Metakrytyka trójgłowego eseju (o książkach Marii Janion, Ryszarda K. Przybylskiego i Stanisława Barańczaka)

Projekt krytyki fantazmatycznej Marii Janion ukazał się w 1991 roku w serii Biblioteki Tekstów wydawnictwa PEN:


Tematem tej książki jest wyobraźnia oraz jeden z jej najbardziej zdumiewających wytworów - fantazmat. Pełne uświadomienie ich natury zawdzięczamy romantykom i Freudowi. To dzięki nim odsłoniła się podwójność rzeczywistości, w której przebywamy jednocześnie - jakby w mieszkaniach o przechodnich pokojach. Swobodne poruszanie się w tych obydwu rzeczywistościach - ludzi i duchów, jawy i snu, zwyczajności i marzenia - jest warunkiem równowagi naszego istnienia.


- oto lapidarna autorecenzja Projektu Marii Janion, otwierająca książkę i pomieszczona na rewersie jej okładki. Fantazmat i opinający go splot myślowych pokrewieństw czy powinowactw - fantazja, fantasmagoria, marzenie, urojenie, imaginacja, wyobraźnia - stanowią zaiste jeden z głównych wątków rozważań, więcej, są gniazdem leksykalnym tego dzieła, rusztowaniem pracy badawczej, jaka w nim została wykonana. Traktuje o tym przede wszystkim tytułowy rozdział książki, aczkolwiek glossy i egzemplifikacje przewijają się niemal na każdej karcie.

Autorka kreśli swój projekt z wielką pasją, ale i z kalkulowaną metodycznością. Precyzyjne osadzenia terminologiczne poruszanych zagadnień, syntezy słownikowych przesunięć i zmian otwierają przestrzeń naukowych poszukiwań również dla czytelników słabiej wtajemniczonych. Krystaliczną przejrzystość osiąga wykład historii fantazmatu, z jego romantycznym prologiem - nazywanym Pierwszym Wyzwoleniem Wyobraźni - i Freudowskim rozwinięciem z konsekwencjami dla literatury pięknej obu połowin XX wieku.

A są to konsekwencje nadzwyczaj daleko idące. Dotyczą bowiem - jak dowodzi badaczka - nie tylko tradycyjnie łączonych z freudyzmem powieści surrealistycznych i psychologicznych, lecz także - przywołując formułę Milana Kundery - prawdziwej powieści środkowoeuropejskiej, w książkach Brocha, Gombrowicza, Haška, Kafki, Musila. Temu ostatniemu Maria Janion poświęca osobne studium, znane czytelnikowi piątego tomu stworzonych przez nią i współredagowanych Transgresji. Tu jednak szkic ów, zorientowany głównie na Niepokoje wychowanka Törlessa, nabiera nowych właściwości. Biorąc za przykład erotyzm u Musila: w książce Dzieci przykuwają uwagę spostrzeżenia na temat jego transgresyjnej natury, umożliwiającej - według słów pisarza - przeżycie granicy, przekroczenie jej i - to już Maria Janion - przejście na drugą stronę bytu; w omawianym Projekcie ta sama analiza opalizuje innym światłem, odbiorca wychwytuje w niej refleksy fantazmatyczne, obraz doświadczenia wyobraźniowego nagości - jak powiedziałby R. D. Laing, ujęcie - jak mówi sama autorka - odarcia jako wyzwolenia. Z odmiennym natężeniem wybrzmiewa też w obu tych różnych kontekstach książkowych znakomity wywód o pokazanych przez Musila związkach seksualności z duchowością: w pierwszym przypadku wzmocniony jakby tonem więcej Buberowskim, w drugim wspomagany raczej przez dzieło Freuda. Takie są oto paradoksy tekstualnego sąsiedztwa, które tożsamy materiał potrafi oświetlić czy uwypuklić. Doprawdy, warto je odkryć przy okazji tak wielowarstwowej intelektualnie propozycji.

Podobnie rzecz się ma w wielu innych miejscach owej książki. Ponawiane przez autorkę niezliczoną liczbę razy w jej ogromnym dorobku pytania o polskość, o romantyczność, znajdują tutaj w oryginalnie skonstruowanym spiętrzeniu nowe i nowatorskie odpowiedzi. Zwłaszcza cykl problematów “polskich, arcypolskich”, roztrząsanych w perspektywie emigracyjnej (Conrad), zesłańczej (Czapski) i, by tak rzec, cudzonarodowo-przesiedleńczej (Grass) uderza zarówno swoją analityczną przenikliwością, jak i syntetyczną kompletnością. Jest to bowiem skończony traktat o czymś, co można by nazwać “polskim kichotyzmem”. Należy go tu rozumieć jako rodzaj honoru tak skrajnie pryncypialnego, że omal wzbudzającego konsternację. Honoru, który objawia się w sytuacjach granicznych dla egzystencji Polski i Polaków, i który obowiązuje, niestety, na dobrą sprawę tylko w tych momentach. To on każe Conradowi potępić literacki model powstańczego immoralizmu i jego - incydentalne wszakże - urzeczywistnienie w zamachu Berezowskiego na cara; to on “przeaniela” starobielskich zesłańców, współtowarzyszy więziennych poniżeń i samoupodleń, które zapamięta “Proust Gułagu”, czyli Czapski; to on wreszcie wywołuje mieszane uczucia podziwu i politowania, jakim obdarza kawalerię spod Kutna i obrońców Poczty Polskiej Grass-poeta, Grass-prozaik, Grass-eseista. Tak wygląda fantazmat honoru urealniony w przestrzeni fantazmatu ojczyzny.

Innego rodzaju tryptyk, zestawiony i skonfrontowany w ramach jednego rozdziału, odsłania Maria Janion w analizie trzech dramatów o rewolucji - Nie-boskiej komedii Krasińskiego, Szewców Witkiewicza i Operetki Gombrowicza. W zakończeniu tego szkicu pisze autorka:


Witkiewicz okazał się najbardziej bezwzględny. Nie ma u niego żadnej możliwej utopii odnowienia: ani Historii przez Apokalipsę, ani Młodości przez Naturę. Cykliczne dzieje kończą się ostatecznie i raz na zawsze. Ani linia, ani spirala; ani dialektyka, ani transgresja. Po prostu koniec. “To nie złudzenie - to fakt”.


Witkacy był ortodoksyjnym deziluzjonistą rewolucji rosyjskiej, uważał ją za eksperymentalny szwindel na wielką skalę, za projekt - bynajmniej nie fantazmatyczny - unicestwienia kosmosu indywiduów. Esej Marii Janion z pełną jaskrawością wydobywa to stanowisko. Tekst badaczki powstał w 1989 roku i dzisiaj - w kontekście sytuacji na Wschodzie i na Bałkanach - domaga się ponownej lektury. Albowiem stawia między wierszami fundamentalne pytania o możliwość uporządkowania świata wywróconego na opak, o drogę wyjścia z delirycznej rzeczywistości porewolucyjnej, postkomunistycznej. Witkacy nie przewidział, że projekt brodatych filozofów zostanie w pół wieku po jego śmierci zdjęty z deski kreślarskiej. Wiedział jednak doskonale, że raz wdrożoną dogmatykę trudno jest wymazać z mentalności ludzkiej.

Na szczęście, romantyzm uczy nas marzyć, a w marzeniu zmienić się mogą najfatalniejsze nawet współrzędne egzystencji. Marzący bowiem - jak głosi tytuł jednej z najobszerniejszych partii Projektu krytyki fantazmatycznej - “jest tam, gdzie go nie ma, a nie ma go tu, gdzie jest”. Kiedy życie staje się “nie do życia”, ucieka w urojone “gdzie indziej”. Maria Janion kreśli kilka bardzo subtelnych portretów takich marzycieli: portret E. T. A. Hoffmanna z wazą niebiesko płonącego ponczu w tle, portret Zygmunta Krasińskiego nad kartką listowego papieru, wreszcie, zbiorowy portret polskiego mesjanizmu. Owego frapującego poliptyku marzycieli i marzycielstwa strzegą w szkicu autorki strażnicy wyobraźniowej ironii - Flaubert z tworzoną przez niego wizją literacką i ...car Aleksander II z kreowaną przezeń jawą rzeczywistości. Piosenka żebraka z Pani Bovary oraz słynne carskie “point de reveries”, to dwa punkty dojścia romantycznej egzystencji w marzeniu. “Koniec marzeń” jest poniekąd również wyrokiem dla dziewiętnastowiecznych prób sformułowania mitologii słowiańskiej, o których w szerszym kontekście skaldycznym pisze badaczka. Paradoksalnie, przed taki wyrokiem broni się fantazmatyka ludowa i literacka Białorusi. Ale tu przecież wyobraźnia prześladuje koszmarem, zamiast od niego uwalniać, i jej tryumf np. w Malowanym ptaku Kosińskiego nie jest żadnym ozdrowieniem, ale wręcz gwoździem do trumny tzw. pięknego marzenia.

Romantyzm odżywa jednak i pięknieje pod piórem i przed kamerą, które prowadzą dwa jego potężne współczesne polskie media - Konwicki oraz Wajda. Trzeba na koniec stanowczo podkreślić: w Projekcie krytyki fantazmatycznej kino i literatura zekranizowana zajmują miejsce szczególne. Sposób pisania Marii Janion o tych zjawiskach - niepomiernie szerzej dziś odbieranych niż książka drukowana - jest znakomitą lekcją intelektualnego myślistwa. Ale gdy chce się polować na resztki paradygmatu romantycznego w polskiej kulturze współczesnej, trzeba to robić z najwyższą wytrawnością.

*

Książka profesora poznańskiej polonistyki, Ryszarda K. Przybylskiego Wszystko inne ukazała się w serii Biblioteki Czasu Kultury w wydawnictwie Obserwator pod koniec 1994 roku. Jest to zbiór szkiców - co z dystansu widać już wyraźnie - naprawdę istotnych dla transformującej się kultury polskiej. Ona zresztą wydaje się od pierwszych akapitów największą i najważniejszą ich bohaterką:


Wraz ze zmianami społecznymi i politycznymi dokonują się również w naszym kraju zasadnicze przewartościowania kulturowe. Naturalnym chyba pragnieniem jest potrzeba zbudowania spójnego obrazu świata, który usensowniałby dokonujące się przekształcenia. Chodzi więc o obraz alternatywny wobec dominujących przez ostatnie kilkadziesiąt lat standardów.


Czy to w ogóle możliwe, chciałoby się w tym miejscu natychmiast zapytać autora, ale lepiej wstrzymać się z tym pytaniem do końca lektury. Szkice Przybylskiego są bowiem wielką i frapującą podróżą w poszukiwaniu utraconej spójności.

Podróż ta rozpoczyna się z powszechnie znanej przystani. Na wstępie autor przypomina nam kilka prawd oczywistych, acz niezbędnych do właściwej nawigacji intelektualnej. Pierwsza z nich dotyczy newralgicznego dla bytu wartości duchowych momentu upadku totalitaryzmu w Polsce. Przedtem wybory moralne wydawały się jaśniejsze i prostsze, gdyż cała aksjologia zasadzała się na tym, że właściwie wszystko, co w stosunku do reżimu opozycyjne, musi być automatycznie jakością pozytywną. Paradoksalnie więc - by uciec się do niezbyt może taktownej trawestacji - byli szczęśliwsi dawniejsi poeci.

Ten westernowy świat rozpadł się jednak jak filmowa dekoracja, odsłaniając mniej imponujące mentalne protezy i prowizorki, na których nie da się już położyć jednolitej fasady. I w istocie nie jest nam ona dzisiaj wcale potrzebna. Takie lico doktrynalne byłoby w epoce demokratycznego dialogu i wolnego rynku idei czymś niesłychanie sztucznym, niemożliwym do ocalenia przed karykaturą, parodią czy ostatecznie nawet przed samokompromitacją. Chcąc nie chcąc, trzeba się zgodzić, że nie ma jednego punktu oparcia, który pozwoliłby ustawić wyczerpującą perspektywę oglądu świata. Być może - jak sugeruje Przybylski - datuje się to już od połowy wieku, kiedy to “po Oświęcimiu” oraz “po Katyniu” nastąpiła śmierć tradycyjnie pojmowanej metafizyki i:


...użyteczne dotąd pojęcia, zajmujące niekwestionowaną pozycję wśród aksjologicznych systemów, utraciły zdolność identyfikowania tak samo zjawisk, jak i ludzkich czynów.


Rzeczywiście, ideologiczna aneksja i deformacja wspomnianych przez eseistę pojęć jest niezaprzeczalnym faktem z dziejów współczesnej kultury środkowo- i wschodnioeuropejskiej. I rację niechybną ma Przybylski po raz drugi, gdy nieśmiało zauważa, iż to akurat demokracje zachodnie pierwsze zrozumiały, że:


...gwałcenia pojęć nie da się uniknąć i że jedynym sposobem obrony przed ich destrukcyjnym oddziaływaniem jest otwarcie się na wielość głosów, dialogujących ze sobą i weryfikujących się wzajemnie.


Tak oto wkraczamy w przestrzeń alternatywnych światów wartości, w przestrzeń cząstkowych, a niejednokrotnie zupełnie prywatnych metafizyk. Na początku jest to świat Destrukcji - taki bowiem tytuł nosi pierwszy rozdział książki. Znalazły się tu mikroeseje o Wiesławie Myśliwskim, Jerzym Stempowskim, Leo Lipskim oraz Marianie Pankowskim. Na przykładzie ich twórczości - czasem są to pojedyncze teksty, niekiedy zaś niemal cały kanon lekturowy - Przybylski pokazuje cztery odmienne polskie doświadczenia degradacji. Mamy więc upadek znaczenia pamięci humanistycznej (lekcja Myśliwskiego), która w dobie konsumpcjonizmu i pragmatyki spowalnia refleks doraźnego działania.

Konsekwencje takiej zatraty są potworne: świat wytrącony z ciągłości folkloru przestaje być światem ludzkim, zmierzając w ostatecznym obrachunku ku cywilizacyjnej przepaści. Na szczęście, na jej skraju rośnie drzewo - symbol kulturowego dziedzictwa. Słuchając drzewa “gałązka po gałązce” można przynajmniej część tej tradycji odzyskać i przywrócić egzystencji sensy zagubione w potoku bezwartościowej aktualności. Innego typu skleroza ogarnia pamięć historiozoficzną (lekcja Stempowskiego), która przechowuje wiele niezłomnych, choć niejednokrotnie przeraźliwych prawd, dotyczących życia społeczeństw i narodów w momentach transformowania się systemów.

Sprzężenie zwrotne procesów integracyjnych i separatystycznych, nieczystość gry politycznej powodowanej zasadą prowokacji i manipulacji, a także swoiste “życie pośmiertne” totalitarnych sposobów myślenia, to przecież nic nowego. Te jadowite prawdy trzeba wraz z garścią odtruwających je wartości, takich jak choćby głośny sprzeciw wobec fanatyzmu i kołtuństwa, odważnie wynieść z chaosu przemian, nie licząc przy tym na nikogo. Następny z rozpadów dotyczy pamięci metafizycznej (lekcja Leo Lipskiego) i uwidacznia się poprzez dewastację ducha, która jest nieodwracalnym następstwem nieludzkich warunków życia.

I nie chodzi tu jedynie o sytuacje obozowe, znane nam dobrze z książek Borowskiego czy Herlinga-Grudzińskiego. To raczej Kafkowska wiwisekcja stanów degradacji świadomości na skutek kalectwa fizycznego bądź psychicznego, wiodąca nas nad łoże śmiertelne klasycznej metafizyki, gdzie człowiek - utraciwszy swoją człowieczą kondycję - “strzęp podmiotowego bytu woli zamienić na byt przedmiotowy”. Ta analiza nie kończy się żadnym pozytywnym wnioskiem, bo też i w jaki sposób miałaby przysparzać sensu kamiennemu światu.

Na koniec, nieco lżej potraktowany przez eseistę, zanik pamięci symbolicznej (lekcja Pankowskiego), któremu przeciwdziałać można na przykład uruchamiając obsceniczność w sztuce. Jej rolą powinno być przypominanie odbiorcom, że warunkiem istnienia aksjologicznej “góry” jest stała obecność “dołu” w hierarchii wartości: “sacrum nie profanowane ulega bowiem konwencjonalizacji”, a taka świętość traci - co trochę od niechcenia zauważa Przybylski - “swą kulturotwórczą moc”.

Jak zatem widać, Destrukcje Ryszarda K. Przybylskiego nie zawsze opisują obiekty zupełnie zdewastowane, w ruinach intelektualnych budowli kryją się elementy zdatne jeszcze do użytku. Podobnie jest z Afirmacjami, które wypełniają drugi rozdział książki: trudno w nich szukać opisu konstrukcji całkowicie stabilnych i bezpiecznych mentalnie. Ilustracją może tu być droga artystyczna Ryszarda Krynickiego, przenikliwie oświetlona dialogiem z poezją Zbigniewa Herberta. Autor Aktu urodzenia nie widział początkowo szansy “mówienia wprost” o dramacie świata przedstawionego. Koncentrował się raczej na dramacie reprezentującego tę rzeczywistość języka, na ujawnianiu lingwistycznych - przede wszystkim gazetowych - zakłamań peerelowskiej rzeczywistości. Tymczasem Herbertowski Tucydydes ze słynnego wiersza Dlaczego klasycy uparcie nawoływał do nazywania rzeczy po imieniu, do mówienia bez ogródek o klęskach i ich okolicznościach, wreszcie - do zastępowania ekwilibrystyki słowa prostotą myśli. Na swój sposób Krynicki tego apelu posłuchał, odkłamał słowo i jął nim ogarniać samą istotę rzeczy. I wtedy Herbert napisał Do Ryszarda Krynickiego - list, w którym ostrzegł, że teksty animowane jedynie przez szlachetne intencje mogą nie przetrwać, bowiem wierność wartościom nie przekłada się łatwo na artystyczną oryginalność.

To bardzo dotkliwa świadomość, wspólna wszakże autorom, którzy doskonale poradzili sobie z niebezpieczeństwem banału prawdy - jeden poprzez ironiczny dystans, drugi dzięki dźwigni paradoksu. Do tej klasy poetów zalicza Przybylski także Artura Międzyrzeckiego i Jerzego Ficowskiego. Eseje im poświęcone należą do najświetniejszych i najprzenikliwszych konterfektów całego tomu: Międzyrzecki - stabilizujący rozchwiane znaczenia w koleinach kultury śródziemnomorskiej, przywracający zagubione sensy w kluczowych wzorcach egzystencjalnych oraz Ficowski - obnażający fałszywą pragmatykę współczesnej cywilizacji, zasady “nowego wspaniałego świata”, w którym trzeba być kimś, żeby nie być sobą. Tego poziomu sugestywności Przybylski nie jest, niestety, w stanie utrzymać w esejach o Annie Kamieńskiej i Janie Twardowskim. Odnosi się wrażenie, że te bardzo atrakcyjne - objaśniające Kamieńską Różewiczem, a Twardowskiego Witkacym - teksty wymigują się erudycyjną wirtuozerią. Ale też choćby dla niej warto je przeczytać.

Do wielkiej formy powraca eseista w szkicu o swoim prawie rówieśniku, starszym koledze, dobrym przyjacielu - Stanisławie Barańczaku. O autorze Atlantydy napisano już bardzo wiele, jednak chyba nikt dotąd nie osadził jego poezji tak trafnie w przestrzeni metafizycznej. Ryszard K. Przybylski, lokując ją między Heideggerowskim rozpoznaniem, że “każda refleksja nad bytem jest osadzona w byciu” a spostrzeżeniem Simone Weil, iż “sprzeczność jest dźwignią transcendencji”, przypuszcza atak na socjolingwistyczną tezę, jakoby obraz świata zamknięty był w języku. Przeciwnie - powiada Przybylski - amerykańska twórczość Barańczaka dowodzi, że nazwa nie dotyka rzeczywistości, tylko ją przesłania. Droga do metafizyki prowadzi zaś poprzez dostrzeżenie szczeliny na granicy dwóch języków i przez opisanie wdzierającego się przez nią światła pozajęzykowego olśnienia. Część Afirmacje zamyka przychylna i promująca recenzja poezji Doroty Koman.

Po plastycznym wytchnieniu i relaksie wzrokowym (znakomita kolorowa wkładka w segmencie zatytułowanym Transformacje z próbkami sztuki Eugeniusza Markowskiego, Andrzeja i Pawła Łubowskich, Janusza Marciniaka, Bogdana Wojtasiaka, Jędrzeja Stępaka, Piotra Kowalskiego oraz Krzysztofa Pruszkowskiego) w rozdziale następnym, noszącym przytulny tytuł Afiliacje, pojawia się gwiazda kilku ostatnich sezonów intelektualnych w Polsce - postmodernizm. Termin ten okazał się dla wielu krytyków wygodną tratwą ratunkową, pozwalającą uratować recenzję w przypadku skurczu mięśni mózgowych.

Przybylski rzetelnie syntezuje zjawisko, wyławiając składniki dla obszaru polskiej kultury najistotniejsze. Wychodzi od awangardy - bo przecież rodzimy postmodernizm jest nade wszystkim postawangardyzmem - jako od wyczerpanej znaczeniowo, pustej gry eksperymentatorów, której kresem stała się konceptualna jałowość czy nuda autotematyzmu. Wskazuje na definitywny koniec dwóch nienaruszalnych jeszcze pół wieku temu prawideł: zasady jedności metafizycznej świata (mógł to być Bóg, Natura lub Historia) i zasady systemowego uporządkowania rzeczywistości (np. przez religię, filozofię albo literaturę).

Na koniec wylicza techniki artystyczne, które sytuują dzieło literackie w obszarze zaanektowanym przez nową metodologię. Należą tu: antyrealizm i subiektywizm przedstawiania, nawiązywanie do historycznych i kulturowych stylów, żonglerka cytatami, dystans ironiczny wobec opisywanych zdarzeń, tudzież wobec osoby narratora czy wręcz samego autora tekstu. Tak oczyszczone przedpole mógłby Przybylski bez trudu wypełnić modnymi obecnie egzemplifikacjami: prozą Manueli Gretkowskiej, Nataszy Goerke czy Izabeli Filipiak. Ale autor tomu Wszystko inne z właściwą sobie przekorą sięga po przykłady z twórczości Teodora Parnickiego, Leopolda Buczkowskiego, Tadeusza Konwickiego. Najpopularniejszego bodaj w Polsce amerykańskiego postmodernistę, Kurta Vonneguta, woli interpretować poprzez Bachtinowskie pojęcia dialogowości języka i pamięci jego wcześniejszych użyć. Jeśli już ma uruchomić metodologię Lyotarda czy Derridy - myśli najpierw o Gombrowiczu. Et voilá.

O ile w Afiliacjach Ryszard K. Przybylski koncentruje się w największym stopniu na problematyce - by tak rzec - zdecentralizowanej narracji, o tyle w Modyfikacjach zajmuje go głównie fenomen zdecentralizowanej ojczyzny w literaturze polskiej ostatniego półwiecza. I nie chodzi tu wyłącznie o krańcowo umitycznione dzisiaj określenia, jak Kresy albo zupełnie magiczne Międzymorze: na piedestale pamięci literackiej staje także - przede wszystkim za sprawą twórczości emigrantów, choć nie tylko - Wielkopolska lub też Śląsk. Na marginesie tych lektur, nie zawsze przecież mistrzowskich artystycznie, ale w jakiś szczególny sposób ważnych dla współczesnej Polski, formułuje Przybylski swoje najważniejsze przesłanie, ów pojawiający się właściwie od pierwszych stron książki, jakby trochę wstydliwie maskowany obcym słowem - kerygmat:


Dziś, po upadku bloku sowieckiego, sądzić by można, że wszystkie te problemy, z którymi polemizowali pisarze emigracyjni, przestały niejako automatycznie istnieć. Cóż może bowiem przeszkodzić zachowaniu regionalnej odrębności? Praktycznie nic, wszelako owa regionalność w dużym stopniu już zaniknęła. Większość ludzi mieszka w prawie takich samych blokach, hołduje podobnym stylom życia i otoczona jest przez równie zdewastowany krajobraz.(...) system komunistyczny zniszczył autentyczne więzi społeczne, w tym także środowiskowe i lokalne. Nietrudno więc wyobrazić sobie, że może pojawić się inicjatywa, mająca na celu opanowanie chaosu. Eksponująca ideę jedności ponad wartości ukryte w wielości.

*

Wydawnictwo “Znak” uczciło w 1996 roku pięćdziesiąte urodziny wybitnego polskiego poety, tłumacza, historyka i krytyka literatury, Stanisława Barańczaka, wyborem jego esejów z lat 1970-1995, Poezja i duch Uogólnienia. Jest to pozycja zwykła i niezwykła zarazem - by skorzystać z lubianej przez poznańsko-harwardzkiego autora techniki antytetycznych tytułów. Zwykła, bo w większości dobrze znamy owe szkice z publikacji książkowych i prasowych; niezwykła, ponieważ w takim zestawieniu prace te układają się w nową intelektualną tożsamość.

Ćwierć wieku pisarstwa to dużo, wystarczająco dużo, aby zobaczyć je w dłuższym rozwoju, nie zaś tylko w zjawiskowym zaistnieniu. A przecież wiele się w tym okresie zmieniło, tak wokół autora, jak i - wolno sądzić z lektury - chyba również w nim samym. Zmienił się świat, zwłaszcza w środkowej części Europy, atoli o tym nie trzeba nikogo przekonywać. Od geopolitycznych ciekawsze są przemiany w ludzkiej mikroskali, korekty światopoglądów, zapatrywań, idei.

Barańczak startował z pozycji abstrakcyjnego humanizmu, dla którego podstawą etyki - wobec nieobecności autorytetu Boga - była właśnie obecność pierwiastka antropozoficznego. Zaczynał od heroicznego ateizmu, nakazującego uczciwość w stosunku do istnień pojedynczych i nieufność do ich zbiorowych organizacji. Pisał w Notatkach na marginesach Bonhoeffera, w szkicu o teologu i kaznodziei, który sprzeciwił się postawie Kościoła ewangelickiego w hitlerowskich Niemczech, a ostatecznie w więzieniu stworzył koncepcję bezreligijnego chrześcijaństwa:


Sławetna obawa Dymitra Karamazowa, którą wiek dwudziesty zdawał się na każdym kroku potwierdzać - została poddana w wątpliwość przez takich właśnie nielicznych, których przykładem jest Bonhoeffer. Okazało się, że po “śmierci Boga” dekalog nie musi umrzeć. Dlatego właśnie, sądzę, życie Bonhoeffera zmusza do zastanowienia również ludzi niewierzących, do których sam się zaliczam.


W opublikowanym kilkanaście lat później tytułowym eseju książki Tablica z Macondo Barańczak skorygował tamto pryncypialne non credo. A stało się to przy okazji popisu lingwistyczno-motoryzacyjnej wynalazczości, kiedy zastanawiał się nad wyborem adekwatnego napisu w języku polskim na swoją amerykańską tablicę rejestracyjną, na której za pewną opłatą można użyć sześciu cenzuralnie uporządkowanych liter zamiast skrótu stanu. Barańczak uznał, że najbliższy ideału wydaje mu się napis ON JEST. Nadzwyczaj ciekawe i wymowne są tutaj asekuracje i eksplikacje towarzyszące temu wyborowi:


...
nawet gdybym mieszkał w stanie Nowy Jork, gdybym miał do dyspozycji siedem liter (i mógł sobie również pozwolić na “ó” z kreską), nie napisałbym na swojej tablicy BÓG JEST. Nie chodzi już nawet o niechęć do wzywania imienia Bożego nadaremno; ani o to, że nie jestem religijnym fanatykiem, fundamentalistą, czy choćby człowiekiem, który wierzy bez wątpliwości (...). Rzecz w czym innym: w napisie ON JEST interesujące wydaje się właśnie to, że pod ON można podłożyć tak wiele konkretniejszych rzeczowników. Na przykład BÓG, czemu nie. Ale również ŚWIAT. A także CZYTELNIK.

Te trzy obiekty - Transcendencja, Inni oraz Świat - zawsze były w orbicie zainteresowania pisarza, niezależnie od filozoficznych zastrzeżeń czy uszczegółowień, pojawiających się w jego twórczości poetyckiej, krytycznoliterackiej i publicystycznej. Z czasem przybywało w tych rozpoznaniach motywacji metafizycznych, coraz częściej iluminował obszar sacrum, nigdy wszakże nie osłabiało to aspektu racjonalnego i związanej z nim piekielnej machiny ironii. Barańczak jest bez wątpienia prawdziwym mistrzem w jej obsługiwaniu.

Zaczął terminować jeszcze w okresie studenckim, prowadząc w poznańskim miesięczniku “Nurt” anonimową rubrykę poczty i doradztwa literackiego “Kierunkowskaz”. Za sprawą zabójczej wiwisekcji cytatów i sformułowań, tudzież bezlitosnego wywlekania błędów stylu i ortografii, rychło stał się postrachem nie tylko wielkopolskich grafomanów. Później na ironiczne ostrza wziął Barańczak niby-profesjonalistów od powieści neoprodukcyjnej, która w związku z inwestycjami epoki gomułkowskiej (głównie w konińskim kompleksie energetycznym) i nowym romantyzmem budów (szczególnie w środowisku poznańskiego KW) rozkwitła nagle w całej swej militarystycznej krasie.

Krwawa jatka nieudaczników sztuki, lizusów władzy, beniaminków ustroju, kabotynów dworu i beneficientów kasy zataczała coraz szersze kręgi. Zrazu regionalne, potem ogólnopolskie, a po emigracji ogólnoświatowe, zawsze jednak zahaczające jakoś o Środkową i Wschodnią Europę. Bo - jak unaocznia Barańczak - nie ma istotnej różnicy etyczno-estetycznej między takimi postawami. Jest tylko różnica skali spektakularności. Heiner Müller, Christa Wolf, Eugeniusz Jewtuszenko osiągnęli, zdaniem krytyka, dolne strefy stanów niskich sumienia i talentu tak samo, jak ich mniej widowiskowi koledzy znad Warty i Wisły.

Poezja i duch Uogólnienia pokazuje zaiste wiele stron znakomitego pisarstwa Stanisława Barańczaka. Każdy będzie je sobie waloryzować według własnego gustu i upodobania. Można przecież nie przepadać za publicystyczną pasją autora, który w ferworze szczytnej polemiki sięga czasem po chwyty skądinąd niezbyt szlachetne. Można nie lubić totalnego stylu jego rozpraw, w jakim miażdży kicz umysłowy i artystyczny aż do samego jądra, niekiedy nawet za cenę destrukcyjnej ciężkości. Można wreszcie nie podzielać specyficznego poczucia humoru, którym szermuje częstokroć na granicy szarży.

Aliści wydaje się przekonaniem godnym konsensusu, że w pokoleniu naukowych równolatków mało kto czyta zarówno klasyczną, jak i nowoczesną lirykę polską z taką przenikliwością jak Barańczak. Nie ulega też zapewne kwestii, że to w tej chwili jeden z największych rodzimych tłumaczy poezji angielskiej i amerykańskiej, a jest w tomie taka strofa z Benna, która świadczy, iż gdyby wyjechał do RFN-u mógłby być kongenialny i w języku niemieckim:

Ach, daremne podróże!
Zbyt późno morał się zna:
nie ruszać się z miejsca, być stróżem
granic własnego Ja.

Na koniec sama poezja Stanisława Barańczaka. Nie znajdziemy jej w omawianej książce zbyt wiele, zaledwie jeden utwór - Grażynie - w całości i bodaj w ogóle jedyny w reprezentacji. Godna to wszelako reprezentacja, a od jej ostatniej części trudno wręcz w lekturze uciec myślą:

To przecież tylko nicość. Jakże takie nic
ma stanąć pomiędzy nami. Na złość, na zawsze zapiszę
tę kreskę na tęczówce, zmarszczkę w kącie ust.
Zgoda, wiem, nie odpowiesz na moją ostatnią pocztówkę.
Ale będę za to winić coś rzeczywistego,
listonosza, katastrofę lotniczą, cenzurę,
nie nieistnienie, które, zgódź się, nie istnieje.

Mamy w tym wierszu prócz adresu biograficznego - Grażyna Kuroniowa - również adres artystyczny - Wisława Szymborska - dziś bodaj czy nie lepiej rozpoznawalny niż ten pierwszy. Mamy tedy konkret i uogólnienie, szczególność i powszechność, tragedię i poezję. Jeszcze kilkanaście lat temu na granicy stosowności. Teraz na granicy nieśmiertelności.