Western według Ernesta Brylla

Porządkuję półkę z liryką z lat osiemdziesiątych. Pracy jest dużo, bo muszą się na niej znaleźć w mądrej proporcji tomiki wydane w oficjalnym obiegu oraz te podziemne, czytane dotąd głównie uczuciem, emocją, a nie chłodnym namysłem. Nie ulega kwestii, że pośród tych drugich istotne miejsce zajmują zbiorki Ernesta Brylla. Boże uchroń nas od nienawiści, List, Gołąb pocztowy - opublikowane w wydawnictwach niezależnych CDN, NOW-a POKOLENIE oraz ogłoszony w londyńskim Aneksie Adwent stanowią materiał wystarczający do wielostronicowej rozprawy. Szkic ten nie ma takich ambicji. Jest próbą spojrzenia na ponad trzydzieści lat poezji Brylla przez pryzmat kilku jego tekstów z dziewiątej dekady. Czy są to utwory najdonioślejsze, trudno powiedzieć. W każdym razie dobrze podsumowują kolejne rozdziały liryki autora Sztuki stosowanej.

*

Kto inny jeszcze oprócz nas
Tak tęskni do śródziemnych mórz
Z języka skrobie sól i kurz
By słowom wrócić grecki blask

Ach Europo zdeptanych narodów
Wierzymy twardo, że ciebie porwano
Chociaż ci pewno słodko w łuku byczych rogów
Uciekać w rozkosz brudną i nieznaną

Wierzymy w twe dziewictwo, bo cóż mamy robić
Choć dawno zapomniałaś jak byłaś gwałcona
I rodzisz dziś zdobywcy tak jak wierna żona
Te same półbydlęta - jakie u nas spłodził

(xxx)

Jest w tym wierszu Brylla odczucie sytuacji kulturowej Europy na progu zjednoczenia. O ile pół wieku wcześniej stary kontynent podzielił się pod kątem stosunku do śródziemnomorskiego dziedzictwa, o tyle teraz integruje się już wokół innej osi. Pięćdziesiąt lat temu Zachód krzepł w dostojnej i szlachetnej pozie antyku. Ateńska demokracja, rzymskie prawodawstwo i klasyczna sztuka migotały na horyzoncie życia społecznego. Literatura posługiwała się mitologią jako jednym z zasadniczych kodów wspólnoty intelektualnej. Liczba dzieł poetyckich, prozatorskich i dramatycznych podejmujących czy choćby przywołujących ową tematykę była w tamtym okresie - mimo koniunktury antytradycjonalistycznej awangardy - naprawdę znaczna.

Tymczasem za żelazną kurtyną preparowano odmienną tradycję. Utopia ustrojowa brodatych filozofów, rewolucyjna jurysdykcja i legenda krwawych tumultów wytyczały stosowne perspektywy. Mit olimpijski nie był mile widziany, bowiem literatura musiała szukać wątków nie pośród wyżyn, ale przede wszystkim na obszarach plebejskiej i proletariackiej depresji. Zachód zwyciężył. Otrzymał od ekumeny europejskiej mandat na urządzenie nowego ładu politycznego i prawnego. W tej walce wypaliła się jednak mitologia. Można by powiedzieć żartobliwie, choć w sumie to nie jest do żartu, iż Zeus pogrążył się w odmętach nieatrakcyjności razem z szewcem Herostratosem, bo osłabli pospołu, zadając sobie zbyt wiele dokuczliwych ciosów.

Nie da się zaprzeczyć, że bohaterowie liryki Brylla uczestniczyli w zmaganiach - przymrużmy raz jeszcze oko - Olimpu z Żuławami po tej drugiej stronie. Kąsali pojęciowe abstrakcje językiem konkretu i obrazu o jawnie ludowym rodowodzie. Jak się zresztą temu dziwić, skoro sam autor odziedziczył ów język po warmińskich i kujawskich przodkach, i ani polonistyczne studia, ani kształcące podróże nie były w stanie tego zmienić. Poeta wyniósł z domu mocne przekonanie, że tylko to, co można powiedzieć prosto, jest godne uwagi i utrwalenia - mowa skomplikowana świadczy zaś nieuchronnie o słabości, niedopatrzeniu się świata, niedorobieniu jego opisu.

Podobne uzasadnienie znajdują lekturowe, artystyczne zaplecza poezji Brylla. Należy on do pokolenia, którego dojrzewanie intelektualne rozpoczęło się już w okresie wojennego regresu kulturowego, a zakończyło jeszcze w czasach stalinowskiej izolacji. Szczególnie ucierpiała na tym prowincja i zaścianek. Przed 1939 rokiem docierały tu książki, gazety, radio i kino objazdowe. Okupacja pozostawiła tych ludzi sam na sam z repertuarem “wieści gminnej” - z pieśnią i z opowieścią, oraz z tym, co z literatury pięknej “zbłądziło pod strzechy” - czyli po trosze i wybiórczo z Kochanowskim, Mickiewiczem, Słowackim, Norwidem, Wyspiańskim. Erudycja Brylla jest bardzo typowym przykładem takiego ukształtowania. Poszukuje dla poezji umocowań obrzędowych, jak praca i modlitwa, narodziny i pogrzeb, wesele i post. Wybiera najpowszechniej znane środki wyrazu, czerpiąc w równych proporcjach z folkloru, jak i z księgozbioru.

Z takich przeto pozycji dokonywała się walka Brylla z antykiem. Poeta bronił swojej biografii duchowej, osobowości, punktu widzenia. A że czynił to tak wyjątkowo zaciekle, jest już kwestią charakteru. Pod jego szorstkim piórem helleński materiał darł się i rozłaził, wykazując nieprzydatność dla tutejszych i tegoczesnych fabuł. Nie tak liczne, ale bardzo ważne teksty nawiązujące do starożytności zawierały obcesową reinterpretację mitologii i literatury. Głośna Rekonstrukcja chóru Sofoklesowego odmawiała człowiekowi dwudziestego wieku prawa do oczyszczenia i odrodzenia poprzez tragedię. Słynne Wciąż o Ikarach głoszą wywracało na nice sens anegdoty, zastępując idealizm bezinteresownych podniebnych wzlotów - pragmatyką stałego, bezpiecznego, acz niskiego kursu.

*

I trzeba to Polakom prosto w twarz powiedzieć
Że żyją jak wampiry. Własną krwią się poją
Rozkochani w Zaduszkach zmarłych się nie boją
A więc nie mogą z nami wytrzymać sąsiedzi

Zmarli są im wodzami. A ziemi okrawek
Na smentarzu - ojczyzną. Świeczki ich sztandarem
Nawet gdy żrą i chleją - zawsze osób parę
Bełkoce jak na stypie ... Powtarzając sobie
Że Ojczyzna umiera i nagle na grobie
Wycinają mazurka.
Kołem osinowym
Trzeba tę ziemię przebić. Od stóp aż do głowy
Od serca aż do duszy wszystko wybebeszyć
Żeby wreszcie mogli jak inni się cieszyć
Że są, że mają dzieci, baby, ochłap kraju
Swobodno oddychają...
A ci zanudzają
Boga o jakąś wolność - żeby dać im raczył
Jak gdyby Bóg sam wiedział co ta wolność znaczy...

(Raport)

Jest w tym wierszu Brylla wyczucie stylu cudzoziemskiego portretowania Polaków. Ton specyficznej krytyki, spod którego przebija nuta szacunku dla nieracjonalnych zachowań. Tak mógłby pisać o nas Bajkow, gdyby jego pamiętnik posiadał poetycką formę. Jak on się potrafił oburzyć, że damy polskie nie przybyły na bal z powodu politycznych incydentów, a potem w jednej z polskich dam się zakochać, zaręczyć z nią i umrzeć w powozie zdążającym na spotkanie. To jest ów stereotyp egzystencji i paradygmat myślenia moskiewskich urzędników, którzy zjawiwszy się tu, by pogardzać polską mentalnością, bardzo szybko zaczynali ją skrycie podziwiać. Mieści się w tym również punkt widzenia na sprawę wolnościowego wampiryzmu, jaki dotyka coraz to nowe pokolenia Polaków. Zdanie to zabrzmi paradoksalnie, ale wschodni rezydent “byronizuje” w raporcie cały ten proces. Postrzega w chorobie narodowej Lachów nie dającego się pogrzebać ducha swobody, co ciągle powstaje z mogiły i błąka się po zniewolonym kraju. Niebezpieczny i nieujarzmiony dla okupanta, bo gdzież znaleźć taki kół osinowy, który przebija od stóp do głowy, od serca aż do duszy. Z tych niespełnialnych warunków wynika, iż jego unicestwienie nie leży w możliwościach kogokolwiek z zewnątrz. Chyba, że “on sam siebie”.

Byron i Bajkow - takie sąsiedztwo wydaje się dość szokujące. Tylko jednak do momentu, kiedy uświadomimy sobie, że zwornikiem obu tych skojarzeń jest twórczość Mickiewicza. Kongenialny przekład Giaura Byrona, na którym odcisnął piętno własnego myślenia i odczuwania, oraz dwa znakomite wizerunki Bajkowa, jakie pomieścił w III części Dziadów. Ale Mickiewicza mamy w tekście Brylla dużo więcej. Począwszy od kanonicznego tematu Zaduszek, stanowiącego treść kowieńskiej i ramę czasową drezdeńskiej partii arcydramatu, skończywszy zaś na motywie długich nocnych rozmów rodaków, puentujących piękny i ważki wiersz Do Matki Polki. Mickiewicz czuwa tu także nad innymi wątkami. Na grobie Rzeczpospolitej Polacy nie tańczą - jak ich widzieli bardziej od wieszcza radykalni bojownicy - ale śpiewają hymn narodowy. Ci sami obywatele rozebranego państwa nie chcą się zadowolić programem lojalno-pozytywnym - co im krakowskim targiem proponowali konserwatyści - lecz trwają w Modlitwie o zwrot wolnej Ojczyzny.

Czytelnik tomików Brylla z końca lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych przeciera oczy ze zdumienia. Cóż to za wyrafinowane przeprosiny z romantyzmem. Krytyka w cudzysłowie obcej mowy, w nawiasie przepastnie odległej koncepcji życia przekształca się w swojskojęzycznym odczytaniu w apologię. Tragiczność znów staje się wzniosła, a nie jak dawniej groteskowa, historiozofia odzyskuje godną perspektywę. Przede wszystkim jednak gruntownemu przewartościowaniu podlega osąd narodowych gestów, odruchów, póz. Jeszcze dekadę, dwie wstecz poeta niemiłosiernie je wyszydzał. Obśmiewał czyny bohaterskie, niewczesne zrywy. Ze szczególną furią atakował idee dziewiętnastowiecznego mesjanizmu. W zamian podsuwał pod rozwagę chytrą nikczemność, akuratne podstępy. Kreował jakiś niby-chłopski immoralizm przetrwania.

Ostatnie lata dowiodły, że Bryll okrutnie i poniekąd w dwójnasób się pomylił. Jego program skarlenia, skundlenia - by nie szukać dosadniejszych określeń - nie zaprowadziłby nas tu, gdzie jesteśmy. Również i twórca nie odnalazłby według tamtych azymutów swojego obecnego miejsca. Ale poeta przeczuł już wcześniej, że brnie w ślepą uliczkę. Mniej więcej w połowie ósmej dekady zrozumiał, że fałszywie klimatyzuje atmosferę czasów saskich. Fałszywie wobec rzeczywistości społecznej i wobec samego siebie. Nie tylko bowiem zmiana ogólnego nastroju w Polsce, lecz także dynamika wewnętrznych rozterek Brylla zmierzały w odwrotnym kierunku: ku idei, która mogłaby natchnąć nadzieją i dać siłę. Sarmatyzm - obojętnie, czy dworsko-szlachecki, czy też zagonowo-zaściankowy - odprężał, acz jednocześnie obezwładniał. Na horyzoncie znów zamajaczył romantyzm. Zrazu bardziej genezyjski niż mesjanistyczny, ale przecież do roku 1980, a tym więcej 1989 było jeszcze daleko.

*

My mali ludzie cośmy do ostatka
Stojąc u krzyża na cuda czekali
Cośmy uciekli, głowy pochowali
I każdy sobie gębę ręką zatkał
Już nie będziemy o cudach gadali
My mali ludzie cośmy do ostatka

My mali ludzie w strachu czekający
Że przyjdą po nas i na krzyż przybiją
Uciekaliśmy od kobiet płaczących
Zapomnieliśmy Jana wraz z Maryją
Bo się nam powróz zacisnął pod szyją
My mali ludzie w strachu czekający

My mali ludzie, cośmy uwierzyli
Że Ty przemienisz biedę w chleb i wino
Zobaczyliśmy Twoje ciało sine
Zamiast zwycięstwa octu się napili
My mali ludzie cośmy uwierzyli

Jak ciemno, mroźno jest przy Twoim grobie
Już dla nas domy jak groby stawiają
Ty leżysz martwy kiedy nas ścigają
I gdzie jest wino i chleb nie odpowiesz
Kiedy uczniowie właśni cię zdradzają
Jak ciemno, głucho jest przy Twoim grobie...

(xxx)

Jest w tym wierszu Brylla poczucie dykcji odpowiedniej na czas próby charakterów i sumień. Poeta wypracowywał ją długo, ale niemal od samego początku widać było, ku czemu prowadzą jego stylowo-gatunkowe poszukiwania. Z tomu na tom mówił coraz prościej - co nie znaczy tak do końca jaśniej - i w coraz naturalniejsze kształty oblekał swoje wypowiedzi. Sonet, madrygał, fraszka, skotopaska ustąpiły najpierw miejsca balladzie, kołysance, kantyczce, piosence. Diapazon konwencjonalności wyraźnie się obniżył, lecz to nie zadowalało jeszcze autora. Dążył do formy powiązanej nie tylko z polską egzystencją, ale również z polską esencją. Wymagało to silniejszego przesunięcia liryki z planu materialnego w metafizyczny, a w pewnym sensie nawet mistyczny. Bryll miał już za sobą doświadczenia takich prób, i okazały się one owocne. Teraz potrzebna była jedynie konsekwencja. Zbiorki z lat osiemdziesiątych wybuchły więc kolędami, modlitwami, psalmami i pieśniami. Na dobre rozgościły się w nich apokryf i przypowieść.

Wyodrębnił się tez dość jednorodny rezerwuar odniesień, skojarzeń, aluzji. Bryll wypełnił go w dużej mierze fabułą nowotestamentową. Za pomocą tych głównie wątków opisał rzeczywistość dziewiątej dekady. Sumą literacko-intelektualną twórczości poety w tym okresie jest Wieczernik, dramat nawiązujący do przekazu Ewangelii o zmartwychwstaniu Chrystusa, nakreślony wszakże w perspektywie międzyczasu w stosunku do tekstów kanonicznych. Na przełomie 1984 - 1985 roku Wieczernik był dramatem o historii politycznej Polski. Wywoływał kwestię wiary w narodową sprawę i sensu okupionych nią ofiar, począwszy od fermentu młodzieży wileńskiej przez powstanie listopadowe i styczniowe, zryw warszawiaków, krwawe czerwce i grudnie PRL, wreszcie na zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki skończywszy. Trudno orzec, w jakim stopniu ten ostatni fakt zaciążył na genezie utworu, z pewnością jednak najsilniej wówczas ważył w jego odczytaniach. Teki zdjęć, przedruki homilii, analizy zbrodni, które kolportował drugi obieg, a nade wszystko ludzkie emocje stanowiły nieusuwalny kontekst literackiej pracy Brylla. Jej konkretyzacje - czytelnicze i teatralne - nie mogły przekroczyć wymiaru aktualnej alegorii.

Uniwersalizm tematu wyjściowego sprawił, że dziś jest już Wieczernik czymś zupełnie innym. Jest czymś w rodzaju wykładu o socjotechnice, o sposobach sterowania społeczeństwem w państwie totalnym czy choćby tylko autorytarnym. Lekcja ta unaocznia, że system presji to nie tylko przestrzeń zewnętrzna, że przenika on również do ludzkich wnętrz, tworząc i tam obszary złowrogiego nadciśnienia. I na nich właśnie opierają się podstawowe metody sprawowania władzy. Wieczernik jest więc parabolą o rozbiciu zbiorowości. Pokazuje, jak szybko rzedną zastępy zwolenników zachwianej idei, jak łatwo ludzie odwracają się od niej chcąc zapomnieć, i do jak zaskakujących a żarliwych konwersji może w takich okolicznościach dochodzić.

Socjotechnika nie ogranicza swych zadań do manipulacji grupowej. Przekonuje każdego z osobna, że władza wie o nim wszystko i w dowolnym momencie wyłączy go z gry. Zapewnia, że ofiara będzie anonimowa, bo władza opłaca pisarzy, którzy stosownie wyretuszują historię. Gwarantuje, że wysiłek jest daremny, ponieważ władza obroni i umocni istniejącą rację stanu. Strach i poczucie wykluczenia mają w Wieczerniku znaczenie zasadnicze. Powodują i usprawiedliwiają reakcje większości osób dramatu. W płaszczyźnie takich emocji uruchamia się problematyka postaw, strategii życiowych ludzi, pokoleń, warstw, narodów. W aspekcie indywidualnym Bryll rysuje cztery arcytypowe możliwości wyboru drogi: outsidera, mitlaufera, emigranta i kolaboranta. Ostre jest tylko to, co skrajne - casus Marii Magdaleny i Judasza.

Wszystko inne jest zamazane: psychiki apostołów chylą się ku pokusom uczestnictwa w oficjalnym pochodzie, mentalność kryptochrześcijan dopuszcza zarazem sprzeciw i serwilizm względem władzy, komfort duchowy człowieka z zewnątrz podszyty jest boleścią niespełnienia w rewolucyjnej roli. W wymiarze pokoleniowym autor dostrzega odwieczny konflikt kombatantów i rezerwistów, współpracowników i sympatyków, świty i czeredy. Ci pierwsi domagają się zawsze praw do przywódczego spadku. Zgłaszają pretensje do zaszczytów i przywilejów, pragną licencjonować ideę, autoryzować zapis historyczny wypadków. Druga strona wytyka ekskluzywne ciągoty zawodowych męczenników. Oskarża o kunktatorstwo i chęć budowania własnego mitu cudzymi rękami. Natomiast ekspozycja postaw warstw i narodów ma w dramacie Brylla mniej uniwersalne umocowanie. Poeta podejmuje tu motyw bardzo swojski: zagadnienie nieprzekładalności języka idei - z narzecza elit na dialekt mas - które mieści się w szerszym jeszcze kontekście nieprzekładalności idiomu polskich poświęceń “za wolność waszą i naszą”.

*

A kto z nas dojdzie tam gdzie iść mamy
I co doniesie z tego co władował
W swoje toboły? Jaka będzie mowa
Którą do siebie kiedyś zagadamy?

Czy Bóg w nas będzie taki jak Bóg Żyda
Żeby przed nami narody wzburzone
Rozgarniał jako Morze Krwi Czerwone
Czy też w niepamięć, półpamięć nas wyda?

Bracia, szukajmy w sobie tej twardości
Zręczności, którą miał Jakub gdy walczył z Panem
Aż stał się ciałem Jego, kością z kości
I z głębin nocy wykrzesał świtanie

(xxx)

Jest w tym wierszu Brylla przeczucie dylematów odzyskanej wolności. Pytania postawione kilkanaście lat temu odżywają dzisiaj z wyjątkową aktualnością. W pierwszych miesiącach po stłumieniu społecznego zrywu poeta zastanawiał się, które z tamtych idei ocaleją w nas, kiedy wreszcie wybijemy się na prawdziwą niepodległość. W najnowszych tekstach wznawia te wątki cierpko i nie bez trwogi. Jego niepokój budzi “cielęcy marsz” - by użyć określenia Brechta - w kierunku zachodniego raju ustrojowego, ekonomicznego, kulturalnego. Przygnębia go nowa nowomowa - operująca słownikiem wspólnoty wprawdzie i do tego europejskiej, ale niestety tylko gospodarczej. Próżno uspokaja myśli, że przecież święty Paweł był mimo swych chrześcijańskich cnót nieprzeciętnie obrotny, że wszystko to jedynie środki, a nie cele same w sobie, że majętność zapewni narodowi więcej czasu na autorefleksję.

Bryll słono szacuje koszty westernizacji polskiego społeczeństwa. I nie chodzi tu wcale o jakiś duchowy blamaż ulicznego kapitalizmu. Poeta jest w stanie docenić straganowy heroizm. Idzie o przekroczenie granic tożsamości kulturowej, którego wymaga proces przystosowawczy. W pisarstwie autora Listu i w jego amerykańskich wykładach zawarta jest wizja Europy rozdwojonej mentalnie. U podstaw tego rozdwojenia leżą kwestie religijno-światopoglądowe. Mówiąc w uproszczeniu: Zachód - luterański, kalwinistyczny - opiera swoją aktywność na przeczuciu łaski, predestynacji. Doczesne powodzenie stanowi przesłankę boskiej przychylności, a więc w planie transcendentnym - zbawienia. Katolicyzm tymczasem - zwłaszcza polski - funduje zupełnie inną perspektywę. Wiara w pozaziemskie prosperity każe tłumić przedsiębiorczość. Bogactwo jest wręcz obciążeniem na stromej drodze do kręgu wybranych. To, że trudno przestroić skalę metafizycznej podświadomości, nie podlega dyskusji. Można tylko rozważać, czy warto taką próbę podjąć.

W tym miejscu Bryll podsuwa analogię Izraela. Koncepcje, które wyszły z tej ziemi, nie przyniosły jej rozkwitu. Wprost przeciwnie, zwycięstwo dokonało się w Rzymie, a naród żydowski został postawiony pod pręgierz asymilacji i adaptacji. Część oczywiście uległa temu, płacą cenę kultury i idei za tak zwane lepsze życie. Ale część nie chciała się włączyć, pragnąc zachować własny folklor duchowy, osobność i intensywność wzruszeń. Bardzo konkretny wyraz znalazły te imponderabilia w motywie walki Jakuba z Aniołem, który przywołuje poeta na końcu utworu, Bóg biblijnego patriarchy jest naprawdę jedyny w swoim rodzaju. Odległy i nietykalny, a z drugiej strony bliski i kontaktowy. Forma zmagań Jakuba z absolutem - fizyczna, cielesna - wiele mówi o żydowskim poczuciu metafizyki, tak odmiennym od wszystkiego, co było w tej materii wcześniej i tego, co nastąpiło później. Potrafiono ową wyjątkowość obronić przed kulturową homogenizacją.

Czy i my zachowamy swój koloryt duchowy w marszu ku cywilizacji postępu, czy zdajemy sobie w ogóle sprawę, w czym tkwi ten koloryt i co mamy do stracenia - pyta Bryll. Zdaniem poety nasza tożsamość mentalna polega w głównej mierze na pojęciu czyśćca i kulcie maryjnym. A więc jeszcze jedna uważna powtórka z Mickiewicza. Bo czyściec to przecież Dziady. Odrzucenie zachodniej emblematyki i topiki Sądu Ostatecznego, wiara w możliwość wymodlenia odpustów dla zmarłych, w istocie zawieszająca groźbę piekła i uchylająca myśli o potępieniu. Stąd już tylko krok do adoracji postaci Matki Boskiej. Ona bowiem najlepiej wyprasza u Boga te zwolnienia, przypominając o słabościach człowieczeństwa. Jeśli staropolska szlachta udała się pod Jej obronę, jeśli strajkujący robotnicy w 1980 roku tak samo się ofiarowywali, to nie wolno tego ignorować, sugerując że to jakieś proste, ludowe, że nie da się na tym wznieść wysokiej idei.

*

Liryka Ernesta Brylla jest w kształcie z lat ostatnich spójną i odpowiedzialną propozycją artystyczną. Wzywa do opamiętania, nawołuje do moderacji postaw. Upomina elity polityczne i intelektualne, że ich swary są żałosne i kompromitujące. Wytyka liderom, że zatracili swój dawny format. Ta liryka kąsa również elity kleru katolickiego za bezrefleksyjny stosunek do specyfiki polskiej wiary. Sztorcuje dogmatyków konstruujących teologię maryjną dokładnie w poprzek ludzkich uczuć: zwątpień, bólu, smutku. Wypada na koniec zapytać, czy Bryll posiada do tego wszystkiego prawo, skoro sam przynależy do kręgów elitarnych, a jego biografia duchowa z pewnością nie jest nieskazitelna? Zachodnia cywilizacja, która wabi nas teraz tak słodko, ma na to świetną odpowiedź: nobody is perfect.