Saga grodu nad Prosną” powieścią o młodzieży

Książki o tematyce wojennej i okupacyjnej cieszą się ciągle dużym zainteresowaniem. Odbiorcami wielu z nich  są młodzi czytelnicy, pragnący poznać historię. Niewiele jednak książek tego typu pisanych jest z myślą o młodzieży. Nie jest bowiem prostą sprawą pokazanie czasów wojny w sposób, który nie przerażałby kilkunastoletniego czytelnika lub nie przekształcał jej w bohaterską przygodę, a jednocześnie rzetelnie oddał grozę i realizm tego okresu.

Ten warunek spełnił Janusz Teodor Dybowski  pisząc Sagę grodu nad Prosną. Jest to przede wszystkim powieść o młodzieży i dla młodzieży. Książka została oparta na dokumentach i relacjach osób, które wojnę przeżyły – jest więc w pewnym sensie dokumentem historycznym, tym bardziej że większość występujących w niej postaci istniało naprawdę i brały udział w większości opisywanych wydarzeń.

Nie jest dokumentem dosłownie, bo jak zauważamy  w przedmowie - pisarz powinien upiększać świat. Nawet gdy mamy do czynienia ze złotem, jest ono tylko pewnej próby, zawiera domieszkę mniej szlachetnych minerałów, które czynią je użytecznym, cóż więc tu mówić o tak kruchym materiale jak słowo. Aby uzyskało rumieniec życia, musi przejść przez życiodajny filtr inwencji pisarza, a najtrwalsze jest wtedy, gdy staje się legendą.[1]

Wydarzenia fikcyjne przeplatają się więc w powieści z autentycznymi tworząc z materiału dokumentalnego właściwą tkankę utworu. Była to zdaniem pisarza  słuszna droga dotarcia do czytelników.

Dybowski mówił – By poznać naturę ludzką, trzeba się przyjrzeć człowiekowi przeszłości. Powieść historyczną traktuję więc jako dzieło współczesne, napisane przez współczesnego człowieka. Poza tym jestem realistą i taki realistyczny typ pisarstwa jest mi niezwykle pomocny przy penetrowaniu przeszłości i ożywianiu jej w formie literackiej.[2]

Autor starał się w historii szukać także etycznych i wychowawczych wartości, które wzbogaciłyby współczesnego człowieka. Pisarz kierował się medyczną zasadą „primum non nocere” – przede wszystkim nie szkodzić, dlatego też był rozumiany przez młodzież i głownie ich uczynił swoimi odbiorcami.

Polacy od lat mają duży sentyment do powieści historycznych i przypisują im szczególną uwagę,  głównie ze względu na oryginalną  przeszłość i tradycje narodowe naszej ojczyzny.

Chcąc zainteresować czytelnika należy zatem ująć przeszłość w sposób ukazujący najważniejsze fakty nie zapominając o tym, że nie jest to encyklopedia tylko utwór literacki, którego celem jest kreowanie świata i poszerzanie wyobraźni czytelnika. 

Dużą wartością powieści Dybowskiego jest właśnie pokazanie czytelnikowi znanych wypadków dziejowych w zupełnie nowym ujęciu.

Szukał on w powieści historycznej nie suchych, nieznanych faktów, bo te każdy znajdzie w podręczniku czy encyklopedii, lecz sugestywnie przedstawionych obrazów epoki, a  przede wszystkim żywych ludzi, ich problemów, ich działania, wtedy dopiero historia nie jest wykładem, czy zbiorem wiadomości, a po prostu życiem.

Akcja powieści szybko wciąga, budzi zainteresowanie losami bohaterów i przybliża ich sylwetki. Dybowski jest doświadczonym autorem powieści historycznych, potrafi ukazać dawno minione fakty i wydarzenia tak, że stają się one tworzywem literackim dalekim od suchej relacji z przeszłości.

Widoczne było to i w poprzednich pracach, świadczących zresztą o szerokich zainteresowaniach autora i jego rozległej wiedzy historycznej. Sagę grodu nad Prosną dedykował Kaliszowi. Przedstawił okupacyjne dzieje miasta, jego mieszkańców, rodzący się ruch oporu przeciw najeźdźcom. Zdarzenia, które opisuje są mało znane i w skali całej drugiej wojny światowej zapewne marginesowe.

Działalność kaliskiego podziemia nie miała nigdy znaczenia strategicznego, ale z wielu powodów zasługuje na upamiętnienie. Kaliskim „Wallenrodom” przyszło działać w warunkach niejednokrotnie trudniejszych, niż miało to miejsce na innych ziemiach pod okupacją hitlerowską.

Zmuszeni do obrania taktyki mickiewiczowskiego bohatera nie ugięli się  pod tym ciężarem. Podpisując  volkslistę nie tyle ratowali własne życie, ile zdobywali możliwość walki z okupantem. Narażeni na opinię zdrajców narodu polskiego, walczyli i ginęli w jego obronie. Nosili często niemieckie nazwiska, ale byli Polakami i nigdy nie wyparli się swojej ojczyzny, chociaż hitlerowski sąd skazywał ich jako obywateli niemieckich i zdrajców Rzeszy.

Powieść obfituje w wiele dramatycznych momentów i wręcz sensacyjnych wątków, jak np. brawurowa akcja ratowania braci przez Nawrockiego, który w przebraniu hitlerowskiego dostojnika uwalnia ich z rąk gestapo.

Janusz Teodor Dybowski wskazując na drobne przykłady bohaterstwa młodych ludzi daje do zrozumienia, że takich młodocianych bohaterów było mnóstwo w całej ojczyźnie. To przede wszystkim dzięki nim hitlerowski okupant wiedział, że nie może czuć się bezpiecznie na naszych ziemiach.

Bez wątpienia liczną grupę młodzieży stanowili harcerze, których udział w walkach o wolność był znaczący.  Urodzeni i wychowani w niepodległym kraju, nauczeni miłości i szacunku do drugiego człowieka teraz musieli o tym zapomnieć. W czasie wojny rezygnowali z młodzieńczych marzeń i planów, zostali wrzuceni w brutalną dorosłość, gdzie nie ma miejsca na radość, miłość  i sumienie.

Saga grodu nad Prosną opisuje bohaterskich obrońców harcerskiego sztandaru, młodych chłopców, którzy spotykali się potajemnie  w czasie trwania godziny policyjnej m.in. w  kaliskim parku, gdzie Polacy nie mieli wstępu.

Przed wszystkimi ścieżkami, które tam prowadziły, znajdowały się tabliczki z napisem: „Park tylko dla Niemców. Polakom i Żydom wstęp wzbroniony pod surową karą”.

 

Pocztówka z laty okupacji - park

 Mimo strachu, że w każdej chwili mogą zostać schwytani w ulicznej łapance, narażali swoje życie w imię tego w co wierzyli:

 Sztandar nasz...- szepnął Edek do swojego towarzysza, gdy przysiedli na chwilę w kępie krzaków.

Jeszcze nie-odparł Zenek [...]

Najgorsze za nami – odetchnął z ulgą Ćwiek. Pieszczotliwie pogładził śliski atłas miękkiej materii, co paliła go dziwnym żarem, od którego  gorąco robiło się w sercu. –Sztandar nasz... – powtórzył radosnym głosem. – Nie będzie spalony przez tych przeklętych pludrów.

(s.59-60)

Fakt ten potwierdzają karty historii, gdzie znajdujemy bardziej szczegółowe informacje, dotyczące tego wydarzenia. Otóż w październiku 1939 roku członkowie Pierwszej Kaliskiej Wodnej Drużyny Skautów im.  K. Arciszewskiego - drużynowy Zenon Kurasiński, przyboczny Jerzy Ast, Marian Begier z narażaniem życia wynoszą z siedziby Komendy Hufca, mieszczącej się w tzw. Pałacu biskupim przy Pl. Konstytucji, sztandar Hufca Kaliskiego ufundowanego w 1937 roku przez Grono Harcerzy z Czasów Walk o Niepodległość na 25 lecie Harcerstwa Kaliskiego. 

Czynem tym ratują przed profanacją i zniszczeniem symbol Harcerstwa Kaliskiego. Przechowywany w ścisłej tajemnicy sztandar, wydobyto z ukrycia z chwilą wyzwolenia Polski spod okupacji hitlerowskiej.[3]

Harcerze kaliscy pomimo zagrożenia ze strony niemieckiego lotnictwa trwali na stanowiskach obserwacyjnych dzień i noc, zmieniając się co dwie godziny. Posterunki nocne patrolowały ze zdwojoną czujnością teren, a  także wraz z harcerkami  udzielali informacji i pomocy ludności, uchodzącej z obszarów objętych działaniami wojennymi.[4]

Dnia drugiego września 1939 roku Naczelnictwo ZHP wydało następujący rozkaz:

 

Harcerze! Obejmujcie służbę pogotowia harcerskiego. Każdy staje na wyznaczonym stanowisku. Macie zużyć te umiejętności, które zdobywaliście przez wiele lat harcerskiego życia i harcerskich ćwiczeń.

Gdy bracia wasi stają do służby żołnierskiej, wówczas wszyscy pozostali wytężą wszystkie siły, oby zastąpić ich i spełnić tę służbę którą dla Polski w tej chwili wypełnić trzeba.[...][5]

  

Opisując narodziny i działalność kaliskiego ruchu oporu, aż do tragicznego finału, Dybowski nie unika patosu. Nie brzmi on jednak w powieści fałszywie, nie razi, a raczej staje się środkiem artystycznym i niezbędnym elementem, podkreślającym realizm opowiadanych wydarzeń. Powieść nie ma bohatera jednostkowego. Poświęcona jest społeczeństwu miasta, które włączyło się w czynną walkę o wolność i polskość tej ziemi.

Godne uwagi jest na pewno dążenie no normalności w czasach, które z całą pewnością normalne nie były. Każdy z nich pragnął żyć tak jak kiedyś, normalnie, zwyczajnie...

Niektórym dzięki silnej woli to się udawało. Co z tego, że była wojna? Trzeba było jakoś żyć, nie myśląc o tym złu, które  na otacza.

Z Kaliszem przyszło związać swój los także młodemu Kanadyjczykowi Frankowi Pickersgillowi, który został zamordowany przez gestapo.

Młody Frank obrał sobie tuż przed wojną Warszawę, jako miejsce studiów uniwersyteckich. Wakacje 1939 roku spędził w Żydowie pod Kaliszem w domu państwa Frude. Został jednak odwołany przez swój konsulat z Polski w sierpniu 1939 roku. Nie opuścił jednak Europy i zaciągnął się do armii francuskiej.

Po Dunkierce  przechodzi do podziemia, udaje mu się zbiec z niewoli hitlerowskiej tuż przed dokonaniem egzekucji. Nie zraża się tym i nadal podejmuje walkę z hitlerowskim okupantem. Przedziera się w mundurze rzekomego oficera „belgijskich” wojsk satelickich Degrelle’a[6] do Polski i tutaj nawiązuje łączność z naszą partyzantką.

Zostaje aresztowany ponownie i osadzony w Rawiczu skąd nie udało się go odbić naszym partyzantom. Postrzelony w czasie ucieczki, zostaje powieszony w obozie koncentracyjnym. Ten młody człowiek jest więc bohaterem trzech narodów: Kanady, Francji i Polski, żywym symbolem  prawdziwego braterstwa ludów, za które oddał swoje życie.    

Trudno wyróżniać poszczególne postaci Sagi..., gdyż każdy przestawiony w powieści miał swoje zasługi, choć na pierwszy plan wysuwa się na pewno Henryk Frude (Fulde), który broniąc się przed przymusowym wcieleniem do Wermachtu – obciął sobie palce u ręki oraz Elwira Fedeger (Fibiger), córka Gustawa i Wandy z domu Fulde - z rodziny przemysłowców, producentów fortepianów i pianin „Calisia”. Uznanie jednak  należy się wszystkim tym,  którzy „płacili krwią za swoje przekonania”[7]

Stanisław Iwankiewicz[8] - kolega powieściowego Henryka z czasów liceum, po wielu latach pisał:

Heniek zwierzył mi się "mam duże zmartwienie, rodzice podpisali Volkslistę - dostali 50%. Jest nacisk, nie tyle ze strony rodziców, co władz, bym ja też listę podpisał. A przecież nie czuję się hitlerowcem. Nie mogę mieć nic wspólnego z tymi zbrodniarzami.

Nie pytał mnie, co ja na to, ale wyczuwałem, że chce bym mu udzielił jakiejś rady, pocieszył go w jego zmartwieniu.

Powiedziałem: "Heniu, uważam że listę możesz podpisać, jeśli chcesz zostać na miejscu, ale bądź człowiekiem. Jako Volksdeutsch[9] też możesz się przydać i wiele dobrego zrobić", Heniek to stanowisko zaakceptował i miał gotową odpowiedź: Listę podpiszę, ale do Wehrmachtu nie pójdę. Obetnę sobie "łapę" - jak mnie tutaj widzisz.

Nie sądziłem, że już wkrótce spełni tę groźbę. Ze spaceru wracał Heniek już spokojny, widocznie moje stanowisko w tej sprawie było dla niego pocieszeniem.

 Minęło kilka tygodni. W niedzielę, po mszy u kanoników, spotkałem Tadka Pyzika i on zaraz na wstępie powiedział sensacyjną dla społeczności kaliskiej wiadomość, że młody pan Fulde rąbiąc drzewo tak nieszczęśliwie uderzył siekierą, że odciął sobie cztery palce lewej ręki. Tadek wiedział to od Jurka Dreszera, inżyniera, z którym pracował w biurze firmy budowlanej. Jurek Dreszer był kuzynem Heńka.

Było dochodzenie Gestapo w tej sprawie, ale państwu Fulde udało się sprawę zatuszować, choć ich to sporo zdrowia i pieniędzy kosztowało.

 Chyba w dwa miesiące potem byłem w Żydowie. Heniek był spokojny i głowę nosił wysoko. Nie każdego było stać na takie dotrzymanie słowa. Mówił, że trzeba byśmy trzymali się razem, że na niego można liczyć.

Wracając do Jurka Dreszera, który też podpisał Volkslistę, ale aby nie pójść do wojska odchudzał się pod okiem lekarza tak skutecznie, że wkrótce ważył nieco ponad 40 kg, tyle samo, co "muzułmanie" z hitlerowskich obozów śmierci. Na komisji lekarskiej został słusznie zdyskwalifikowany. Przecież silne wiatry wiejące w Rosji mogłyby go wraz z rynsztunkiem przewiać na bolszewicką stronę...

Wprawdzie Heniek i Jurek zostali od służby wojskowej zwolnieni, ale w Gestapo siedzieli "niedowiarkowie" i na wszelki wypadek "dali krechę" obydwóm (jak to potem wykazał przewód sądowy niemiecki w ich sprawie).

 W czasie jednej z kolejnych narad, do których byłem dopuszczony jakiś tajemniczy facet powiedział, że Gestapo nic nie ma do początkujących konspiratorów, że on sprawdzał kartoteki i może potwierdzić, że ich konta są czyste. Gdy Heniek i Jurek zostali tylko ze mną powiedziałem, nie przypuszczając że mówię trafnie i prorocze słowa: "Jeśli wierzycie temu facetowi, że mówi prawdę, to trzeba wziąć pod uwagę, że mogą być podwójne kartoteki. Jedne czyste na użytek takich właśnie informatorów, a drugie zapełnione informacjami w innym miejscu, może nawet w innym mieście". Przyszłość miała pokazać, że moja uwaga była trafna. Kartoteki całej organizacji kaliskiej, która wpadła w jesieni 43 roku, obejmowała dużą liczbę Volksdeutschów, głównie właścicieli ziemskich znajdowała się w Ostrowie Wielkopolskim, a w Kaliszu były czyste kartoteki mylące informatorów.[10]

 

Henryk Fulde (1920-1945)

 

Elwira Fedeger (Fibiger) we wrześniu 1939 roku przebywała z matką i siostrą Wandą w Warszawie. Jako siostra PCK pielęgnowała rannych, a po powrocie do Kalisza  działała w konspiracji, w placówce wywiadowczej w Winiarach kryptonim „Podlesie”. Na polecenie swego dowództwa wykorzystywała wobec okupanta niemieckie pochodzenie rodziny, co umożliwiło jej wykonanie wielu poważnych zadań. Po „wsypie” placówki została aresztowana na początku marca 1944 roku i więziona w kaliskim więzieniu, gdzie była godzinami bita i poniżana w śledztwie. Została skazana na karę śmierci przez Volksgerichthof[11] z Berlina na sesji wyjazdowej w Kaliszu 6 - 9 grudnia 1944 roku,  a potem rozstrzelana w grupie kilkunastu skazańców na osobisty rozkaz gauleitera Greisera z Poznania.[12]

Tak więc pozbawieni marzeń i złudzeń, młodości i miłości, ograbieni z wiary w niewzruszony ład moralny świata, szli ci ludzie na pewną śmierć pełni wątpliwości, jak osądzą ich ci, którzy przyjdą po nich. Znakomicie to wyrażają słowa Krzysztofa Kamila Baczyńskiego:

 

...nie wiedząc, czy my karty iliady

rzeźbione ogniem w błyszczącym złocie,

czy nam postawią z litości chociaż,

nad grobem krzyż.[13]

Niestety słowa te okazały się słuszne, gdyż do dnia dzisiejszego  wielu z nich zostało zapomnianych. Co więcej - pokolenie młodych ludzi walczących o wolną Polskę zostało bezlitośnie osądzone przez ideologów PRL-u i jeszcze do dziś nie doczekało się pełnej rehabilitacji. Może dlatego Krzysztof Kamil Baczyński w „Elegii o... (chłopcu polskim)”, wiedziony trafną intuicją, jedyną powierniczką dylematów swego pokolenia uczynił  matkę opłakującą śmierć swego syna. A jak jest dzisiaj?

Co się dzieje z pamięcią o młodych śmiałkach z tego okresu?  Skąd ta obojętność współczesnej recepcji? Skąd ta dziwna ignorancja? Czemu utwory o tematyce wojennej nie wzbudzają - jak dawniej - emocji?

Poeta Jarosław Klejnocki[14] zastanawia się - czyżby rację mieli ci, którzy wieszczyli, że w przedłużającym się czasie normalności do lamusa odesłani zostaną pisarze, których sztuka wyradza się z ekstremalnej traumy? Bo dziś twórczość o tej tematyce jawi się jej nastoletnim czytelnikom bardziej jako - nieco abstrakcyjny - pomnik dawnych dziejów. Bo - na szczęście - współczesne doświadczenie ludzi młodych pozbawione jest dramatyzmu, choćby minimalnie przypominającego tamte czasy...[15]

 Więc z jednej strony - to dobrze. Z drugiej pojawia się - nieukojony żal. Bo pamięć tych tragicznych dni nie jest mi, mimo szczęśliwego, późnego urodzenia, całkiem obca.

Dzisiejsi ludzie, zwłaszcza młodzi mają pełne prawo, by nic z tego wszystkiego nie rozumieć, gdyż należą do zupełnie innego świata. Między duchowymi doświadczeniami pokoleń zdaje się wyrastać jakaś nieprzekraczalna bariera. Także Dybowski opisujący lata wojny może jawić się tu jako kość niezgody (nieporozumienia?, niezrozumienia?). Więc oto pytanie: czy młodzi bohaterowie, którzy szybko przemknęli przez swoje życie niczym pocisk, to dziś jedynie echo przeszłości?

 


[1] Janusz Teodor Dybowski, Saga grodu nad Prosną, Warszawa 1975, s. 5

;[2] Józef Szczawiński, Przemieniać rzeczy martwe w świat wartości żywych, „Słowo Powszechne”  nr 195, 14.VIII.1969; 

[3]   Jan Maciejewski, Pogotowie wojenne Harcerstwa Kaliskiego 1939, Kalisz 1989, s. 2,

[4]   Jan Maciejewski, 50 rocznica najazdu hitlerowskiego na Polskę. Losy wojenne i lista strat Harcerstwa   

      Kaliskiego 1939- 1945, Kalisz 1989, s. 10-11;

[5]   Jan Maciejewski, Z dziejów Harcerstwa Kaliskiego (1911/12 –1939), Kalisz 1998,  s. 142-143;

[6] Leon Degrelle, generał, pisarz polityczny, główny ideolog i przywódca katolickiego ruchu Christus Rex w Belgii, w czasie II wojny światowej dowódca ochotników walońskich biorących udział w walce z bolszewizmem na Froncie Wschodnim. Po wojnie przebywał na przymusowej emigracji w Hiszpanii.

[7] Paweł Zaborowski, By pozostała pamięć...,  „Nowe Książki” nr 18, 30.09.1976

8] Stanisław Iwankiewicz - prof. zw. dr med. hab. dr med. h.c. urodził się 24 listopada 1920 r. w Kaliszu. W 1937 r. otrzymał „małą maturę” w Gimnazjum Humanistycznym im. Adama Asnyka w Kaliszu, a w 1939 r. maturę po ukończeniu Liceum Humanistycznego im. Tadeusza Kościuszki w Kaliszu. Będąc uczniem gimnazjum należał do Związku Harcerstwa Polskiego. Po odbyciu służby pracy w Junackich Hufcach Pracy, 20 sierpnia 1939 r. rozpoczął służbę wojskową w Szkole Podchorążych Sanitarnych Zawodowych w Warszawie (po zdaniu egzaminu konkursowego). W Wojnie Obronnej w 1939 r. brał udział wraz z 104 Szpitalem Polowym. 18 września został internowany przez Armię Czerwoną, następnego dnia udało mu się szczęśliwie zbiec z transportu kolejowego. W czasie okupacji pracował najpierw jako drwal w Nadleśnictwie Boglewice koło Grójca (od stycznia do sierpnia 1940r.), w tym czasie był współorganizatorem grupy konspiracyjnej ZWZ-AK „OSINIACY”, a następnie w kilku firmach budowlanych w Kaliszu i koło Kalisza (E. Mayer, H.C.E. Eggers, E. Schingnitz). W marcu 1944 r. uciekł z Kalisza do Warszawy przed grożącym mu aresztowaniem. Po przybyciu do Warszawy dostał Kennkartę na nazwisko Stanisław Kowalski. Nazwiska tego używał do powrotu z niewoli w 1945r.  W powstaniu brał udział w zgrupowaniu „Krybar”, a następnie „Sławbor” (jako żołnierz plutonu łączności Armii Krajowej ps. „Jacek”). Po powstaniu zgłosił się do szefa Służby Zdrowia KG AK płk. dr Leona Strehla, który powierzył mu szefostwo kancelarii organizującego się szpitala, z którym pojechał do obozu jenieckiego w Zeithain koło Drezna. 23 kwietnia 1945 r. obóz został uwolniony.  W październiku 1945 r. zapisał się na Wydział Lekarski we Wrocławiu. Dyplom lekarza uzyskał 25 kwietnia 1951 r.;

[9] Volksdeutsche - określenie obywateli państw okupowanych przez Niemcy w latach 1939-1945, nie będących obywatelami niemieckimi ani austriackimi czy szwajcarskimi, których wpisano na niemiecką listę narodową (Deutsche Volksliste) na podstawie kryteriów rasowych, narodowych lub językowych.
Podobna segregacja została dokonana również na ziemiach polskich okupowanych przez nazistów, na podstawie rozporządzenia Ministerstwa Spraw Wewnętrznych III Rzeszy z 4 marca 1941. Volksdeutsche zostali podzieleni na 4 grupy: I - do której zaliczono osoby czynnie walczące o niemieckość przed 1939, II - w skład której weszły osoby nieaktywne w walce o niemieckość, ale stale uważające się za Niemców, III - obejmującą spolonizowane osoby pochodzenia niemieckiego lub osoby z małżeństw mieszanych, a także Ślązaków, Mazurów i Kaszubów, IV - grupującą osoby zaliczone do Volksdeutschów przez władze niemieckie, lecz całkowicie spolonizowane. Osoby należące do I i II grupy uzyskiwały niemieckie obywatelstwo, osobom z III i IV grupy przyznawano stałą lub tymczasową niemiecką przynależność państwową. Trzy pierwsze grupy zobowiązane były do służby wojskowej (członkowie III grupy nie mogli być przełożonymi). Ogółem w I i II grupie znalazło się 780 tys. Polaków, w dwu następnych 2,5 mln. W Generalnym Gubernatorstwie na Volksliste wpisała się pewna liczba Polaków, osoby takie starały się o obywatelstwo dobrowolnie i otrzymywały je indywidualnie. Ustanowiono ponadto odrębną kategorię (Deutschstämmige) obejmującą potomków kolonistów niemieckich. Po wojnie władze polskie stopniowo rehabilitowały Volksdeutschów, proces ten zakończono w 1950 roku;

 [10] www.asnyk.kalisz.pl/ProMemoria/HFulde.htm;

[11] Volksgerichthof – Sąd Ludowy,

[12] www.info.kalisz.pl/historia/kaliszanki.htm;

[13] Krzysztof Kamil Baczyński Kiedy się miłość śmiercią stała – wybór wierszy, Warszawa 2004,

[14] Jarosław Klejnocki (ur. 1963) - poeta, krytyk literacki, felietonista Gazety Wyborczej. Pracuje w instytucie filologii polskiej UW. Autor pięciu tomów wierszy, dwóch zbiorów esejów oraz współautor (z Jerzym Sosnowskim) Chwilowego zawieszenia broni - pierwszej monografii pokolenia brulionu. Przygotowuje do druku monografię poezji Adama Zagajewskiego;

[15]  Jarosław Klejnocki, Brylantowy pocisk,  „Nowe Państwo” nr 25, czerwiec 2001;