Multi - kulti (o elektronicznych koniunkturach i dekoniunkturach literatury)

Weszliśmy w nową sytuację kulturową. Kiedy to się stało - trudno powiedzieć. Być może momentem przełomowym był rok 1989, a może nastąpiło to wcześniej, już w połowie lat osiemdziesiątych. To samo zdarzyło się właściwie w całej Europie Środkowej i Wschodniej. Ma absolutną rację Havel, kiedy mówi, że dokonało się coś, co można porównać do dziejów zachodniorzymskiego Imperium:

Mieliśmy tutaj do czynienia z wyimaginowanym światem, który powstawał na przestrzeni dziesiątek lat, światem w którym stanął czas, a także historia. Ten świat tworzył się w otoczeniu, które nigdy przedtem nie znajdywało czasu ani okazji do odnalezienia narodowej czy państwowej tożsamości. I tak panowały nad nami przeróżne siły. Na przestrzeni całej naszej historii, nie tylko w czasach komunizmu, nagromadziło się tyle problemów, że musiały one kiedyś eksplodować. W poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania musimy sięgnąć myślami do zamierzchłych czasów, aż do dwunastego wieku. Dokonały się głęboko sięgające przemiany historyczne i na ich gruncie doszło do tych, po części paradoksalnych i osobliwych wydarzeń, które obecnie możemy obserwować w tej części świata.

Havel jest politykiem, ale Havel jest także pisarzem. To, o czym mówi, dotyczy również sztuki czy kultury w ogóle. W polskiej eseistyce zwrócił na to uwagę Ryszard Przybylski w swojej świetnej książce Wszystko inne. Po pierwsze, erozja wielkich systemów politycznych dotknęła zarazem wielkich systemów metafizycznych. Coś się w otaczającym nas świecie rozsypało, rozpadło i nie da się już tego pozbierać i scalić w spójny system. Ani literatura, ani filozofia, ani nawet - co obserwujemy w wyraźnym kryzysie światopoglądowym europejskich społeczeństw - religia, nie są w stanie uczynić z naszego życia jednolitej, niesprzecznej opowieści. Nie ogarniamy otaczającej nas realności, nie umiemy nad nią zapanować, ba, nie potrafimy jej dostatecznie przekonująco usensownić. Nastąpił wyraźny kryzys podmiotu transcendentnego, który na świat patrzył z zewnątrz, definiując jego reguły i postrzegając globalną strukturę.

Czas wielkich narracji się skończył, nadeszła pora małych narracji, prowadzonych przez podmioty cząstkowe, przyszedł czas fragmentów opowieści, poświęconych wycinkom rzeczywistości. Po drugie, obok kryzysu pojęcia ojczyzny politycznej nastąpił gwałtowny kryzys pojęcia ojczyzny ideologicznej, wspólnotowej, związanej z realizacją powszechnych celów i sankcją podzielanych wartości. Objawiły się małe ojczyzny, które są, podobnie jak i małe narracje, domeną oglądów jednostkowych, prywatnych, intymnych. Nie bez powodu przecież tak wielu współczesnych pisarzy admiruje w swoich książkach przestrzeń najbliższą, pejzaż własnego duchowego i materialnego zakorzenienia, ziemię fizycznie i fizjologicznie oswojoną.

Oczywista wiemy, co to znaczy literatura wyczerpania, niemożliwość stworzenia czegokolwiek nowego, kiedy tak naprawdę wszystko już było. Wiemy to choćby z historii naszych awangard, które - solidarnie z europejskimi - doszły do autokonceptualnych (pomysł zamiast tekstu) albo autotematycznych (tekst o pisaniu tekstu) kresów poszukiwań. Na końcu tej drogi objawiała się zawsze wielka, przerażająca pustka metafizyczna. I to jest właśnie punkt wyjścia, sytuacja zastana nowych formacji literackich i - szerzej - duchowych. Ostatnie dziesiątki XX wieku stanowią bez wątpienia okres desperackich prób radzenia sobie z ową milczącą otchłanią.

Można wskazać dwa tory tego typu artystycznych poszukiwań. Jednym z nich jest postmodernizm: kicz umierającej epoki, sztafaż społeczeństwa, które zatraciło się w pogoni za konsumpcją, śmietnik literackich klisz, algorytm filmowych sekwencji; monumentalność videoclipu, kinovoyeurystyczna kompensacja, reality-TV versus TV-reality, desperacki show konwencji, spektakularna powtórka z kultury; wizja przedśmiertna dwudziestowiecznej kultury, migawkowe obrazy z całej nowożytnej humanistyki. Drugim nurtem jest new age: podniesiona do rangi sztuki i uwspółcześniona parapsychologia; nowoczesny okultyzm tryumfujący po latach nad swymi freudowskimi zabójcami; parapsychologia, numerologia, kolorologia, magnetyzm i mediumizm; transgresje i inne stany świadomości, mandala życia wodnikowych dzieci; wizja pośmiertna dwudziestowiecznej kultury, projekt fantazmatyczny świata poza doświadczeniem rozumowym.

Pewnie, że to wszystko już było. I kryzys pojęcia ojczyzny, i koniec wielkich narracji. Był już nawet postmodernizm i new age. Kiedy? Otóż właśnie po rozpadzie Imperium Rzymskiego, o którym wspomina Havel w swojej błyskotliwej wypowiedzi. Wszak aż do “słodkiej Francji” z Pieśni o Rolandzie nikt nie mówił o ojczyźnie, aż do średniowiecznych eposów o Nibelungach, rycerzach Artura czy pułku Igora, nikt nie prowadził wielkich narracji literackich. Po rozsypaniu się śródziemnomorskiej kultury, w obiegu literackim - tym ustnym i tym rękopiśmiennym - pojawiły się historyjki syntezujące najciekawsze wątki antyku i kompilujące najplastyczniejsze hellenistyczno-romańskie formy podawcze.

Te prawdziwe short stories, opowiadane barwnie w krótkich deklamacjach i jeszcze barwniej przedstawiane na pojedynczych kartach lub deskach, robiły na średniowiecznych jarmarkach furorę. Ich obrazowość można by porównać do filmogennej ikonografii komiksu czy pokoleniotwórczej estetyki MTV. Z drugiej strony rynek literacki zasilały fabuły albigensów i katarów, gdzie w eklektycznym splocie łączyły się wpływy celtyckiego idealizmu i południowohiszpańska mistyka arabska. To zapewne w tych kręgach ustaliło się nowoczesne pojęcie miłości, to znaczy przekonanie, że nie ma miłości szczęśliwej, a jest tylko elektryzująca dialektyka pragnienia i przeszkody. Na koniec wreszcie, by dorzucić ostatnia analogię, to właśnie u schyłku Imperium narodziło się kilka nihilistycznych pokoleń literackich, które swoim pesymizmem i paseizmem przypominają jako żywo dzisiejszą “Generation X”.

Wszystko już było, wszystkie post-y i wszystkie news-y, to nie są wynalazki końca dwudziestego wieku. Aby nie być gołosłownym, posłużmy się porównaniem:

Błąkam się po wielkim, ciemnym lesie wśród brzemiennych maków i trzciny,
Wzdłuż milczących, szklanych stawów i źródeł pozbawionych szumu,
W wieczornym zmierzchu na brzegach rzeki rosną wiotkie kwiaty
O imionach niegdysiejszych królów i zapomnianych dzieci.

To Auzoniusz we wspaniałym opisie postwergiliańskich “pól smutnych kochanków” z niedoścignionego utworu Cupido cruciatur, pochodzącego z końca IV wieku, a więc z czasu tuż przed upadkiem Rzymu. A to Jacek Podsiadło w swojej własnej wizji postmodernistycznych “miast smutnych kochanków”, z wiersza Tłuszcz, napisanego w marcu 1989 roku, a zatem tuż przed upadkiem PRL-u:

Uczucia okazują wstydliwie jak bagaż celnikowi, jakby spełniali pokutę.
Co wieczór uciekają z domu, ona w katalog mody, on w sensacyjną powieść.
Rano biegną do fabryk produkujących przede wszystkim smutek.
Mają trzyletnie auto i po dwie zdrady na sumieniu. To się nie mogło powieść.

Obaj oni - Auzoniusz, autor słynnego motywu “zrywania pączków różanych” i Podsiadło, autor słynnej formuły “poezji szybkiej obsługi” - piszą w różnych stylistykach, ale ich literackie strategie wyzwalają w obu przypadkach ów nieodgadniony i niedefiniowalny efekt mimesis, presupozycję istnienia, wiarygodność reprezentacji. Mamy tu do czynienia z tożsamą ideowo poetyką obecności, realizowaną jedynie w odmienny sposób. Albowiem w tej postwergiliańskiej poetyce, tak jak i w postmodernizmie, wszystko wolno czy też, ściślej biorąc, wszystko jedno, byle tylko zapełnić lub choć zamaskować straszliwą pustkę, którą odkrywa doświadczenie upadku starego ładu. Wchodzimy w nowy wiek z brudnymi sumieniami. Ale może i dobrze, bo czyste sumienia to z reguły te nieużywane - jak powiada Karl Dedecius, parafrazując Leca - więc niech nam będzie zaoszczędzone żyć z takimi nieużywanymi czystymi sumieniami.

*

Galaktyka Gutenberga kurczy się w uniwersyteckim kosmosie. Naukowych książek prawie się już nie czyta i tylko z przyzwoitości cytuje się je w przypisach. Po prostu nie ma czasu na żmudne wyławianie potrzebnych informacji z powodzi rzeczy zbędnych i na ogół nudnych. Co więcej, nie ma też miejsca w naszych domowych bibliotekach, nad którymi i tak trudno nam zapanować, o czym najlepiej świadczą niezamierzone dublety rzadziej używanych pozycji. Na intelektualnym firmamencie pojawia się Obłok Multimediów.

Multimedia nie tylko bogacą warsztat pracy naukowej, one go gruntownie zmieniają. Na kompaktowych dyskach dostępne są wielotomowe encyklopedie i opasłe leksykony, serie książek i roczniki czasopism. Druk jest na tych nośnikach tylko jednym z elementów przekazu, uzupełniają go zdjęcia, nagrania, animacje i zapisy filmowe. Można zobaczyć poetę, usłyszeć jego głos, popatrzeć jak wzruszony odbiera nagrodę Nobla czy Pulitzera. Życie przy biurku, dotąd szare i ciche, staje się nagle barwne i gwarne. Lecz nie na efektowności polega najbardziej rewolucyjna zmiana, multimedia są także niezwykle efektywne w wykorzystaniu zgromadzonej wiedzy. Pozwalają na selekcję lub kojarzenie haseł według praktycznie dowolnego klucza. Czas, miejsce, dziedzina, nazwisko, słowo - to współrzędne, które dają się rozmaicie, a co najważniejsze owocnie, dobierać i krzyżować. Jest wszakże jeden problem: ów owoc poznania ma bardzo amerykański smak.

Multimedia to komputerowy Hollywood, a niekiedy nawet Disneyland, z wieloma ich negatywnymi atrybutami, jak np. tani blichtr czy duchowa infantylność. Wybrednemu Europejczykowi wolno się więc od nich odwrócić z poczuciem intelektualnej wyższości. Ma w tym zresztą pewną wprawę, bo od różnych przejawów amerykańskiej kultury odwracał się w drugiej połowie XX wieku kilkakrotnie. Pozostała mu z tych obrotów m.in. francuska kinematografia, włoska piosenka popularna i niemiecka moda wysyłkowa. Na Amerykę można się przeto obrazić, gardząc oskarowymi filmami, nagradzaną Grammy muzyką rozrywkową, tudzież oklaskiwaną na nowojorskim wybiegu modą. Niemniej - jak uczy doświadczenie - nie powinno się ignorować siły i skuteczności produktów zza oceanu. Ludzie po prostu chcą je kupować i nie są im do tego potrzebne etykiety w rodzaju “dobre, bo amerykańskie”. Z tej perspektywy Europa nie jest z pewnością pępkiem świata, zaś miejsce naszego kraju leży wręcz po drugiej stronie fantomu anatomicznego.

Jedna z pierwszych i bez wątpienia jedna z najlepszych encyklopedii multimedialnych, słynna już dzisiaj Encarta firmy Microsoft - absolutnego lidera oprogramowania, jak poucza przykład zwycięskiej kampanii Windows ‘95 - bardzo szybko trafiła na europejski, a co za tym idzie, także na polski rynek intelektualny. Stała się też natychmiast podstawowym źródłem komputerowej autodydaktyki, najpopularniejszym elektronicznym kompendium “całokształtu wiedzy”. Być może jej znaczenie będzie można kiedyś porównać do Historii Pliniusza Starszego i Etymologii Izydora z Sewilli, do XVII-wiecznych dykcjonarzy, do Wielkiej encyklopedii francuskiej Diderota i d’Alamberta czy Encyklopedii Britannica, wreszcie - nacieszmy swoją patriotyczną duszę - do Encyklopedii powszechnej Orgelbranda. Owo zacne zestawienie odsłania wszak zarazem pewną gorzką prawdę: trzeba się odtąd pożegnać z tzw. europejskim punktem widzenia historię i współczesność cywilizacji. I najprawdopodobniej - “to se ne vrati”. W kolejce czekają bowiem inne kontynenty, mające coraz większą ochotę na dyktat standardów umysłowych.

Kiedy na ostatnim Zjeździe Polonistów słuchałem zażartej dyskusji na temat kanonu literackiego w nauczaniu powszechnym i akademickim, który - aby posłużyć się koniecznym tutaj skrótem myślowym - jedni proponowali odpolszczyć, drudzy natomiast dopolonizować, miałem przed sobą wydruki haseł dotyczących literatury polskiej, jakie znalazły się w Encarcie. Ale że w polemikach nie szło bynajmniej o czyste uczucia do rodzimego piśmiennictwa artystycznego i w dużo większym stopniu przypominały one to, co Edward Balcerzan określił mianem “parlamentaryzmu” - postanowiłem nie dorzucać do ideologicznego w gruncie sporu nowych materiałów. Na dodatek, o coś zupełnie innego musiałoby w takiej konfrontacji chodzić. Przenosząc się na nieobcą dziś nikomu płaszczyznę monetarną, można by powiedzieć, że na forum Zjazdu kłócono się o pożytki z rubla transferowego, no - w najlepszym razie z unijnego ecu, podczas gdy świat zastanawia się, czy warto płacić cyberdolarami. I tak jest również z literaturą: w tej chwili nie stoimy przed dylematem, czy patrzeć na polskie dokonania pisarskie z perspektywy Warszawy czy Paryża. To byłoby zbyt piękne. Rzecz idzie o zaakceptowanie bądź odrzucenie amerykańskiego punktu widzenia na nasze literackie poletko.

Amerykanie okazują się w tej mierze bezlitośnie lapidarni. Osobne notki, dające się wywołać poprzez wpisanie albo zaznaczenie nazwiska, przyznają w Encarcie tylko czterem “polskim” autorom. Dlaczego napisałem “polskim” w cudzysłowie, zaraz się wyjaśni. Otóż są to: Adam Mickiewicz, Henryk Sienkiewicz i funkcjonujący jako “Polish-born” - w całkowitej zresztą zgodzie z prawdą na tym poziomie uogólnienia - Joseph Conrad oraz Isaac Bashevis Singer. Reszta jest interaktywnym milczeniem i należy do zbiorczego hasła “Polish Literature”, przygotowanego notabene przez znanych polskich badaczy - Teresę Sarnowską-Temeriusz i Wiktora Weintrauba. Nie ma przeto mowy o dyletanctwie lub złej woli. Problem tkwi jedynie w proporcjach. Porównanie haseł poświęconych wspomnianym pisarzom w pierwszej z brzegu polskiej encyklopedii i w omawianej tu Encarcie przyprawia o zaburzenia akomodacji oka. I to jest właśnie efekt odwrócenia proporcji, do którego prędzej czy później - ale raczej prędzej niż później - będziemy się musieli przyzwyczaić.

Oto bowiem - podczas gdy rozbudowane faktograficznie i nasycone literaturoznawczo fiszki Conradowskie i Singerowskie z trudem mieszczą się, każda z osobna, na gęsto zapisanej stronicy - szczuplutkie, choć zgrabne notki na temat Mickiewicza i Sienkiewicza można by przeczytać nieomal na jednym oddechu. Zaiste, jak powiada poeta: “patrząc, serce boli”. Ale bo też nie trzeba patrzeć sercem, należałoby w tym miejscu zareplikować, kwestionując emocjonalną dźwignię tego pięknego anakolutu. Tak, jak z dobrych uczuć nie robi się dobrej literatury, tak z patriotyzmu nie da się uczynić dobrego literaturoznawstwa. Salzburska inscenizacja Wesela Wyspiańskiego, dobrze przecież wyreżyserowana przez Wajdę i poprawnie zagrana po niemiecku przez Bardiniego i Łukaszewicza, na dodatek w niezwykle czytelnym tłumaczeniu Dedeciusa, poniosła sromotną klęskę niekomunikatywności. Zdumionym Austriakom próbowano ją jeszcze jakoś krytycznie uprzystępnić, eksplikując, że to w końcu Europa Środkowa z tymi samymi problemami narodowymi, że przecież taka sama droga z Bronowic do Krakowa jak i do Wiednia, że to właściwie tak samo Galicja, jak i CK Monarchia. Tymczasem widzowie wychodzili zdetonowani bardziej niż onegdaj książę Ferdynand i mówili, że jeśli to jest polski arcydramat, to oni nie chcą mieć z tą literaturą nic wspólnego.

Czy istnieje zatem w ogóle jakakolwiek szansa na światowe uznanie literatury polskiej i gdzie owej światowości należałoby szukać? Sarnowska-Temeriusz i Weintraub próbują takie nominacje do przedsionka międzynarodowej sławy rozdawać i jest to propozycja zbyt wpływowa, by ją zignorować. Usiądźmy więc wygodnie w naszej elektronicznej arce i popłyńmy poprzez wieki. Literatura polskiego średniowiecza ma ogromny uniwersalistyczny dorobek. Dorobek skwapliwie umniejszany w latach prymatu doktryny marksistowskiej, której eksponenci woleli widzieć raczej mroki niż blaski najdłuższej epoki w dziejach nowożytnej Europy. W Encarcie średniowiecze polskie jest należycie docenione: historiografia, przekłady i oryginalna literatura religijna, zabytki piśmiennictwa świeckiego.

W rzeczy samej, większość wymienionych tekstów plasuje się bez trudu na kontynentalnym poziomie, co - zważywszy naszą “młodszość cywilizacyjną” - stanowi niemały powód do satysfakcji. Nieco może bruździć fakt, przemilczany oczywista w haśle, że z wymienionych jednym tchem kronikarzy wieków średnich (Gallus, Kadłubek, Długosz) pierwszy z pewnością nie był Polakiem, a bezsprzecznie najwybitniejsze dzieło tego ostatniego wydrukowano dopiero w XVIII wieku i to w Lipsku, bo w Polsce miało ono przez dwieście pięćdziesiąt lat “złą prasę” magnacką. Tak naprawdę nasi rodacy zachwycali się tylko - przynajmniej aż do czasów Niemcewicza - nieznośnie napuszoną, kwiecistą do bólu i bajecznie skłamaną kroniką mistrza Wincentego. A o ile Mickiewicz zasłużenie nazwał Jana Długosza “polskim Liwiuszem”, o tyle w istocie jedynym średniowiecznym tekstem o tuziemczym rodowodzie i europejskim rozgłosie stał się śląski traktat Vitelona poświęcony ...optyce. Jeśli, naturalnie nie liczyć Bogurodzicy, która nabrała niejakiej popularności pośród - jak skądinąd wiadomo - bardzo umiędzynarodowionych wojsk krzyżackich.

Renesans to już cały tłum nazwisk, godnie reprezentujących polskie piśmiennictwo w pamięci Encarty. Przyznaję w pełni słuszność ich doboru, chciałbym atoli i tu kilka kwestii skomentować. Wybijające się stanowisko traktatu Modrzewskiego w perspektywie dorobku europejskiego humanizmu jest nie do podważenia. Niemniej siłę rezonansu Frycz zawdzięcza nie tylko Oporynowi, który rzecz wydrukował w Bazylei czy zachwytom Giustiniana, który swój hiszpański przekład opatrzył entuzjastycznym wstępem, ale i Hozjuszowi, który sprawił, że książka znalazła się na indeksie rzymskim, jako dzieło pisarza zakazanego “pierwszej klasy”. Na progu europejskiej kariery przedwczesna śmierć na puchlinę wodną zatrzymała Klemensa Janiciusa, który nie wiedzieć czemu nazywany bywa zwykle w podręcznikach Janickim czy Janicjuszem. Z równym powodzeniem, ten - jak go określa Chrzanowski - chciwy wiedzy chłop wielkopolski, w rezultacie poeta doctus i poeta laureatus, mógł się zwać Janik czy Janeczek. Mógł także dostąpić miana najwybitniejszego słowiańskiego petrarkisty. Mógł, lecz ...spalił juwenilia. No, oczywiście, pozostaje zawsze “wielkolud” Kochanowski. Ale to jest świadomość współczesna, a przynajmniej oświecona. Przypomnijmy sobie, że jeszcze Stanisław Herakliusz Lubomirski wymieniając znanych poetów w swoich Rozmowach Artaksesa i Ewandra nie zająknął się nawet o autorze Trenów.

W epoce Lubomirskiego natrafimy zresztą na więcej takich kwiatków, które w encyklopedycznej antologii pachną wcale ładnie. Oto najbardziej europejski liryk staropolszczyzny, Maciej Kazimierz Sarbiewski, geniusz łaciny i skarb jezuitów, nazywany przez rówieśnych “Horatius Sarmaticus” albo jeszcze lepiej “the Christian Horace”, zestawiany później przez Coleridge’a z Lukrecjuszem i Statiusem, otóż ten najbardziej eksportowy talent literacki polskiego baroku nie napisał najprawdopodobniej swojego najlepszego utworu - Silviludiów. Nawiasem mówiąc, tezę tę upowszechnił w dwa wieki po zachwytach Coleridge’a jego krajan, John Sparrow w swoim oxfordzko-slawistycznym studium o włoskich źródłach owych czarujących pieśni. Dajmy jednak spokój Anglikom - nad poetami kolejnego stulecia zachwycali się przede wszystkim Francuzi i są to zachwyty do dziś na szczęście nie zrewidowane. Słynne “Il appatrient á tout monde” Cazina o Krasickim oraz “un grand poéte du XVIIIe siécle” Backvisa o Trembeckim dają dobry paszport do międzynarodowej kariery dzieł pisarzy polskiego oświecenia. Jeszcze lepszy wystawił Rękopisowi znalezionemu w Saragossie Jana Potockiego Roger Caillois, ale ta powieść należy już niestety do literatury francuskiej, podobnie jak ciekawsze od całej naszej przedromantycznej dramaturgii Parady.

To wszystko wszakże nic wobec kłopotów ze “sprzedażą” polskiej literatury romantycznej. Nic tu nie można zarzucić autorom omawianego hasła, raczej umiejętnie prowadzą czytelnika przez grząski teren epoki. Umiejętnie znaczyć tu musi zarazem powierzchownie, bo gdy się dłużej nad czymś zatrzymać, to grunt się zapada. Ale jak inaczej zeuropeizować polski Romantyzm, jeśli nie przez kontekstowe przywołanie twórczości niemieckich “burzowców” czy lorda Byrona. Toć już George Sand - podpuszczona najpewniej przez naszych pobratymców - zestawiła w eseju z “Revue des Deux Mondes” Mickiewicza z Goethem i Byronem, jeno nie rozumiejąc nic a nic z Dziadów, uznała poezję Polaka za pokrewną poezji biblijnej, która jako rodzaj hierofanii nie potrzebuje objaśniania czy rozumienia, lecz domaga się tylko czci i wiary. Zresztą, i tak najpopularniejszym utworem pierwszej połowy XIX wieku była zapewne sielanka Brodzińskiego Wiesław, która wszelako od czasu mniej idyllicznego towarzysza Gomułki przestała się dobrze kojarzyć. Druga połowa zeszłego stulecia upływa pod historycznym znakiem dzieł Sienkiewicza, w socjalno-emancypacyjnej aurze twórczości Orzeszkowej i Konopnickiej oraz pod wrażeniem prozatorskiego warsztatu Prusa. Dobrze, że autorzy nie dezawuują faktu światowego poniekąd kalibru, o zbyt wystrzałowej jednak wymowie: że Faraon - jako modelowe studium władzy i manipulacji - był ulubioną książką Stalina.

I w tym miejscu w artykule “Polish Literature” następuje dramat, zaczynają się pojawiać pierwsze zadziwiające nieobecności, tym boleśniejsze, że partie poświęcone Młodej Polsce i szeroko pojętej współczesności są wcale obszerne. Parafrazując piosenkę Grzegorza Turnaua: nie ma Leśmiana i nie ma Przybosia; ba, nie ma także Schulza i Konwickiego; nie ma również Szymborskiej, ubiegłorocznej literackiej noblistki. W znakomity sposób rozumiem, że nazwiska Przybyszewskiego, a z młodszych Leca czy Lema więcej ważą w artystycznej cyberprzestrzeni, ale żeby tak półćwiartka autorów, których tekstami zajmuję się jako historyk, dydaktyk czy wreszcie jako krytyk literacki, nagle stała się nieważka. W tym momencie Encarta zaiste - jak powiada wieszcz - “duchowi memu dała w pysk i poszła!”. Ja zaś zostałem z problemem, który od dawna nie jest już tylko sowią zagadką współczesnego poety i przyprawia o ból głowy większość tzw. XX-wieczników: co przetrwa z literatury polskiej tego szalonego stulecia? Czy rzeczywiście tylko: Staff, Tuwim, Gałczyński, Lechoń, Broniewski, Różewicz, Herbert, Miłosz, Wojtyła; Dąbrowska, Nałkowska, Andrzejewski, Iwaszkiewicz, Kazimierz Brandys, Parnicki; Witkiewicz, Gombrowicz, Mrożek - jak chcą elektroniczni encyklopedyści?

Spadkobiercy kultur niepewnych własnej wartości chodzą po świecie z urażoną dumą. Kompleks niższości pokrywają kompleksem wyższości, ponieważ zawiedli się na kraju, który nie spełnił wyimaginowanej misji. Dlatego najłatwiej obrażają się na innych i najszybciej sami wpadają w megalomanię. To nie ja - to Ionesco, to nie o Polsce - to o Rumunii. Ale słowa te mogłyby dotyczyć wielu europejskich narodów. Tych mniejszych, jak choćby litewski, o którego ranach duchowych piszą Venclova czy Miłosz, oraz tych większych, jak np. francuski, który zdaniem Ionesco czy Ciorana stał się nieznośnie obrażalski w obliczu kulturowej detronizacji. Jako lekarstwo na tę swoistą chorobę z uroszczenia autor Łysej śpiewaczki proponuje trzeźwiącą próbę życia poza historią. Rzecz w Polsce, w kraju wyszydzonej już przez Gombrowicza hipertrofii dziejowych mniemań, elephantiasis narodowej pychy, raczej trudną do zrealizowania. Ale rzecz konieczną, jeśli nie chcemy dać się wyrzucić poza orbitę komunikatywności w tym nowym, multimedialnym obiegu informacji.

*

Derek Walcott, jeden z największych współczesnych liryków (znakomite Grona oceanu) i epików naszej doby (wielki poemat Omeros), powiedział ostatnio, że nie widzi dla literatury pięknej miejsca w Internecie i nie będzie wpuszczał do sieci nowych wierszy, jak robi to wielu jego amerykańskich przyjaciół. To bardzo znamienne wyznanie, szczególnie w ustach kogoś, kto dokonał w swojej twórczości niezwykłej syntezy kultur anglo-amerykańskich, wschodnioeuropejskich i karaibskich, kto potrafił jedną frazą ogarnąć uniwersum ludzkiego cierpienia:

Pod językiem wygnańca niby pod obcasem
gardłowa głoska trzaska jak uschnięty liść
i zdanie Mandelsztama krąży wraz ze światłem
w brązowym wnętrzu, wśród ugorów Oklahomy

(Las Europy
; tłum. S. Barańczak)

To w znamienne w ustach kogoś, kto przywrócił świetność dantejskiej tercynie, aby związać nią kilkusetstronicowy poemat opisujący i kreujący karaibską mitografię. Derek Walcott stał się przez to dzieło swoistym i na dodatek prawdziwym Osjanem Mórz Południowych. I oto ten wielki twórca, noblista, obywatel świata z adresem w USA, Anglii i na Trynidadzie nie chce, żeby każdy jego nowy wiersz był natychmiast dostępny dla prawie stu milionów użytkowników globalnej sieci. Dlaczego? Z tej mianowicie przyczyny, że obawia się przypadkowego, pospiesznego i powierzchownego odbioru. Woli czekać na świadomą, staranną i głęboką lekturę, której z tomikiem w ręku dokona może jeden na milion codziennych użytkowników infostrady.

Czesław Miłosz, pytany o największe zagrożenie dla tradycyjnej książki, wskazał przewrotnie - a potrafi być przewrotny, co świetnie potwierdza awantura z biorącym go onegdaj dosłownie Herbertem - nie na komputery i CD-ROM-y, lecz na nadprodukcję literatury: za dużo osób mówi naraz i zbyt wiele komunikuje każdy z osobna. Nie masz na tym świecie łaski milczenia. Grafomani nie ustają w wysiłkach i znajdują w końcu spolegliwych mecenasów. Koniunkturaliści płyną z prądem, przylepiając się do najsilniejszego lobby. Autorzy udanych debiutów piszą tak szybko następne pozycje, że nie są nawet w stanie spamiętać ich tytułów.

A co my mamy o tym myśleć? Nasze spojrzenie na prąd kulturowy, który wziął się z czegoś, co anglo-amerykańska socjologia nazywa “spleenem dobrobytu” społeczeństwa masowego, i co jest nam z gruntu nie znane w powojennej historii, siłą rzeczy musi być egzotyczne. Nasz ogląd pop-artu, który miał usunąć rozziew pomiędzy high art oraz low art, ów atawizm klasowej struktury społecznej z jej starym rozróżnieniem na sztukę elitarną i masową, z pewnością nie jest rutynowy. Lektury i artystyczne inicjacje zweryfikują przeczucia wstępującego pokolenia na temat tego, co zwie się dzisiaj rozrzutnie postmodernizmem, poststrukturalizmem, dekonstrukcją, dekompozycją etc., etc. Filologowie połkną być może bakcyla negatywnej lektury, głoszącej hasło, że “każde odczytanie jest niedoczytaniem”.

Ta swoista “bakteriologia języka”, “parazytologia dyskursu”, rozkładająca każde niemal pojęcie, prawdy nie wyłączając, jest bowiem sytuacją zastaną współczesnego literaturoznawstwa. Istnienie tekstu “samego w sobie” zostało uznane za “iluzję obecności”. Nie “słowa na stronicy”, lecz “słowa w głowie” liczą się w interpretacji. Z tym, że naturalnie nie ma niczego do interpretowania, “ponieważ interpretacja znajduje się już u podstawy wszystkiego”, a przeto interpretacja nie istnieje. “Istnieje jedynie czytanie i pisanie. Są to czynności, które podejmujemy - jak jedzenie czy uprawianie miłości - aby przepędzić czas oraz powstrzymać nudę, trawiącą nas w obliczu nieskończonej otchłani”. Tyle Jacques Derrida, Paul de Man, Michel Foucault i Ronald Sukenick, spleceni w jednym, postmodernistycznym centonie.

Jakie to amerykańskie, można by powiedzieć, parafrazując tytuł postmodernistycznej powieści Waltera Abisha. Rzeczywiście, już samo sformułowanie postmodernizm w Ameryce byłoby swego rodzaju tautologią: Ameryka jest bowiem postmodernizmem, a postmodernizm jest Ameryką - co do tego zgadzają się niemal wszyscy protagoniści nurtu, żeby było zabawniej, w dużej części nie-Amerykanie. Ale to bez wątpienia prawda. Nazwiska głównych autorów przywodzą na myśl różne nacje i koligacje: Abish, Burroughs, Barth, Barthelme, Brautigan, Coover, Federman, Gaddis, Gass, Hassan, Hawkes, Heller, Kosiński, Mailer, Nabokov, Pynchon, Roth, Sukenick, Vonnegut.

Niemniej jednak to właśnie postindustrialna Ameryka stała się ojczyzną ich literackich i krytycznych sukcesów. Papież dekonstrukcjonizmu, Derrida, wygłosił swój przełomowy referat Struktura, znak i gra w dyskursie nauk humanistycznych za oceanem, kanoniczne teksty literaturoznawcze powstały na uniwersytecie w Yale. Oczywiście, do tej panoramy możemy zawsze dodać wielkie nazwiska pisarzy iberoamerykańskich - Borgesa, Cortazara, Llosy, Marqueza, Sabato; europejskich - Calvino, Eco, Grassa, Lema oraz angielskich czy anglojęzycznych, jak Irving lub Rushdie. Wystarczy atoli rzut oka na reprodukcje słynnych Warholowych portretów Marylin Monroe, na opakowaną folią przez mega-plastyka Christo Dolinę Kalifornijską, wreszcie, na symboliczny już wieżowiec AT&T w kształcie starego zegara w stylu Chippendale, który jest kwintesencją postmodernistycznej architektury - aby dojść do wniosku, że współczesna Ameryka i postmodernizm to chyba w istocie jedno i to samo.

A Polska? Polska to nie Ameryka i zamiast postmodernizmu mamy co najwyżej postkomunizm, w którym życie zawstydza raz po raz najbardziej wyrafinowane fabuły. Nasze kompleksy, wynikające z permanentnego w dziejach rodzimej literatury zapóźnienia względem Zachodu, poniekąd etatowo od czasów nouveau roman, leczy Tadeusz Konwicki, który po mistrzowsku nawiązuje nie tylko do innych, ale i do samego siebie, miesza biografię z bibliografią i - wedle autodenuncjacji - od czterdziestu lat daje w powieściach prawie nie zmienione opisy przyrody, fortunnie licząc na nieuwagę czytelnika. Niewątpliwie za postmodernistów pośród pisarzy uchodzić mogliby jeszcze np. Buczkowski (cytaty) i Parnicki (fabuła), wśród dramaturgów Różewicz (entropia) i Mrożek (parodia), między poetami Herbert (ironia) i Szymborska (dowcip).

Aliści prawdziwe postmodernistyczne pokolenie wstąpiło na scenę razem z szerokim, kontrkulturowym ruchem “Pomarańczowej Alternatywy”. Wtedy właśnie “przyszli barbarzyńcy”, “nowi dzicy” literatury polskiej. Przyszli ze świeżo wydanym w kraju zbiorem poezji Franka O’Hary (notabene wcale nie postmodernisty) i stworzyli (jedni w jego duchu, inni przeciw niemu) najbardziej autentyczną wersję swojskiego postmodernizmu. Tylko, że to już było bardzo dawno temu.