Srebrne pióro (o pisarstwie Eligiusza Kor-Walczaka)

Z dalekiego szeptu Matki, ze zdejmowanych przez jej niewidzialne ręce pasm rozwieszonej w przestrzeni mgły, wyłania się kolorowe miasteczko. Wyraźnieją dachy domów, twarze ludzi i ścian, oczy i okna małe, jakby przymrużone i zapatrzone w siebie, w dawno miniony czas. Z rzedniejącej zasłony odległych dziejów wyłania się moja rodzinna ballada, rozświetlona od słońca, lazurowa od nieba i bolesna od tego, co niestety, ludzkie.


Takim mottem rozpoczyna się Miasteczko róży wiatrów, wydana w 1993 roku książka nestora kaliskich pisarzy i poetów, wybitnego regionalisty, Eligiusza Kor-Walczaka.

Autor urodził się w 1913, w Kaliszu właśnie, ale wrócił doń dopiero po II wojnie światowej. W 1914 rodzice Kor-Walczaka razem z rocznym Eligiuszem wyszli z płonącego i bombardowanego miasta i rozpoczęli wielką tułaczkę: przez Warszawę, Moskwę, Smoleńsk aż na Syberię. Powrócili po pięciu latach - w których miała miejsce rewolucja i wojna polsko-bolszewicka - do podkaliskiego Opatówka. Artysta przedstawił to na kartach tomu opowiadań Czas wiosennej mgły. Druga przymusowa tułaczka nastąpiła w latach okupacji hitlerowskiej, kiedy to deportowano go na roboty rolne do odległych krańców Bawarii. Po wojnie osiadł w Kaliszu, zaczął wydawać książki i szybko stał się jedną z najbardziej cenionych i szanowanych postaci życia literackiego w tym mieście.

Od wspomnianego zbioru opowiadań Kor-Walczak milczał jako prozaik. Publikował wiersze, opracowywał legendy. Miasteczko róży wiatrów nie jest jednak poezją - chociaż żywioł liryczny przesyca rytm tej narracji, i nie jest także legendą - choć można tu odnaleźć elementy historycznego apokryfu. Mamy chyba do czynienia, po ćwierćwiecznej prozatorskiej pauzie, ze swoistą epicką recydywą, z powrotem do fabuły, którą rozum czytelnika akceptuje jako prawdopodobną.

Jest to wszakże proza niezwykła. Z równym powodzeniem mógłby ją napisać jakiś wzięty postmodernista. Jej styl tkwi korzeniami w wieku dziewiętnastym, w naturalistyczno-mistycznych opowiadaniach Dygasińskiego, w metafizycznym agraryzmie wczesnych nowel Reymonta. Ale Kor-Walczak nie bawi się przecież w zblazowanego artystę epoki współczesnej, w której “wszystko już było”. Jest uczciwy wobec czytelnika, acz bez wątpienia w pełni świadomy swojego warsztatu. I nie jest anachroniczny, bo w końcu przedstawia anegdotę dziewiętnastowieczną właśnie: epopeję Opatówka z przełomu epoki gospodarskiej i przemysłowej, kiedy to za sprawą fabryki Fiedlerów miasteczko umarło w swoim dawnym kształcie, by narodzić się w nowym.

Zarazem, ma to posmak pożegnania z narracyjnym wzorcem, któremu autor był wierny przez lata swojego pisarstwa. Pożegnania z aurą wykraczającej poza świat rozumowy fantastyki, grozy, tajemnicy, a także silnie w tym świecie zakorzenionej intrygi, zbrodni lub krzywdy. Takiego Kor-Walczaka znaliśmy z Baśni i legend kaliskich czy też z Opowieści czterech jeźdźców. Cóż, epopeje - jest zaś ten tekst przynajmniej mikroepopeją - stanowią również przełamanie tonacji stylistycznej ich twórców, są rozstaniem z ustalonym duktem językowym, z dawnym “charakterem pisma”, na którym polegało się wiele lat.

Czyta się Miasteczko róży wiatrów z zapartym tchem i prawdziwym wzruszeniem. Egzotyczne dla obcych, swojskie dla znających te tereny, nazwy miejsc - Dziewcza, Wądoły, Zawodzie - rozsnuwają czar dzieciństwa. Budzą wrażenie, że oto dotykamy splątanego prawęzła cudzej i własnej egzystencji. Ale jest też tutaj świetnie skonstruowana intryga pochodzenia, są wątki kryminalno-sensacyjne, a całość przepełnia nastrój zmysłowego erotyzmu, uwikłanego w odwieczną problematykę dobra i zła, winy i kary, klątwy i odpuszczenia, w ludyczne pnącza grzechu. Jest to epika szlachetna językowo i rzetelnie zakomponowana.

Eligiusz Kor-Walczak potrafi opowiadać historie. Czyni to z kulturą literacką i życiową mądrością. Na początku 1996 roku wydaje zbiór “opowiadań kaliskich” pod urokliwym, poetyckim tytułem Srebrne trawy. Lektura tego niezbyt obszernego tomu nieodparcie podsuwa myśl, że oto być może mamy do czynienia z najbardziej znamiennym, wymownym i doniosłym faktem w kaliskiej przestrzeni literackiej ostatniej dekady XX wieku.

Z pozoru bowiem tylko jest to jeszcze jedna jego - nowa, ale przecież rozpoznawalna poprzez swoje charakterystyczne rysy stylowe i kompozycyjne - książka. Powierzchnie tej prozy zdaje się rzeczywiście połyskiwać znajomą paletą barw i tonów epickiej ekspresji. Faluje wyczuwalnym rytmem słownych i zdaniowych refrenów, zasnuwa się liryczną nieprzezroczystością opisu, uwodzi sugestywną stylizacją gwarową albo trafną parafrazą języka romantyków, pozytywistów, młodopolan. Widać tu zarazem kontynuację generalnego konceptu literackiego Kor-Walczaka, organizującego wszystkie uprawiane przezeń w przeszłości rodzaje i gatunki pisarstwa: legendę i baśń, poezję i prozę beletrystyczną - ów niepokojący splot fabularnej fikcji i historycznego prawdopodobieństwa, tajemniczo zadzierzgnięty węzeł fantazyjności i dokumentarności.

Oczywiście, są to cechy, chciałoby się rzec, łatwe do zauważenia, wyraziste. Ich odnalezienie jest dla wiernego czytelnika książek Kor-Walczaka niewątpliwą satysfakcją, ale rodzi jednocześnie niebezpieczeństwo lektury naskórkowej, nie pogłębionej o namysł nad wewnętrzną tkanką sensów, nad ezoteryczną podszewką idei ożywionych przez pisarza. Tymczasem literackie światy Srebrnych traw obracają się wokół prawd niechybnie rewelatorskich dla współczesnej świadomości intelektualnej i artystycznej. Wyznając je, staje Kor-Walczak tuż obok młodszych o pół wieku debiutantów lat ostatnich, chętnie zaliczanych przez krytykę do polskiej fali prozy postmodernistycznej. Momentami mówi niemal to samo, tylko znacznie ostrożniej, dyskretniej, bez krzykliwego reklamiarstwa i tupetu młodych mediokratów. Przyjrzyjmy się jednak literackim instrumentacjom poszczególnych olśnień i epifanii kaliskiego prozaika.


Płynie woda, kołysze się woda. Wiry zaznaczają koła małe i delikatne niby gładź trącona przez ważkę, to znów wielkie, zwijające pianę fali do środka. Rzeka p
ołyskuje sinością wieczoru. Tak w Kownie płynie Niemen, ale tu nie Litwa.


- ta świetna, poetycka inkantacja otwiera pierwsze opowiadanie tomu, zatytuł
owane Jeździec bez głowy. Przynosi ono pielęgnowany w piśmiennictwie i regionalnej gawędzie wielkopolski motyw Mickiewiczowski, ale rozwija go zupełnie innym torem, jakby celowo wbrew oczekiwaniom sensatów i pożeraczy fabuł. Plan fikcji mitologicznej, związanej z legendą o potępionym kozackim jeźdźcu, którego fantom bez głowy cwałuje na koniu, przepowiadając śmierć przeprawiającym się przez Prosnę oraz plan historycznej konfabulacji, w którym pojawia się wieszcz-wygnaniec, deliberujący nad powrotem do ogarniętego wrzeniem Królestwa - oba te plany współzawodniczą tu o swoisty prymat wiarygodności. Godna tej wiary okazuje się jednak tylko mała prawda psychologiczna, prawda o człowieku postawionym w sytuacji granicznej na granicy zaborów, rozdartym miedzy sprzeczne impulsy jak podzielona Wielkopolska. Pierwsze słowa cytowanej introdukcji powracają niczym kantyczkowy refren, smutno, łzawo, z poczuciem winy i żalu, które znamy doskonale z lozańskich obrachunków poety.


Lustro odbija zgrabną postać panny młodej w długiej, białej sukni, więc dzie
wczyna podchodzi bliżej i okręca się, sprawdzając jeszcze raz wygląd swego ubioru. - Żałoba narodowa - wzdycha - nie będzie hucznego wesela. Może należało ubrać się na czarno, nie patrzeć, że to mój wielki dzień.


- to z kolei passus ze swoistego ślubnego apokryfu Marii Konopnickiej, którym jest opowiadanie
Wesele panny Mani. Posłużył się w nim Kor-Walczak chwytem szczególnej i symbolicznej antycypacji. Otóż wesele pisarki odbywało się przed Powstaniem Styczniowym i jego klęską, tym bardziej więc przed okresem popowstaniowej żałoby, podczas której rzeczywiście czarny albo szary strój stać się miał wyrazem kobiecego patriotyzmu nawet w momentach - by tak rzec - najbardziej skarnawalizowanych. Zapewne jakąś rocznicę przypadającą na czas uroczystości zaślubin pisarki można by znaleźć w rozmanifestowanym już od 1861 roku Kaliszu, nie o to chyba jednak tu idzie. Kor-Walczak pokazuje nam raczej wielkie i tragiczne misterium przepowiadania się ludzkiego losu, przeświecania przyszłości w niepozornych teraźniejszych epizodach. Znamy wszak doskonale ciemny finał małżeństwa Konopnickiej, domyślamy się jeszcze mroczniejszych przeżyć osobistych na drodze powolnego rozpadu jej niedobranego związku. Rozbity kielich z Murano to nie wróżba na szczęście, jak w żydowskim rytuale tłuczenia szkieł, Mazeł-tow.

Trzecią część tego piołunowego tryptyku literackiego tworzy opowiadanie Cukiernica, poświęcone z kolei postaci Adama Asnyka. I tu również osiąga Kor-Walczak ów przyprawiający o dreszcz efekt cynicznej przewrotności losu. Co ciekawe, metafizyczna ironia ludzkiego istnienia wyziera w tym prościutkim tekście z najbardziej niepozornego, banalnego wręcz motywu kulinarnych talentów poety. Nieszczęśliwa, werterowska po trosze miłość do wyżej urodzonej szlachcianki, zacny wątek członkostwa w Rządzie Narodowym i powstańczej partyzantce, wreszcie piękne, po proustowsku ewokowane z tytułowego przedmiotu wspomnienie Kalisza - to tylko zwodniczo widowiskowe opakowanie wewnętrznej, ukrytej problematyki:


Nagle odstawia cukiernicę, cofa swe nerwowe dłonie i dodaje - Jaki w niej teraz chłód. Coraz częściej nawiedza mnie ta obsesja zimna i starości. Na jakiej więc ziemi mam zbudować swe szczęście, gdzie nie będę się karmić krukami...?


Spod nieomal podręcznikowej, edukacyjnej ryciny biograficznej wyłania się n
agle porażająco sugestywna kreska - by tak rzec - psychofizyczna: Asnyk wykorzeniony ze swoich ojczyzn, jakimi były Królestwo Polskie, Warszawa i Kalisz; Asnyk rzucony w inny, oswojony wprawdzie społecznie i politycznie, lecz obcy duchowo świat krakowskiej socjety artystycznej i galicyjskiej arystokracji; na koniec akcent zapowiadający przypadłość najmniej może patetyczną, okupioną bólem zgoła nie intelektualnym, ale rzeczywistym cielesnym koszmarem, Asnyk - mistrz kuchni, cierpiący na potworne dolegliwości żołądkowe.

O ile wymienione opowiadania można by zaliczyć do swoistej prozy maski, o tyle kilka następnych, wśród nich Zimowy wieczór, Bracia, Imperiały, Przed ścianą nocy, wypada określić mianem prozy roli. Są to bowiem, rozpisane na kryptohistoryczne okołopowstaniowe narracje, rozważania o zachowaniach etycznych Polaków w XIX wieku. Nie zbiorowy etos jest jednak przedmiotem analizy, a jedynie odruchy sumień indywidualnych - przypadki poszczególne, wyrwane ilustracje, odrębne przykłady. Układają się one w swoisty szkicownik moralny, na którego kartach pojawia się z jednej strony uległy profil kunktatorski i oportunistyczny, z drugiej zaś hardy kontur patriotyczny i niepodległościowy. W szkicowniku Kor-Walczaka ideały nieustannie zderzają się z realiami, a filozofia desperackiego zrywu konfrontowana jest z pragmatyka przetrwania. Węzłowe postaci opowiadań dobierane są z dużą dozą - dyskursywnej wobec polskiej tradycji literackiej - przewrotności. Nie stary wiarus czy wdowa po powstańcu, ale wiejski głupek albo żona carskiego oficera wypowiadają tu kwestie o kluczowym znaczeniu : ten pierwszy pokazuje potęgę prostej kalkulacji w momencie wybory działania, ta druga ujawnia słabość mitu o dekabrystowskiej proweniencji przejawów polsko-rosyjskiej solidarności.

Osobne miejsce zajmuje w tych tekstach wiwisekcja zdrady, jej psychologicznych przesłanek i następstw. Tu jakby odzywa się dobrze znany z baśniopisarskiej twórczości autora tenor folklorystyczny: przyzwoitość zostaje nagrodzona, natomiast niegodziwość podlega karze. Jednak i ten wymiar aksjologiczny ujmowany jest przez Kor-Walczaka w cudzysłów permanentnej ironii - ostatecznie wszystko sprowadza się do alkoholizmu protagonistów, z tym tylko, że raz będzie to alkoholizm heroiczny, drugim razem zaś degradacyjny.

XX wiek, któremu poświęcona jest w Srebrnych trawach ponad połowa miejsca, nosi tymczasem zauważalny biograficzny stygmat pisarza. W tych opowiadaniach uaktualniają się takie elementy jego życiorysu, jak trudne warunki materialne, które w okresie przedwojennym stały się barierą na drodze do pożądanego wykształcenia i zawodowej kariery literackiej. Dalej, przez fikcję literacką prześwieca prywatne piekło okupacji hitlerowskiej, strach przed eksterminacją, przymus robót miejskich i rolnych, tułaczka wywózki i repatriacji. Niemniej, wydarzenia te nie są w żadnym wypadku kanwą jakichś egocentrycznych wysiłków brązowniczych. Przeciwnie, to raczej przyczynki do mądrego, acz bolesnego studium walki sumienia z instynktem:


Nie chciałem się bać, a bałem się. Chyba jest granica, poza którą bohaterstwo jest nieopłacalne, a istnieje tylko obowiązek biologicznego przetrwania? - zast
anawiałem się. Nagle przyszła mi do głowy wstydliwa, lecz dosadna sentencja - Tchórze łatwiej przeżywają. Przedarła mi się z głębi myśli jakbym ją tam od dawna przechowywał. Zaczerwieniłem się. To było jak chlaśnięcie w pysk. Poczułem nawet furkot wiatru od jakiejś niewidzialnej ręki. Ale były to dwie goniące się jaskółki - wolne i wesołe.


W ramy tego studium wpisane są świetne charakterologiczne przyczynki o na
jrozmaitszych stronach ludzkiej osobowości. Składają się one na szczególnego rodzaju małą encyklopedię wielkich pojęć. Obok siebie w interakcyjnych kompleksach pojawia się solidarność i alienacja, duma i wstyd, sympatia i niechęć, rozczarowanie i przebaczenie. A wszystko to na tle skomplikowanego palimpsestu stosunków polsko-niemiecko-rosyjsko-żydowskich, tudzież między wierszami urywków metafizycznego traktatu o perfidii losu i przewrotności przeznaczenia. Wyimkowość narracji, chybotliwość perspektywy, zawieszenie oceny. Czy chcieliście, o szlachetni państwo, posłuchać opowieści o potrzaskanej duszy człowieka?