Emigracja przesiana (o poezji Jana Winczakiewicza)

Wiersze przesiane Jana Winczakiewicza, które w 1992 roku opublikowało Wydawnictwo Ziemia Kaliska, ukazują się niemal dokładnie pół wieku po książkowym debiucie emigracyjnego poety. Jest to zatem czas artystycznych obrachunków, czas szczególnej, choć - miejmy nadzieję - nie ostatniej przecież, sumy lirycznej. Jan Winczakiewicz bez wątpienia zasłużył sobie na tę chwilę, zapracował na nią swoją twórczością na obczyźnie. To zaś, że chwila ta trwa dziś w jego kraju rodzinnym, ba, więcej, że rozpoczyna swe trwanie w mieście jego gimnazjalnej młodości, czyni ją chyba tym piękniejszą.

Biograficzną księgę Winczakiewicza otwiera kieleckie dzieciństwo i kaliskie dojrzewanie, przypieczętowane maturą w Gimnazjum imienia Adama Asnyka w Kaliszu. Rok po niej przychodzi egzamin znacznie trudniejszy - wojna. Osiemnastoletni mężczyzna bierze udział w kampanii wrześniowej, trafia do niewoli, ucieka z niej, przez Holandię i Belgię przedostając się do Francji. Wstępuje na Uniwersytet w Grenoble, uzyskuje dyplom Wyższych Nauk Języka i Literatury Francuskiej, ogłasza pierwszy tomik (Pieśń o wrześniu, Grenoble 1941) i ... zaciąga się do Polskiej Dywizji Pancernej generała Maczka, w szeregach której walczy w Normandii. Za męstwo w bitwie pod Falaise otrzymuje Krzyż Walecznych oraz Order Virtuti Militari.

Po wojnie Winczakiewicz osiada w Paryżu. Lata 1945-1946 przynoszą prawdziwą eksplozję jego literackich talentów, a Paryż okazuje się szczęśliwym miejscem wydawniczym. Tutaj poeta ogłasza napisane w czasie wojny Akwarele, tu ukazują się dwie edycje Ballad wojennych, tu wychodzi wierszowana bajka O królewnie Konwalijce i dzielnym pierwiosnku oraz fantazja dramatyczna Śmiały. Także w Paryżu Winczakiewicz publikuje nowy zbiorek liryczny W mroku, jak również antologię fraszki Humor polski. Zaiste, są to lata świetne. Dodajmy jeszce, że w 1945 pojawia się - oczywista też w Paryżu - słynna i miarodajna Antologia poezji polskiej 1939-1945 w opracowaniu Stanisława Lama, w której poeta jest obecny, że w 1946 roku podejmuje pracę - co nie bez znaczenia, jak wiemy, sądząc po perypetiach zarobkowych innych emigrantów - we francuskim radiu.

Wraz z sukcesami przychodzą jednak i porażki. W połowie 1946 Marian Czuchnowski publikuje ostry artykuł o literaturze emigracyjnej, w którym Winczakiewicz dość bezpardonowo zostaje postawiony na cenzurowanym. Czuchnowski, skarżąc się na artystyczny zastój w polskim środowisku literackim poza granicami kraju, oszczędza właściwie tylko Brzękowskiego i Łobodowskiego, przypinając Winczakiewiczowi i Rostworowskiemu łaty eklektyków, zawieszonych między Skamandrem a Awangardą, i gubiących się w imitacjach.

Trudno powiedzieć, czy sąd ów - nieprzychylny, ale przecież umieszczający poetę, mimo wszystko, w wysokim planie polskiej literatury emigracyjnej - zaważył na tym, że Jan Winczakiewicz przez kilka lat nie wydawał w ogóle książek, rozpraszając swoje utwory po licznych obczyźnianych czasopismach. Zwartym głosem odezwał się dopiero w 1952 roku. Myślę tu o znakomitym tomie tłumaczeń Federico Garcii Lorki Wiersze, który został ogłoszony już na angielskim gruncie, jako jedna z pierwszych pozycji Oficyny Poetów i Malarzy, i dla hispanologów należy po dziś dzień do podręcznikowego kanonu przekładów Lorki (nawiasem mówiąc wcale nie gorsze miejsce zajmują w tej materii Winczakiewiczowskie tłumaczenia dramatów Lorki: Krwawego wesela i zwłaszcza Domu Bernardy Alba). Potem było jeszcze lepiej i jeszcze głośniej, a to za sprawą “inteligentnej i przejrzystej” - jak się wyraził Kazimierz Wierzyński - antologii Izrael w poezji polskiej, opracowanej przez Winczakiewicza i wydanej w 1958 roku w Paryżu.

Nastały znów lata tłuste. W 1958 Winczakiewicz nawiązał współpracę z warszawskim dwutygodnikiem “Teatr”, w którym pod pseudonimem Cezary Lutecki publikował przez dziesięć lat teksty krytyczne. Od 1959 roku zaczął też regularnie odwiedzać Polskę. Lata sześćdziesiąte sypnęły jego książkami i nagrodami. W 1963 ogłosił antologię poezji hiszpańskiej XX wieku Andaluzja i Kastylia, dwa lata później gatunkowy zbiór przekładów z hiszpańskiego Sonety, a w międzyczasie tomik własnej poezji Czarne wino - wszystko w Oficynie Poetów i Malarzy. Okres ten znaczy również kalendarium nagród artysty, przyznanych mu przez Fundację imienia Kościelskich w Genewie oraz londyńskie “Wiadomości”.

W następnej dekadzie świętował kolejne wydania swojego słynnego przewodnika Polak zwiedza Paryż, który uhonorowany został Medalem Brązowym Miasta Paryża i doczekał się w sumie aż czterech edycji. Sukcesom literackim wtórowały świetne osiągnięcia malarskie, przypieczętowane - tym razem na niwie włoskiej, a ściślej rzymskiej - Wielką Nagrodą Wiecznego Miasta.

W latach osiemdziesiątych Winczakiewicz ogłosił drukiem frapujące Przypowieści bluźniercze (1985) oraz arcyzgrabną Operę dwudziestego wieku (1988), która - niezasłużenie moim zdaniem - czeka wciąż na swoją prapremierę teatralną. W owym dziesięcioleciu poeta otrzymał nagrodę Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie “za całokształt twórczości”. Przemówił również własnymi tekstami w Polsce - już nie pod pseudonimem - w antologii Stanisława Kaszyńskiego Strofy o Janie Lechoniu, a także w poświęconym “emigrantom” numerze “Poezji”. Tak oto dochodzimy do najnowszej dekady i do Wierszy przesianych:

W Sorrento
widokówki ładniejsze od widoków.
Masaccia
z albumów smakuj, nie w kościele.
Pianissimo - tylko z płyt.
Aż sam się staniesz reprodukcją
i będziesz szlochał z fotografii,
krzyczał gardłem magnetofonu,
uciekał w kadrze ekranu,
równie piękny,
jak zbrodnia w teatrze Racine'a,
jak oczy Laury,
której nikt nie widział,
jak śmierć don Kiszota,
który nigdy nie żył.

(Naturalnej wielkości)

- pisze Jan Winczakiewicz, i jest to chyba jeden z fundamentalnych problemów, stawianych w jego liryce. Sztuka i życie, zmyślenie i rzeczywistość, artystyczne wyobrażenie i realne odniesienie. Nie pytając wprost, poeta zadaje tu pytanie, które od wieków nurtuje twórców. Pytanie o moralną podszewkę literatury, muzyki, plastyki. O to, gdzie są granice ludzkiego zachwytu nad fikcją, nad zwodniczą iluzją, nad urzekającą i jakże sugestywną “prawdziwą nieprawdą”? Słowem, o byty konkretne, realne, materialne i o te stworzone w przestrzeni artystycznej kreacji. A przede wszystkim, o ich wzajemną hierarchię.

Nie ma tu prostych i jednoznacznych odpowiedzi. Winczakiewicz wie to doskonale i dlatego nie usuwa ze swojego tekstu rozdzierającej sprzeczności pomiędzy pięknem a prawdą. Co więcej, pogłębia ją jeszcze zjadliwą ironią, wpisując w plan zachwytu “zbrodnię z teatru Racine’a”. Albowiem rozwiązanie tego dylematu jest delikatną sprawą konwencji, umowy epoki. Petrarkowska Laura i Don Kiszot Cervantesa nigdy nie istnieli realnie, być może nawet nigdy nie mieli bliższych lub dalszych pierwowzorów. Renesans nie troszczył się o autobiograficzne uwiarygodnienia, w przeciwieństwie np. do literatury rzymskiego antyku. Ale czy fakt, że nie było Lidii Kochanowskiego, była zaś Lidia Katullusa, ma dla nas w ogóle jakiekolwiek znaczenie?

Nie, Winczakiewicz nie pyta o minione konwencje, on pyta o współczesną umowę obcowania ze sztuką i jej fantomami:

Uszczypnij się.
Skoro ONA w Paryżach, na Riwierach
śpi, siada, kaszle, chodzi do przymiarki,
goli się pod pachami, czyta horoskopy,
to czy można sobie wyobrazić,
że wy,
dziewczyny z Gerony, Łęczycy,
z Limoges, Olten, Bradford
istniejecie także?
Nie.
Was w ogóle nie ma.

(Sophia Loren)

Z tych pytań, zadawanych niejednokrotnie z bardzo trafną obcesowością, wypływają zagadnienia daleko subtelniejszej miary: kwestie fantazji i dyscypliny, oryginalności i stosowności, nowatorstwa i akademizmu lirycznych przedstawień. Jest to chyba najlepiej widoczne w cyklach hiszpańskich, gdzie te warsztatowe rozterki tętnią wręcz pod naskórkiem tekstów. Zupełnie jakby Winczakiewicz przenosił ducha, a czasem i literę kastylijsko-andaluzyjskich rozmyślań nad kształtem poezji pierwszej połowy XX wieku. Z pewnością lepiej i ostrzej mogliby to dostrzec zawodowi iberyści, ponieważ czytelnik nie oswojony z tą kulturą łatwo zatrzymuje odbiór na powierzchniowym odczuciu egzotyki “znad mórz południowych”.

Podobnie jest zresztą i z tematami Winczakiewiczowskiej liryki. Patrzymy np. na ukazaną w niej erotykę przez “kilometry gorącego powietrza”, rejestrując najczęściej zewnętrzne znamiona tego świata, jego rekwizyty (gitary, kastaniety, kwiaty i owoce), wątki (uwiedzenie, taniec, wróżba), postaci (Don Juan, Salome, Carmen). Umyka nam to, co zakryte kostiumem tkanka intymna, prywatna, osobista, egocentryczna. Jej dramaty z rzadka przezierają przez tę malowaną szybę zmysłowych impresji i kulturowych przypomnień. Nie tak, jak w ascetycznym, przypominającym powściągliwość japońskich haiku, wierszu Rzeka, który należy do zupełnych wyjątków:

Prosiłem: rzeko, stań!
Pobiegła dalej.
Błagałem: chwilo stań!
Pobiegła dalej.

Tobie
nic nie powiedziałem.

Nie zdążyłem.

Pewnego typu kostium obowiązuje także w utworach poety o tematyce religijnej. Malarstwo, architektura, rzeźba ludowa stanowią filtr, poprzez który spogląda się na sacrum. Płótna El Greca i freski Masaccia, katedry i bazyliki francuskie, żydowskie synagogi, greckie gaje, frygijskie posągi, polskie szopki i świątki są tutaj strojnym konfesjonałem wyznań. A może nawet pytań raczej niż wyznań. Ale też nie wygląda to tak, iż parafrazując język romantycznych sporów - “w tych kościołach Boga nie ma”. Przeciwnie, On jest. Bez monopolów na wyłączność i bez ortodoksyjnych przymusów. Bóg wielu wiar i wielu kultur, których, jak mądrze i oby proroczo mówi Winczakiewicz, “nienawiść nigdy nie zdoła rozedrzeć”.

Ogląd Wierszy przesianych Jana Winczakiewicza nie byłby pełny, gdyby wyłączyć z niego problematykę polskości. Zarówno tę historyczną od daremnych powstań i hoteli Lambert, jak i tę emocjonalną od tęsknoty za brzozą i nieudanych powrotów do kraju. Winczakiewicz bywa cierpki, kiedy przychodzi mu potrącać takie tony, nie stroni od autoironii:

“Opowiedz bajkę” - mała Hania każe.
Więc położyłem rękę na jej główce -
“Znam tylko jedną: o królu Dolarze
i biednej sierotce Złotówce”.

- pisze w Wycieczce do Polski, a w tekście Emigrant stwierdza z sarkazmem:

W nocy
nie chce mu się przyśnić
ani rewizja,
ani cela więzienna.

Ta poezja naprawdę może się podobać. Zebrana i “przesiana” przez Wydawnictwo Ziemia Kaliska uderza inteligencją, dowcipem i literacką kulturą. Pokazuje również ogromny temperament zmysłowy, wrażliwość na cały bukiet bodźców sensualnych. Prawda, nie zawsze jest nowoczesna, ale jej stosunek do form tradycyjnych wydaje się przesiąknięty świadomością, że w końcu “wszystko już było”, i w gruncie rzeczy nic się tak szybko nie starzeje jak nowoczesność. Zaraz, zaraz: Winczakiewicz postmodernistyczny?