Biblioteka w Kaliszu

Maria Konopnicka

Mi³osierdzie gminy

Maria Konopnicka

      Dziewi±ta dochodzi na zegarze gminy. Przez lekk± mg³ê porann± przebijaj± ciemniejsze, lazurowe go³êbie, zapowiadaj±c cudown± i cich± pogodê. Przed kancelari± snuj± siê gromadki, oczekuj±c przybycia pana radcy Storcha, którego szary filcowy kapelusz i laskê ze srebrn± ga³k± widaæ przed blisk± kawiarni± Gehra, u stolika pana sêdziego pokoju, czytaj±cego tu przy cienkiej kawie swój poranny dziennik. Pan radca mo¿e przybyæ lada chwila; tak przynajmniej s±dzi wo¼ny, stoj±cy w pó³urzêdowej postawie na ganku kancelarii i odpowiadaj±cy na pozdrowienia przechodniów przytkniêciem dwu palców do granatowej z bia³± wypustk± czapki.
       Od strony kawiarni Gehra dolatuj± rze¶kie g³osy obu rozmawiaj±cych panów. Pan radca zatrzyma³ siê tylko na chwilê, nie siada nawet, ale rozmowa z panem sêdzi± bawi go widaæ, gdy¿ s³ychaæ od czasu do czasu jego ¶miech swobodny, weso³y, któremu odpowiada krótkim naszczekiwaniem pyszny brunatny seter, w postawie sfinksa u stolika le¿±cy.
      Tymczasem ludzie przed kancelariê przychodz±, pozdrawiaj± siê wzajem i staj± gawêdz±c niedbale. Niektórzy id± wprost do kancelarii, inni przysiadaj± na kamiennych, po³±czonych lu¼nym ³añcuchem s³upkach, które niewielki, ¿wirem wysypany plac przed gmachem od ulicy dziel±; jeszcze inni zadar³szy g³owy przypatruj± siê samemu gmachowi. Jest nowy. Stan±³ wszak¿e na miejscu dawno zadrzewionym, z którego mu pozostawiono dwa szeroko rozros³e o ³upi±cej siê delikatnej korze platany, których ¿yw± zieleñ jesienne s³oñce z³ociæ ju¿ nieco zaczê³o.
      Sam gmach prosty, szary, kwadratowy niemal, ma na p³askim dachu nisk±, ¿elazn± balustradê o z³oconych ga³kach, a na fasadzie cztery pilastry i pami±tkow± tablicê z napisem. Napis ten, b³yszcz±cy weso³o z³oceniem swych liter, przyci±ga oczy ludzkie. Ka¿dy prawie z przyby³ych podnosi g³owê i odczytuje go z powag±. Albo¿ nie ma prawa? Wszak ka¿dy na wzniesienie kancelarii da³ swoje trzy grosze, a dom jest wspóln± w³asno¶ci± i wspólnym dzie³em gminy. Nie mniej przyci±ga oczy zegar, umieszczony w samym ostrzu trójk±ta opieraj±cego siê podstaw± o p³askie kapitele pilastrów, tylko ¿e wskazówki jego zdaj± siê dzi¶ wolniej jako¶ poruszaæ po okr±g³ej i b³yszcz±cej tarczy. Tak przynajmniej mniema w³a¶ciciel bliskiej piwiarni, który co chwila dobywa swoj± wielk± srebrn± cebulê konfrontuj±c j± z zegarem gminy! Mi³y Bo¿e; po co siê cz³owiek ma ¶pieszyæ. Czas i tak leci. Ju¿ tylko parê minut brakuje do dziewi±tej; gromadki zaczynaj± siê ¶ci±gaæ przed sam ganek kancelarii, ¶miej±c siê i rozmawiaj±c g³o¶no. Nie ma w tym zebraniu nic uroczystego: jak kto przy robocie sta³, tak przyszed³. Zwyczajnie, za interesem.
      Codzienne "joppy" szarzej± siê na grzbietach; rze¼nik Wallauer przyszed³ w ró¿owym dymkowym kaftanie, Jan Blanc, rymarz z Hösehli, w zielonym kitajkowym fartuchu, spiêtymi na mosiê¿n± haftkê z ³añcuszkiem; wielu mimo rannego ch³odu stawi³o siê na zebranie w kamizelkach tylko; wdowa Knaus, jak sz³a z targu, tak wst±pi³a z koszykiem ogrodowizny i z now± szczotk± pod pach±. A có¿? Wszak tu wszyscy swoi.
      Nareszcie na kwadratowej wie¿ycy Nowego Münsteru zaczynaj± biæ kwadranse, a jednocze¶nie daje siê s³yszeæ radosne szczekanie wy¿³a biegn±cego u nóg pana radcy. Wyprzedza go, wraca, znowu go wyprzedza, znów w paru susach wraca, a¿ weszli razem w wybornych humorach w otwarte drzwi kancelarii. Zaraz za nimi zaczynaj± wchodziæ czekaj±ce przed gmachem gromadki.
      Wchodz± i w sieniach ju¿ dziel± siê na dwie partie: ciekawych i interesowanych. Interesowani przepychaj± siê zbitym szeregiem do ¿ó³tych drewnianych balasków, dziel±cych salê na czê¶æ urzêdow± i nieurzêdow±, ciekawi id± wolniej i obsiadaj± ³awki biegn±ce doko³a pod ¶cian±.
      Nie jest to rozdzia³ stanowczy.
To z jednej, to z drugiej strony co i raz miano sobie co¶ do powiedzenia; czasem te¿ który z ciekawych uczuwa siê nagle interesowanym i u balasków miejsca sobie szuka³. Cz³owiek mo¿e siê namy¶leæ i w ostatniej chwili.
      Interesowanych jest mniej; ci maj± wa¿niejsze stanowisko w sali. Jest tu powro¼nik Sprüngli, który siê niedawno z wdow± o¿eni³ i warsztat chcia³ rozwin±æ; jest Kägi Tobiasz, w³a¶ciciel piwiarni "Pod Zielon± Ró¿±"; jest piekarz Lorche; jest ober¿ysta z Mainau; jest Dödöli, w³a¶ciciel winnic; jest Wetlinger Ürban, s³odownik; jest Tödi Mayer, ¶lusarz; jest kotlarz Kissling; jest ogrodnik Dörfli, jest stolarz Leu Peter i kilku innych jeszcze.
      Ka¿dy z nich potrzebuje pos³ugi to w warsztacie, to w domu, to w roli. Ka¿dy te¿ woli, ¿e mu to taniej przyjdzie, ni¿ gdyby parobka zgodzi³. Porozpierali siê u balasków i gwarz± z cicha. Wdowa Knaus tak¿e siê miêdzy nimi rozpar³a. Od czasu jak siê syn o¿eni³, na imiê boskie nie ma siê kim w domu pchn±æ. Jest przy tym mi³osiernego serca i chêtnie by biedotê jak± wziê³a, ¿eby tylko pos³ugê z tego niezgorsz± mieæ mo¿na. No i ¿eby dop³ata nie bardzo marn± by³a. Nie mo¿e przecie niedo³êgi darmo do domu braæ. Gmina zreszt± ma fundusze na to, ¿eby za biedaków, co ju¿ robiæ nie mog±, p³aci³a. ¯ebraæ przecie¿ nie pójd±, nie wolno. Czy tylko bêdzie w czym wybraæ? Pod jesieñ s³abnie to jak muchy. Wola³by babê. Phi! we¼mie i dziada, jak baby nie bêdzie. Aby od biedy, aby od biedy! A czy to ma³o tej ho³oty w gminie? Tygodnia nie ma, ¿eby do kancelarii nie ci±g³a jaka mizerota, której siê zdaje, ¿e ju¿ nie poradzi robocie. Nieprawda! Takiego dobrze docisn±æ, to i za m³odego obstanie od nag³ego razu. A i to b³ogie, co tam gmina doda. Nie raz, nie dwa jeszcze taki swego nie przeje, a ju¿ go ¶mieræ ¶ci¶nie. Hoppingerom siê trzydzie¶ci, franków po starej Reguli zosta³o, co j± na wiosnê z kancelarii wziêli. A Egli? Egli wiêcej ni¿ w parobka w Alojza ora³, a jeszcze po³owy zapomogi nie wyda³, kiedy stary zipn±³ Pan Bóg mi³osierny niczyjej krzywdy nie chce!
      Tu wdowa wzdycha, a czarny kamlotowy kaftan podnosi siê z szelestem na jej szerokich piersiach.
      Ale jeden i drugi ogl±da siê ku drzwiom. Czemu nie przyszed³ Probst? Spodziewano siê, ¿e pierwszy do licytacji stanie, a jego dot±d nie ma. Ucicha nareszcie w sali; a pan radca podnosi g³owê od biurka, przy którym stoj±c czyta³ papier jaki¶.
      Jest to m³ody jeszcze, przystojny i okaza³y szatyn, którego niewielka ³ysina niemal ¿e nie szpeci wcale. Twarz ma miêsist±, okr±g³±, w±s rudawy, spojrzenie otwarte, jasne. Ubrany z pewnym wykwintem, u szwajcarskich urzêdników niezwyk³ym. Szczególniej uderza ¶nie¿ny gors u koszuli, na którym b³yszcz± drobne z³ote spinki. Podniós³szy g³owê pan radca oczy mru¿y i znad z³otych okularów po obecnych patrzy. W tej chwili w³a¶nie wo¼ny drzwi zamyka. Zdaje siê, ¿e ju¿ nikt wiêcej nie przyjdzie.
      - No, moi panowie - odzywa siê pan radca przeci±gaj±c palcem t³ustej bia³ej rêki pomiêdzy przyciasnym ko³nierzykiem a pe³n±, nieco nabrzmia³± szyj± - no, moi panowie, mamy dzi¶, jak wiecie, posiedzenie sekcji dobroczynno¶ci w gminie. Czy tak?
      - Tak, tak! - odzywa siê kilka g³osów w sali.
      - A wiêc, moi panowie - dodaje radca zapuszczaj±c palec miêdzy ko³nierzyk a kark k³ad±cy siê na nim fa³d± t³ustej skóry wiêc mo¿emy zaczynaæ!
      - Tak, tak! - odzywaj± siê ponownie g³osy. Ale pan radca, ¶wie¿y urzêdnik z wyborów, nie lubi traciæ sposobno¶ci do ma³ych przemówieñ, które by gruntowa³y popularno¶æ jego. Chrz±ka tedy i opar³szy obie d³onie na pulpicie swego biurka tak rzecze:
      - Wiadomo panom, jak opiekuñcze s± ustawy gminy. Wiadomo panom, ¿e gmina nie, dozwala cierpieæ nêdzy ¿adnemu z cz³onków swoich. Ociera ³zy, odziewa nagich, karmi g³odnych, bezdomnym daje dach nad g³ow±, s³abych wspiera.
      Tu czuj±c, ¿e mu siê ten frazes uda³, robi krótk±, lecz znacz±c± pauzê. 
      Obejmuje potem oczyma obecnych i tak mówi dalej:
      - Ustawy gminy s± ustawami chrze¶cijañskiego mi³osierdzia, s± one nie tylko nasz± zdobycz± cywilizacyjn±, ale nasz± chlub±. Tak jest, panowie, one s± nasz± chlub±! Wiadomo panom, ¿e m³odo¶æ nie trwa, si³y opuszczaj±, choroba i bieda ³amie. Jest to powszechne prawo, któremu ulega ¶wiat ca³y. Ale nasza gmina podejmuje walkê z tym prawem. W jaki sposób? W bardzo prosty: przygarnia tych, których skrzywdzi³o ¿ycie, przygarnia nêdzarzy i wydziedziczonych, przygarnia kaleki i niemocne starce!
      Tu pan radca dziwi siê, ¿e mu tak dobrze idzie, i znów robi pauzê. ¯al mu po prostu, ¿e s³ucha go tak ma³a garstka ludzi. Taka mowa, wypowiedziana na jakimkolwiek du¿ym zebraniu; zrobi³aby mu imiê, za czym z wysoka rzuca okiem na salê i tak koñczy:
      - Tak jest, moi panowie! Gmina przygarnia ich i godz±c rozumn± rachubê z porywami serca mówi: Starzec ten, nêdzarz ten, ten kaleka nie mo¿e ju¿ wy¿yæ ze swej pracy. Owszem, nie mo¿e ju¿ pracowaæ.  Nie ma on rodziny, która by go ¿ywiæ mog³a; lub te¿ ma rodzinê biedn±, której praca ledwo starczy, by g³odu nie zaznaæ. Mam¿e go pu¶ciæ, ¿eby siê w³óczy³ po drogach jako wstrêtny ¿ebrak? Nigdy. Potrz±sa g³ow± energicznie i podnosz±c g³os mówi:
      - Wo¼ny, wprowad¼ kandydata!
      Wo¼ny przechodzi szerokim krokiem salê i znika we drzwiach bocznych, do ma³ej komórki, s³u¿±cej niekiedy za kozê, wiod±cych; miêdzy zebranymi szerz± siê pó³g³o¶ne szmery, a pan radca stoi z podniesion± rêk±, ¿eby nie wychodziæ z pozy. Up³ywa krótka chwila. Nagle w drzwiach bocznych ukazuje siê naprzód g³owa, dygoc±ca na cienkiej, wychud³ej szyi, potem kolana ku przodowi zgiête, potem stopy resztk± obuwia ozute, potem rêce zgrabia³e i dr¿±ce, które siê uszaków drzwi z obu stron chwytaj±, ¿eby dopomóc nogom przez próg, a wreszcie grzbiet w pa³±k zgiêty. Jest to Kuntz Wunderli, stary tragarz, którego wszyscy znaj±.
      W sali zapanowywa szmer g³o¶niejszy nieco.
      - To kandydat? Na mi³osierdzie boskie, có¿ to za kandydat? Któ¿ to we¼mie do siebie takiego trupa? Co za pomoc z tego komu? Co za wyrêka? No, no! Ciekawa rzecz, co te¿ gmina daæ my¶li za wziêcie tego próchna! A toæ to skóra i ko¶ci! Nic wiêcej! Niezadowolenie siê wzmaga. S± tacy, którzy od razu siêgaj± za czapki i od balasków odchodz±.
      Ale pan radca na szemry te nie zwa¿a i zaledwie Kuntz Wunderli ukaza³ siê we drzwiach, tak mowê sw± koñczy:
      - Tak jest, moi panowie! Piêkne nasze ustawy wygna³y z ziemi naszej ¿ebraninê, a wprowadzi³y do niej mi³osierdzie. Nie ma ju¿ opuszczonych! Nie ma ju¿ nêdzarzy! Gmina jest ich matk±, gmina jest ich ¿ywicielk±. Oto jest starzec niezdolny do pracy. Kto z panów chce go wzi±æ do siebie? Niejedn± pos³ugê mieæ mo¿na jeszcze z niego. Gmina nie wymaga, by jej cz³onkowie czynili to darmo. Gmina gotow± jest, pod³ug ustaw swoich, przyczyniæ siê do utrzymania tego starca. Kandydacie, przybli¿ siê! Panowie, przy patrzcie siê kandydatowi!
      Sk³oni³ g³owê i dobywszy fular otar³ nim czo³o. £atwo siê poci³, a w sali stawa³o siê gor±co.
Tymczasem Kuntz Wunderli, popchniêty nieco z ty³u przez wo¼nego, wydobywa siê szczê¶liwie zza drzwi i przy progu staje. Pe³ne ¶wiat³o z otwartego, na obszern± ³±kê okna pada teraz na jego zgarbion± i znêdznia³± postaæ. Stoi tak przez chwilê, mn±c w rêku stary pil¶niowy kapelusz, a chude kolana dr¿± mu coraz silniej. Jest wzruszony. Nagle prostuje siê; podnosi g³owê i z u¶miechem na obecnych patrzy. U¶miech ma zachêcaj±cy, weso³y prawie. Kuntz Wunderli nie wie, kto bêdzie panem jego. U¶miecha siê tedy do wszystkich i ra¼no mruga oczyma. Oczy te s± zimne; os³upia³e i stroskane. Stary Kuntz usi³uje im wszak¿e nadaæ filuterny, niemal lekkomy¶lny wyraz. Gdy mu siê jedno zmêczy i staje w ciemnym swoim dole nieruchome, martwe, mruga drugim, jak gdyby chcia³ mówiæ: "Jeszcze ja mocny!". 
      O, i jaki mocny! Chleba darmo nie zjem, pracowaæ bêdê, ka¿dej robocie poradzê. I wody przyniosê, i drew u³upiê, i kartofli naskrobiê, i izbê zamiotê... Du¿± si³ê mam jeszcze... du¿± si³ê... A gdy tak patrzy z wysi³kiem, stara jego g³owa coraz silniej trz±¶æ siê zaczyna, oczy nieruchomiej± i zachodz± wielkimi ³zami a rêce szukaj± podpory. Jedne tylko w±skie i zapad³e usta u¶miechaj± siê, ci±gle siê u¶miechaj±, wtedy nawet, kiedy dwie ³zy ciê¿kie i zimne tocz± siê zwolna po zmiêtej i zbru¿d¿onej twarzy.
      Ten, to ów zaczyna mu siê przygl±daæ. Istotnie stary wygl±da wcale jeszcze dobrze. Dzi¶ rano ogoli³ siê w³a¶nie; wo¼ny po¿yczy³ mu brzytwy. Le¿y to w interesie gminy, ¿eby taki kandydat jak najlepiej i najra¼niej siê przedstawia³. Inaczej móg³by nie znale¼æ wcale amatora. Nie tylko wiêc wo¼ny po¿yczy³ mu brzytwy, ale starego kubraka i niebieskiej chustki na szyjê, które po licytacji znów sobie odbierze. Stary Kuntz umie to ceniæ. Wie on, jakie pobudki mia³a gmina w tak ³askawie udzielonej mu pomocy, i rad by przede wszystkim uwydatniæ te piêkne szczegó³y swojego ubrania. Ale rêkawy kubraka s± na niego przyd³ugie; sam kubrak, zbyt obszerny, wisi na nim raczej, ni¼li go odziewa, a bujny, niebieski bawe³niany fonta¼ dziwnie siê sprzecza z jego wysch³±, pomarszczon± w tysi±ce szwów szyj±, któr± Kuntz to wyci±ga, to chowa, nie wiedz±c, jak lepiej przedstawi siê chustka. W³a¶ciwie mówi±c, jest w trudnym po³o¿eniu.
      Trzeba mu i lito¶æ wzbudziæ, i nie okazywaæ siê zbyt niedo³ê¿nym. 
      Wie on, ¿e stoi tu w charakterze starca nie mog±cego pracowaæ, ale wie tak¿e, i¿ ka¿dy z tych, co tu przyszed³, na jego rêce patrzy, czy siê roboty chwyc±. Gmina ma nad nim. mi³osierdzie prawda, ale zbyt wiele dop³acaæ za niego nie zechce. On to wie, wie dobrze; zbyt wiele wymagaæ nie mo¿e... Zmieszany, wzruszony patrzy ludziom po oczach, miarkuj±c; co który my¶li: na wo¼nego te¿ rzuca w bok krótkie spojrzenia, jakby dla upewnienia go, ¿e ani brzytwa, ani kubrak, ani chustka nie pójd± na marne.
      Ludzie patrz± na starego i gawêdz± g³o¶no. Nie le¿y to w interesie ¿adnego z nich, ¿eby okazywaæ zbyteczny po¶piech. Staliby tak do po³udnia mo¿e, porozpierani na balaskach i bior±cy tabakê, ale pan radca nie lubi przewlek³ych posiedzeñ.
      - No, moi panowie - odzywa siê on g³o¶no. - Czy przypatrzyli¶cie siê kandydatowi?
      - A có¿ mu siê tam przypatrywaæ - odpowiada po ma³ym milczeniu kotlarz Kissling. - Toæ my go co dzieñ widzimy. Stary ledwo dycha, nie uci±gnie, nie d¼wignie... Jak my¶licie, szwagrze zwróci³ siê do Faustyna Tröndi - bêdzie mia³ z osiemdziesi±t albo i wiêcej? Stary chrz±kn±³. Osiemdziesi±t dwa skoñczy³, osiemdziesi±t dwa... Ale u¶miecha siê tylko i milczy.
      - Ile macie lat, stary? - pyta go Tödi Mayer.
      Kuntz szybko mruga ku wo¼nemu okiem, a potem mówi:
      - Siedemdziesi±t i cztery, kochanku! Siedemdziesi±t i cztery!
      - A poka¿ no, stary, zêby! - odzywa siê ober¿ysta z Mainau. Kuntz znów rzuca szybkie spojrzenie na wo¼nego i rozszerzywszy zesch³e wargi ukazuje wcale jeszcze zdrowe zêby.
      Publika zaczyna siê ¶miaæ. 
      - Ho! ho! - mówi jeden - a to by i ko¶æ ugryz³.
      - Chleba siê nie zlêknie - dodaje drugi.
      Leu Peter, stolarz, przechyla siê ku niemu.
      - A machnij no, stary, piê¶ci±! Dalej!
      Wunderli postêpuje krok naprzód, podnosi nieco g³owê, prostuje grzbiet i macha kilka razy rêk±, której ¶ci¶niêta piê¶æ ginie w d³ugim rêkawie po¿yczonego kubraka. Rêka opada mu za ka¿dym razem jak z³amana ga³ê¼. W stawach s³ychaæ trzask przykry.
      - A co? Nie¼le macha! - odzywa siê kto¶ z ³awy.
      - Phi!... - dodaje pesymistycznie drugi, wiedz±c, ¿e uwagi galerii nigdy nie s± dla interesowanych stracone.
      - A jak¿e nogi? - pyta znów Tödi Mayer, który widocznie na Kuntza ma ochotê. - Maszeruj no, stary! Ale stary miesza siê widocznie. Nogi, to w³a¶nie najs³absza jego strona. Ba! gdyby nie nogi!... I nawet nie tyle nogi, co kolana... Na sam± my¶l o wyprostowaniu ju¿ mu w nich co¶ strzyka... Ale Kuntz Wunderli nie zawiedzie gminy. Z najwy¿szym wysi³kiem unosi jedn± stopê i stawia j± natychmiast na tym samym miejscu. Nie... nie... pomyli³ siê. To nie ta! To gorsza! Podnosi tedy drug±, lecz jeszcze szybciej spuszcza j± z g³o¶nym syknieniem. Co u diaska! Czy to nie tamta? Czy¿by ta w³a¶nie by³a gorsz±? Interesowani marszcz± siê i milcz±. Galeria, która z ³awek po wstawszy podesz³a do balasków, zaczyna siê ¶miaæ g³o¶no.
      - Dalej! Dalej? - wo³aj±. - Maszerowaæ! Maszerowaæ, stary!
Pan radca surowo spogl±da na ¶miej±c± siê galeriê, po czym zwrócony do starego mówi z odcieniem niecierpliwo¶ci:
      - Czegó¿ stoisz? Rusz¿e siê z k±ta?
      Kuntz Wunderli u¶miecha siê nie¶mia³o, bole¶nie. Zaraz, zaraz... 
      Naturalnie! Czegó¿ on stoi? Zaraz siê ruszy... Zaraz...
      I nagle, zebrawszy si³y, podnosi g³owê, wytrzeszcza sp³owia³e oczy, wyci±ga jak ¿uraw szyjê; prostuje siê, przyciska rêkami kolana i ku drzwiom maszerowaæ zaczyna.
      Jest to widok tak pocieszny, ¿e ca³e zgromadzenie wybucha g³o¶nym ¶miechem. Stoj±cy bli¿ej przy ³awach padaj± na nie, chwytaj±c siê za boki, pan radca zas³ania usta trzyman± w rêku ustaw±, a wo¼ny odwraca siê do k±ta i parska w ku³ak.
      - Dobry! Dobry! - wo³aj± g³osy z ³awek.
      - Dalej! Dalej! - odpowiadaj± inne.
      Stary idzie. Sztywne jego nogi nie zginaj± siê wcale: podnosi on je jak kije z niezmiernym wysi³kiem i opuszcza na dó³, rozpaczliwie przyciskaj±c rêkoma chore i obrzmia³e kolana. Tymczasem, jakby na z³o¶æ, sala wyd³u¿a siê, ro¶nie, drzwi uciekaj± kêdy¶, ¶ciany nabieraj± przera¼liwej g³êbi; staremu Kuntzowi zdaje siê, ¿e nigdy, nigdy nie zdo³a doj¶æ a¿ do nich... Czuje wszak¿e, i¿ wszyscy ci ludzie na niego patrz±, ¿e - gmina patrzy. Zaciska tedy zêby i znów podnosi sztywn± i ciê¿k± nogê.
      Nagle staje i szeroko otwiera os³upia³e oczy. U drzwi, w gromadzie g³ów ludzkich widzi g³owê syna.
      Tego siê nie spodziewa³. Nie, nie! Tego nie...
      Ciemna czerwono¶æ bucha mu na twarz resztk± krwi spod serca.
      Nie s³yszy ¶miechu ludzkiego, nie s³yszy nawet g³osu pana radcy, który go na miejsce wo³a. Widzi tylko syna.
      Jak urzeczony patrzy na niego i zaczyna dr¿eæ jak na wielkim, wielkim zimnie; wszystkie jego stare ko¶ci dygoc±. Struchla³a twarz blednie, bieleje, staje siê bia³a, bardzo, bardzo bia³a. Na czole rysuje siê dziwnie twarda i surowa bruzda; oczy jego zapalaj± siê i gasn±. 
      Niepocieszone, martwe, stroskane, z dziwem i strachem patrz± siê w twarz syna. Nie, nie, on nie chce, ¿eby go syn licytowa³ w gminie... 
      On nie chce!
      Kurczy siê, odrywa rêce od kolan i zastawia siê nimi. Nie, nie! On siê boi! On nie chce!
      Ale wo¼ny przystêpuje i bierze go za ramiê.
      - Go u diab³a? Czego stoi jak g³upi? Czy nie widzi, ¿e urz±d czeka? 
      Dalej naprzód!
      Stary Wunderli jest wszak¿e w tej chwili tak s³aby, ale to tak s³aby jak dziecko. Po prostu: ruszyæ siê nie mo¿e. Nogi mu siê pl±cz±, zêby szczêkaj±, g³owa siê chwieje jak ten li¶æ jesienny. Wo¼ny popycha go przed sob±, a tak¿e podtrzymuje nieznacznie. Gdyby go nie podtrzymywa³, stary upad³by mo¿e. W duchu nie ma on wielkiej nadziei, ¿eby starego gmina ³atwo pozbyæ siê mog³a. Te raz widzi, ¿e i brzytwa, i chustka, i kubrak - tak jak na nic.  Zupe³nie jak na nic.
      - Prêdzej! - wo³a niecierpliwie pan radca.
       Kuntz Wunderli opamiêtywa siê jako¶ i znów staje na poprzednim miejscu. Jest ono dobrze wybranym. Z szeroko otwartego na ogród okna pada na nêdzarza pe³ne, z³ote ¶wiat³o. W ¶wietle tym zmartwia³a twarz starego nabiera nieco ¿ycia. Na ³ysej jego czaszce igra odblask cichej i modrej pogody. Os³upia³e ¼renice podnosz± siê i zawieszaj± kêdy¶ daleko; na szerokim s³onecznym b³êkicie.
      - Kto wie? Mo¿e i nie¼le by³oby, ¿eby siê syn utrzyma³. Kto wie? 
      Synowa z³a i sk±pa, to prawda, ale umar³by w¶ród swoich przynajmniej. I wnuki... widzia³by co dzieñ wnuki. 
¬renice starego wilgotniej±, staj± siê miêkkie i rzewne; na ustach dr¿y jakie¶ niewymówione s³owo, wielka surowa zmarszczka na czole wyg³adza siê i znika.
      Stanowczo nie wygl±da w tej chwili na wiêcej jak siedemdziesi±t cztery. To o¿ywia nieco interesowanych.
      - Nietêgi w nogach! - mówi krêc±c g³ow± piekarz Lorehe.
      - Co to nietêgi! - prostuje kto¶ z ³awy.
       - On nas jeszcze wszystkich przeskoczy! - dodaje inny.
      - Zuch stary! - wo³a trzeci.
      - Jak¿e my¶licie, szwagrze? - pyta pó³g³osem Tödi Mayer swojego s±siada.
      - A có¿? Ja bym bra³. Kiepski w nogach, ale w warsztacie pos³u¿y.
      - Ani bym na to chuchro nie spojrza³ - mówi Dödöli - gdyby tu by³ inny.
      - A co ? W domu i to siê przyda - perswaduje Kissling.
      Pan radca bystrym okiem po obecnych wodzi. Chwila wydaje mu siê odpowiedni± do zagajenia licytacji. I tak sprawa ta przeci±gnê³a siê nad miarê dzisiaj. Za du¿o by³o ciekawych.
      Dobywa zegarek, podnosi go blisko do oczu, porównywa ze ¶ciennym zegarem gminy i skin±wszy na wo¼nego rzecze pe³nym inicjatywy g³osem:
      - Moi panowie, koñczymy! Kandydat, przedstawiony wam przez sekcje dobroczynno¶ci gminy, ze wszech miar zas³uguje na wasz± uwagê. Zdrów jest, niezbyt podesz³y w latach; si³y dobrze mu s³u¿± i do ka¿dej l¿ejszej roboty przydaæ siê w domu mo¿e. Kto z panów reflektuje? I z jak± dop³at±?
       Cisza nastaje po tych s³owach pana radcy. Jaki taki liczy siê z potrzeb± pos³ugi i z groszem.
Sprüngli porusza siê i przestêpuje z nogi na nogê. Zauwa¿y³ to pan radca i sk³aniaj±c siê uprzejmie w stronê powro¼nika rzecze:
      - Moi panowie, pan Sprüngli zaczyna. Panie Sprüngli; prosimy! Jakiej dop³aty ¿±da³by¶ pan od gminy za przyjêcie w dom swój kandydata?
      - Dwie¶cie franków! - rzecze powro¼nik i urywa niepewny, czy nie za¿±da³ zbyt ma³o:
      - Co? Dwie-¶cie franków? - pyta udaj±c zdumienie pan radca. Po czym zatrzymuje siê na chwilê: - Moi panowie! Nic nie by³oby dla mnie milszego nad taki stan finansów gminy, który by sekcji jej dobroczynno¶ci pozwala³ na podobnie kolosalne wydatki. Gdy jednak tak nie jest, musimy to uwzglêdniæ i stawiaæ przystêpniejsze cyfry. I namy¶lcie siê, panie Sprüngli? Jak¿e, moi panowie? Widzieli¶cie, panowie, zêby kandydata? To cz³owiek silny jeszcze!
      - I có¿ tam, zêby! - odzywa siê ober¿ysta z Mainau. - To gorzej jeszcze, ¿e zdrowe! Jak siê stary rozje, to go nie natkam, a do roboty nie stanie.
      - Oho! nie ma biedy! Ju¿ my go napêdzimy! - mówi Kägi mrugaj±c zezowatym okiem.
      - Ja? - obrusza siê ober¿ysta. - Ja na dziecko nie zakrzywiê palca! 
      - No, no! - odpiera Kägi. - Potraficie w parobka oraæ!
      - Wy co? Czy to ja Probst jestem?
      Roze¶mieli siê obaj.
      - Kto tam wie, czy i Probst winien! - rzecze Kissling. - Dziad napija³ siê mo¿e...
      - Jako ¿ywo! Nikt go pijanym nie widzia³ - zaprzecza Lorche.
      - Ale to tam nie Probsta robota, tylko ¿ony! ¯ona jêdza..., odzywa siê g³os z ³awy.
      - Baba spod ciemnej gwiazdy! - dorzuca kto¶ z k±ta.
      - Jak by³o, tak by³o - mówi Sprüngli - do¶æ, ¿e siê stary Hänzli u niego powiesi³...
      - Musia³o mu byæ s³odko..
      - Jak to? - wo³a rze¼nik Wettinger. - To ja takiego bêdê ¿ywi³, odziewa³, dach nad g³ow± dawa³ za ten marny grosz z gminy, a do roboty nie bêdzie mi go wolno napêdziæ?
      - No tak... Ale zawsze. 
      - Moi panowie - przerywa pan radca - przystêpujemy do ukoñczenia tej sprawy. Czas urzêdowych osób jest ograniczony. Pan Sprüngli poda³ dwie¶cie franków. Kto z panów licytuje in minus? 
      Cisza.
      - Kto z panów licytuje? - pyta ponownie pan radca. - Panie Sprüngli, namy¶lcie siê, proszê.
      - Ju¿em siê namy¶li³ - rzecze Sprüngli. - Mniej nie mogê ni¼li dwie¶cie franków.
      Pan radca odwraca siê od niego.
      - Kto licytuje, panowie? Kto licytuje?
      - Sto osiemdziesi±t piêæ wezmê! - mówi zwolna, cedz±c zg³oski piekarz Lorche. - Ale niech przynajmniej tê zimê w ubraniu swoim chodzi. U mnie ciep³o.
      Stary Wunderli spogl±da po sobie najpierw, potem po sali i nagle dr¿eæ zaczyna. Wydaje mu siê, ¿e mróz ju¿ mu ko¶ci siêga. W swoim ubraniu? Có¿ on za ubranie ma? Albo¿ on na ubranie zarobiæ móg³ grosz jaki? Na chleb zaledwie móg³ zarobiæ, a i to z ciê¿ko¶ci±. Bluzê p³ócienn± ma, ³atan± bluzê tylko. Jak tu zimê w tym przebyæ? Co to za ubranie?
      - Sto osiemdziesi±t z tym samym warunkiem! - odzywa siê grubym g³osem Dödöli, w³a¶ciciel winnicy.
      - Z tym samym warunkiem? - my¶li stary Kuntz, a nêdzne jego nogi dygoc± coraz silniej. - Mi³osierny Bo¿e! Po có¿ tu jakie warunki? 
      Wszak stoi tu jak ten £azarz przed lud¼mi... Có¿ tu za warunki?...
      Po o¶wiadczeniu Dödölego znów siê cicho robi. Pan radca stoi jak na szpilkach.
      Chwilê bawi siê koralowym brelokiem, po czym zmuszaj±c siê do uprzejmego tonu mówi:
      - Dalej, moi panowie! Dalej! Kto licytuje?
      - Sto siedemdziesi±t i piêæ! - mówi dobitnie Tödi Mayer. Potrzeba mu na gwa³t parobka. Robota a¿ kipi w domu.
      - Sto sze¶ædziesi±t! - wo³a kto¶ nagle z k±ta.
      Obejrzano siê: nie dowierzano sobie. Zazwyczaj opuszczano po piêæ franków, po siedem zreszt± Ale ¿eby kto¶ o piêtna¶cie od razu mniej chcia³ braæ, tego przyk³adu nie by³o.
      Sam pan radca spogl±da ciekawie w k±t sali; stary Kuntz tak¿e podnosi g³owê i patrzy:
      Z boku nieco, bli¿ej drzwi, poza ramionami licytantów, u balasków rozparty stoi syn jego, z krótk± fajk± w zêbach. Za rêkê trzyma najm³odszego ch³opca.
      Stary otwiera usta i patrzy z mieszanin± strachu i nadziei.
      Syn przeciska siê do balasków, wyjmuje fajkê i w pierwszym rzêdzie staje z podniesion± g³ow±. Nikt mu tego za z³e nie bierze.
      Dzieciaków gromadê ma, sam ciê¿ko pracowaæ musi. Jedna gêba wiêcej u miski to du¿a rzecz tam, gdzie i ci, co do niej siedli, nie zawsze siê najedz±. Trzymaæ ojca darmo nie mo¿e. Bóg widzi, jako nie mo¿e! Ale z tym, co gmina doda, spróbuje. Nie wymaga wiele. Od razu trzy razy tyle opuszcza, co ktokolwiek z obcych. Zarabiaæ na gminie i na starym nie chce. Niech tylko mu siê w³asny grosz, choæby i nieca³y, powróci. Wszyscy to rozumiej± doskonale; ka¿dy by z nich zrobi³ to samo. 
      Cz³owiek siê tak jak ka¿da rzecz zu¿ywa, a zu¿yty ciê¿y. Kto na to ma, mo¿e i dziada ¿ywiæ, a nie dopiero ojca, ale kto nie ma na to, ju¿ci, kra¶æ nie pójdzie. Jest to rzecz jasna jak s³oñce.
      A jednak od tej rzeczy jasnej jak s³oñce pada jaki¶ posêpny cieñ na wszystkie czo³a. Ludzie bokami patrz±, jakby nie chcieli, nie mogli spojrzeæ sobie oko w oko. Cisza trwa d³u¿ej ni¿ zwykle. W ciszy tej s³ychaæ ciê¿kie, do jêku podobne westchnienie starego Kuntza.
       Pan radca bystro pogl±da po ludziach. Widocznie syn siê utrzyma.
      - A wiêc, moi panowie - zagaja przemilczawszy nieco a wiêc utrzymuje siê ostatnia oferta: sto sze¶ædziesi±t franków! Cieszy mnie, bardzo cieszy.
      Tu urwa³. W³a¶ciwie nie wie, co go tu ma cieszyæ. Tego, i¿ cieszy siê, ¿e sobie wszyscy raz do licha pójd±, nie mo¿e im przecie¿ tak w oczy powiedzieæ.
      Ale przemowa ta okazuje siê przedwczesn±.
      - Sto piêædziesi±t i piêæ! - podbija syn Tödi Mayer i ociera czerwon± bawe³nic± szerokie, spocone czo³o.
      Syn cofa siê w milczeniu od balasków i rozdmuchuje przygaszon± fajkê. Ale dziecko, które za rêkê trzyma³, spostrzega w tej chwili starego.
      - Dziadu¶! Dziadu¶! - wo³a cienkim, przenikliwym g³osikiem.
      Stary wnuka nie widzi, s³yszy go tylko, rzewny u¶miech rozszerza jego zwiêd³e wargi. Potrz±sa rado¶nie g³ow± i robi ruch taki, jakby bra³  tabakê. Idzie to jako¶, dziêki Bogu idzie. Wszystko jeszcze mo¿e byæ dobrze!
      - Sto piêædziesi±t! - wo³a syn.
      Ale Tödi Mayer ust±piæ nie my¶li. Zaperzy³ siê; by³ z tych, którzy siê rozpalaj± do ka¿dej stawki. Có¿ syn? Syn go móg³ darmo trzymaæ. Za pieni±dze gminy ka¿dy teraz dobry, ka¿dy ma prawo.
      - Sto czterdzie¶ci i piêæ! wo³a podniesionym g³osem.
      Syn przechyla g³owê i patrzy na Tödi Mayera z wysoka lekko zmru¿onymi oczyma.
      Namy¶la siê chwilê, po czym macha obojêtnie rêk±. Nie mo¿e ryzykowaæ wiêcej. Zrobi³, co do niego nale¿a³o, ale ryzykowaæ nie mo¿e. Jego czarna o prostych w³osach g³owa i twarz kwadratowa, drewniana cofa siê z szeregu, a wysoka, ko¶cista, nieco pochylona postaæ posuwa siê ku drzwiom wskro¶ ci¿by.
      Stary patrzy za nim. Jest niespokojny, otwiera usta i wyci±ga szyjê, lewa powieka zaczyna mu drgaæ nerwowo. Wygl±da teraz staro, bardzo staro. Tödi Mayer miarkuje, ¿e nie¶wietny zrobi³ interes, i szepce z kumem Spenglerem.
      Tymczasem pan radca uderza d³oni± w biurko, przy którym stoi.
      - A zatem - odzywa siê d¼wiêcznym, jasnym g³osem - sto czterdzie¶ci i piêæ franków! Po pierwsze... po...
      - Za pozwoleniem! - przerywa nagle Tödi Mayer. - Czy tylko jopa nale¿y istotnie do starego?
      Pan radca marszczy piêkne, g³adkie czo³o.
      - To nie mo¿e wchodziæ w zakres roztrz±sañ gminy! - rzecze z godno¶ci±, a wo¼ny odwraca siê do k±ta i kaszle g³o¶no.
      - Jak to nie mo¿e? - ujmuje siê za s±siadem Spengler. - Gmina musi wiedzieæ, co daje, a ten, kto bierze, musi wiedzieæ, co bierze. To jasne!
      - Jopa twoja? - pyta Tödi Mayer zwracaj±c siê bezpo¶rednio do starego Kuntza.
      Ale stary Kuntz nie s³yszy.
      Lewa jego powieka dr¿y coraz silniej, spojrzenie s³upieje. Widzi, jak syn oddala siê i jak znika we drzwiach. W chwilê potem widzi go jeszcze raz przez otwarte okno i s³yszy szczebiot dziecka. Id±... 
      Przeszli.
      - Stary opuszcza g³owê i trzêsie ni± w milczeniu. Potem ¶ciska powieki z ca³ej, z ca³ej si³y. Co¶ mu ¼re oczy; s³onego co¶; gorzkiego... ¼re i pali...
      - S³yszysz, stary? - powtarza Tödi Mayer g³o¶niej. - Po¿yczy³ ci kto jopy czy w³asna?
      Us³ysza³ wreszcie. Miesza siê, spogl±da po sobie, zaczyna szybko mrugaæ czerwonymi oczyma i rzuca ukradkiem spojrzenia w k±t, gdzie wo¼ny stoi.
      Tödi Mayer uderza piê¶ci± w balaski.
      - Ale¿ to oszukañstwo! - wybucha gniewnie.
      - Tak! Tak! - odzywa siê kilka na raz g³osów.
      Szmer ro¶nie w sali; oburzenie udziela siê wszystkim.
      - Cz³owiek ma mi³osierdzie - wo³a Tödi Mayer szeroko rozk³adaj±c wielkie czerwone rêce - bierze sobie za marny grosz taki ciê¿ar na kark, ale chce, ¿eby interes rzetelnie by³ zrobiony. To trudno!
      - Tak! Tak! - potwierdza wiêcej jeszcze g³osów. Ponad wszystkimi s³ychaæ g³os Spenglera. Na twarz pana radcy bucha p³omieñ gniewu.
      - ¦ci±gaj kurtê! - krzyczy na starego, a Kuntz Wunderli z po¶piechem rozpinaæ j± zaczyna.
      Nie idzie to ³atwo. Rêce mu siê trzês±, pokurczone palce nie trafiaj± do guzików od razu; staremu pomaga wo¼ny ¶ci±gaj±c ze z³o¶ci± rêkawy. Jako urzêdnik gminy, czuje siê on niemal tak samo dotkniêty jak pan radca.
      - Kapu¶ciana g³owa! Niedo³êga! - szepce przyciszonym, zirytowanym g³osem, szarpi±c na przemiany to jeden, to drugi rêkaw nieszczêsnej kurty, po której zdjêciu okazuje siê ca³a wyj±tkowa nêdza zapad³ych piersi i wychudzonych ¿eber kandydata, ledwie co okrytych srodze ³atan± koszul± i szczêtami letniej kamizelki.
      Stary Wunderli dr¿y silnie, czê¶ci± z ch³odu, a czê¶ci± ze strachu. 
      Wyda³o siê... Co teraz bêdzie? Wszystko siê wyda³o...
      W niezmiernym pomieszaniu podnosi do szyi obie trzês±ce siê rêce i usi³uje rozpl±taæ misternie przez wo¼nego zadzierzgniêty fonta¼.
      - I chustka nie twoja? - krzyczy Tödi Mayer zdjêty ostatni± pasj± w swym rozczarowaniu.
      - Nie moja. - odpowiada ledwie s³yszalnym szeptem Kuntz Wunderli.
      Wo¼ny wyszarpuje mu j± z rêki.
      - Kapu¶ciana... o¶la... barania g³owa! - mówi przez zêby z naciskiem.
      Historia z chustk± wiêcej go jeszcze gniewa ni¼li historia z kubrakiem. Inicjatorem po¿yczki kubraka nie by³ sam: podsun±³ j± mimochodem pan radca, zwa¿ywszy, i¿ kandydat by³ zbyt ¼le odziany aby siê móg³ pokazaæ w urzêdowej czê¶ci sali.
      Ale chustka? Chustka by³a w³asnym pomys³em wo¼nego. Sam j± wi±za³, w³o¿y³ w wi±zanie to co¶ z artystycznych instynktów swoich, co¶ z w³asnej duszy... Zdejmowanie jej nie by³o zreszt± rzecz± konieczn±, nikt chustki nie podejrzewa³, nikt nie pyta³ o ni±. 
      Rozdra¿nienie wo¼nego jest tak wielkie, i¿ zmi±wszy ten niebieski bawe³niany szmatek w obu rêkach ciska go ze wstrêtem pod wieszad³o u drzwi stoj±ce. Nie mo¿e w tej chwili daæ dobitniejszego wyrazu oburzeniu swemu i swej wielkiej wzgardzie.
      Ale Kuntz Wunderli stoi tymczasem przed publiczno¶ci± zawstydzony, zgnêbiony, odarty z uroku. Teraz dopiero mo¿na siê przypatrzeæ jego kolanom, tak ku przodowi wygiêtym, ¿e ca³a postaæ przysiadaæ siê zdaje, teraz mo¿na widzieæ jego wykrêcone, ciê¿kie stopy i jasnoko¶ciste ³okcie. Najzabawniejsze wszak¿e wra¿enie robi szyja starego. Jest ona tak cienk±, ¿e zdaje siê, biczem przetrzasn±æ by j± mo¿na. W ogóle czyni ona starego podobnym do oskubanego ptaka, a to tym bardziej, ¿e nie podparta sztywnym fontaziem g³owa wydaje siê przy tej cienkiej, zwiêd³ej szyi niepomiernie wielka i ciê¿ka. Opada to na jedn±, to na drug± g³êboko zaklês³± jamê obojczyka.
Weso³o¶æ teraz wybucha na sali, jedni ¶miej± siê dobrodusznie, drudzy z³o¶liwie, pogl±daj±c przy tym na Tödi Mayera. Najlito¶ciwsi kiwaj± g³owami i u¶miechaj± siê z lekka.
      - Ecce homo! - odzywa siê kotlarz Kissling, który ma brata dozorcê w kantonalnej bibliotece i darmo czytuje ksi±¿ki.
      Szeroki wybuch ¶miechu przyjmuje to porównanie. Wiêkszo¶æ mniema, i¿ jest to przymówka do szczytu wznosz±cego siê poza Mythenami, Du¿ym i Ma³ym, który siê "Esse liomo" zowie, w przeciwieñstwie do sêkatego Pilatusa; w zgromadzeniu s± tacy, którzy górê tê widzieli z bliska.
      Stary nie ma wprawdzie ¿adnego podobieñstwa do jakiegokolwiek szczytu, ale jest to tym ¶mieszniejsze! 
Jeden Tödi Mayer nie bierze udzia³u w ogólnej weso³o¶ci. Okr±g³e jego, wypuk³e i b³yszcz±ce oczy obiegaj± postaæ starego nêdzarza, jak, gdyby ka¿d± z jego wysch³ych i struchla³ych ko¶ci czyni³y odpowiedzialn± za tak wielki zawód. Oczyma tymi ¶widruje go jak fa³szywy szel±g, roztrz±sa jak stary ³achman, przenika go do ostatniej ¿y³ki; do resztki tchu w piersiach.
      - Cofam s³owo! - wo³a wreszcie. - Nie mogê braæ tak ma³o!
      - Nie wolno s³owa cofaæ! - rzecze z powag± pan radca.
      - Jak to nie wolno? Wo¼ny nie przybi³ jeszcze...
      - Nie przybi³! Nie przybi³! - potwierdzaj± g³osy z ³awy, po czym ucisza siê nag³e.
      Wszyscy czekaj±, jaki obrót sprawa we¼mie Pan radca jest niekontent. 
      Rzuca on na obecnych spojrzenie spod oka, marszczy piêkne czo³o i ci±gnie na dó³ to jednego, to drugiego w±sa.
      - W takich ³achmanach nie wezmê dziada i za sto osiemdziesi±t franków! - wo³a rezolutnie Tödi Mayer czuj±c za sob± zgodê ca³ej sali.
      - Ja bym nie bra³ i za dwie¶cie - popiera go kum Spengler.
      - Co to dwie¶cie! To i dwie¶cie dziesiêæ nie by³oby nadto! Dodaje ober¿ysta z Mainau.
      Stary Wunderli s³ucha tego i dusza w nim truchleje Co to bêdzie? A to mo¿e nikt i wzi±æ nie zechce? A potem, dlaczego tyle a¿ chc± braæ? 
      Dlaczego a¿ tyle?
      Wielki niepokój i wielkie zdumienie odbija siê w jego nêdznej twarzy. 
      Coraz wy¿ej podnosi brwi siwe, patrz±c w ziemiê, a g³owa coraz szybszym ruchem opada mu to na jedno, to na drugie ramiê.
      - No, panie Tödi Mayer! - odzywa siê urzêdnik pojednawczo - Nie rób pan ¿artów i koñczmy, moi panowie.
      - Dobrze! - wo³a energicznie ¶lusarz - wezmê, ale za równe dwie¶cie!
      - Co znowu! Co znowu! - odzywa siê trac±c cierpliwo¶æ pan radca.
       - Sk±d gmina mo¿e takie sumy p³aciæ? Czy panowie my¶licie, ¿e gmina siedzi na z³ocie? Moi panowie, gmina nie siedzi na z³ocie. Gmina musi siê liczyæ z groszem. Gmina ma wydatki, du¿e wydatki! 
      Mi³osierdzie, moi panowie, jest dla niej rzecz± ¶wiêt±, ale i w mi³osierdziu miarê zachowaæ nale¿y!
      Jeszcze pan radca nie domówi³ ostatniej sylaby, kiedy drzwi otwieraj± siê szeroko i wchodzi Probst. Jest to têgi mê¿czyzna z grubym karkiem i szerok± czerwon± twarz±. Jego brunatny, rozpiêty spencer pokazuje pier¶ potê¿nie rozros³± i ko³ysz±cy siê na niej ³añcuszek ze srebrnych ogniwek. Spod niskiego t³ustego czo³a ¶wiec± ma³e, bystre oczy; rudawe, kêdzierzawe w³osy zarastaj± mu g³êboko skronie. 
      Probst idzie ¶mia³o i macha wielkimi rêkami, które mu po bokach wisz± zaci¶niête w ku³ak; miejsca sobie wszak¿e robiæ bynajmniej nie potrzebuje, gdy¿ ka¿dy usuwa siê przed nim z pewnym rodzajem respektu. Cz³owiek jest silny, têgi, ma spojrzenie ponure i zuchwa³e. 
      Z takim nie zaczynaæ lepiej. Probst dochodzi do balasków, k³ania siê urzêdnikowi i kiwniêciem g³owy pozdrawia kilku obecnych.
      Pan radca wybaczyæ mu zechce... Spó¼ni³ siê, ale nie winien temu. 
      Ten przeklêty parobek, którego po starym Hänzlim wzi±³, rozchorowa³ mu siê jak na z³o¶æ... Sam dzi¶ mleko rozwoziæ musia³, a to piekielny kawa³ z góry i pod górê.
      Pan radca s³ucha przytakuj±c; pozdrowieni u¶miechaj± siê ¿yczliwie i krêc± g³owami.
      - Sam rozwoziæ musia³?.. No, no! Kawa³ drogi!
      Przez otwarte okno s³ychaæ g³o¶ne naszczekiwanie psa, którego wszyscy znaj±; trzy razy dzienne przybywa on z mlekiem, zaprzê¿ony do wózka pe³nego wysokich blaszanek. Probst piêkn± oborê ma... 
      Piêkn± oborê!
      I nagle przejmuje ich uczucie powa¿ania dla tych têgich piê¶ci i grubego karku. Spengler odwraca siê od Tödi Mayera i na Probsta patrzy; ¶lusarz czuje siê ju¿ przez samo przybycie mleczarza jakby na pó³ pobitym. Patrzy to na jednego, to na drugiego z obecnych niby obojêtnie; w rzeczy samej ¿al mu, ¿e targu nie przybi³: Ano da siê to widzieæ, co bêdzie!
      Ale Probst czasu nie traci. Opiera siê ¶ci¶niêt± piê¶ci± o balaski, wyci±ga grub± szyjê i skubi±c ¿ó³to zarastaj±cy podbródek zmru¿a bure oczy i celuje nimi w starego jak wylotem fuzji.
      Kissling i Dödöli tr±caj± siê ³okciami.
      - Jak ten patrzy! Jak ten, bestia, patrzy! Toæ chwa³a Bogu, ka¿dy oczy ma, a nikt tak nimi cz³owieka nie umie na wskro¶ braæ! Ten siê zna! 
      No, ju¿ ten siê zna!
      Tymczasem izba przybiera ca³kiem inny pozór.
      Czuj± wszyscy, ¿e przyby³ koneser. Twarze siê o¿ywiaj±, ci, co siedzieli na ³awie, powstaj± i przystêpuj± bli¿ej. Chwila zaczyna byæ naprawdê interesuj±ca. Ale Kuntz Wunderli na widok Probsta porusza siê niespokojnie, nerwowo. Wie on, ¿e Hänzli, tak samo z gminy wziêty, po trzech miesi±cach powiesi³ siê u Probsta na strychu. 
      Pamiêta, jak Probstowa po nim sprzedawa³a buty. Pamiêta te¿, jak stary Hänzli obtarte mia³ od szlej ramiona i jak mu u Probsta oczy zapad³y, a twarz sczernia³a i wysch³a. Kurczy siê stary, g³owê w ramiona chowa, przyciska do boków ko¶ciste ³okcie, staje siê ma³ym, bardzo ma³ym, tak ma³ym, ¿e go i niewiele widaæ chyba. Co prawda rad by siê pod ziemiê ca³kiem, ca³kiem schowaæ. Boi siê tchn±æ, boi siê poruszyæ, nawet kolana z wielkiego natê¿enia dygotaæ u przesta³y.
      Ale Probst zna siê na tym wszystkim dobrze. Licytuje przecie¿ tych hultajów od sze¶ciu czy siedmiu lat w gminie. Wie on, ¿e taka starota to jak pêkniêty garnek: odrutuj, a czasem i za nowy trwa. B±d¼ co b±d¼ najtañszy to robotnik, jakiego znale¼æ mo¿na. Czy z³o¶ci±, czy dobroci± zawsze siê z niego tyle roboty wyci¶nie, ¿e hej, a co gmina doda, to jakby znalaz³.
      Sarkaj± ludzie, ¿e cenê inszym psuje. A co mu tam, byle sobie nie psu³. Niech ka¿dy pilnuje swego, i ju¿.
      Przekrzywia tedy Probst w jedn± stronê ciê¿k± swoj± p³ask± g³owê, przekrzywia w drug±, a potem spojrzawszy bystro w twarz urzêdnika rzecze silnym dobitnym g³osem:
      - Sto dwadzie¶cia piêæ!
      S³owa te wywo³uj± silne wra¿enie. Najobojêtniejsi nawet krêc± g³owami z podziwu. Daj go katu! A to i nie spyta, co kto ¶wiêci, tylko swoj± kozer± wali z góry jak armatni± kul±!
      W sali robi siê wielka cisza, w któr± wpada natarczywe, zajad³e szczekanie psa pozostawionego przede drzwiami przy mleczarskim wózku. Stary Wunderli pogl±da na lewo i na prawo, jakby szuka³ okiem, którêdy ma uciec. Nie ucieka wszak¿e: stoi, jakby skamienia³, jakby wrós³ w pod³ogê. Tylko coraz ni¿ej opada mu dolna szczêka, a oczy otwieraj± siê coraz szerzej.
      - Sto dwadzie¶cia i piêæ: - wo³a Probst raz jeszcze.
      Pan radca promieniuje. Chwilê wodzi po obecnych o¿ywionym wzrokiem, a gdy nikt nie podbija mleczarza, uderza bia³± rêk±, w le¿±ce przed nim papiery i daje znak wo¼nemu.
      - Po raz pierwszy! - mówi wo¼ny stukaj±c lask± w ziemiê i ucicha.
      - Po raz drugi! - mówi g³o¶niej jeszcze, a stary Kuntz Wunderli zmru¿a nagle oczy i kurczy siê bole¶nie, jakby kij przybijaj±cy dzie³o mi³osierdzia gminy w niego mia³ uderzyæ.
      - I-po-raz-trzeci: - wo³a razem z wo¼nym tryumfuj±cy pan radca.
      W chwilê potem Kuntz Wunderli stoi u dyszla mleczarskiego wózka trzês±c sw± nêdzn±, star±, siw± g³ow± i usi³uj±c dr¿±cymi rêkami prze³o¿yæ przez siebie parcian± szlejê. Z drugiej strony dyszla rzuca siê w podskokach silny kud³aty pies w takiej¿e uprzê¿y, ujadaj±c g³o¶no, dono¶nie.